Wersja PDF

Bartłomiej Kozłowski

O artykule 224a k.k. … i wolności „niebezpiecznych” wypowiedzi

 

Sąd Rejonowy w Białymstoku aresztował na 3 miesiące dwóch mężczyzn - w tym policjanta - podejrzanych o nieuprawnione nadawanie sygnałów radio-stop, co spowodowało zatrzymania pociągów w województwie Podlaskim. Biuro prasowe sądu poinformowało, że „W ocenie sądu zebrane – na obecnym etapie postępowania – dowody wskazują na duże prawdopodobieństwo popełnienia przez podejrzanych zarzucanych im czynów i jedynie środek zapobiegawczy o charakterze izolacyjnym będzie właściwy do zabezpieczenia prawidłowego toku postępowania”.

Podstawą decyzji sądu i śledztwa, które prowadzi Podlaski Wydział Zamiejscowy Departamentu do spraw Przestępczości Zorganizowanej i Korupcji Prokuratury Krajowej w Białymstoku był art. 224a kodeksu karnego, mówiący o tym, że (§1) „Kto wiedząc, że zagrożenie nie istnieje, zawiadamia o zdarzeniu, które zagraża życiu lub zdrowiu wielu osób lub mieniu w znacznych rozmiarach, lub stwarza sytuację mającą wywołać przekonanie o istnieniu takiego zagrożenia, czym wywołuje czynność instytucji użyteczności publicznej lub organu ochrony bezpieczeństwa, porządku publicznego lub zdrowia mającą na celu uchylenie zagrożenia, podlega karze pozbawienia wolności od 6 miesięcy do lat 8” i dodający do tego, że (§2) „Jeżeli sprawca czynu określonego w § 1 zawiadamia o więcej niż jednym zdarzeniu, podlega karze pozbawienia wolności od lat 2 do 12”. Jeśli więc osoby wspomniane na wstępie tego tekstu zostaną uznane za winnych popełnienia zarzucanych im czynów (które, jak się wydaje, należałoby określić jako stworzenie sytuacji mających wywołać przekonanie o istnieniu zagrożenia dla życia lub zdrowia wielu osób lub mienia w wielkich rozmiarach) to być może trafią nawet na wiele lat do więzienia.

Podoba się to komuś? Wielu ludziom z całą pewnością. Jak powszechnie wiadomo, bycie „soft on crime” rzadko kiedy bywa popularne.

Lecz warto się jednak zastanowić nad tym, czy wspomniana na wstępie akcja wobec sprawców nieuprawnionego użycia sygnału radio-stop na kolei nie jest cokolwiek przesadzona i oparta w najlepszym przypadku na histerii. Jakby bowiem nie było, czyny, o których jest tu mowa nie spowodowały niczyjej śmierci, ani nawet najmniejszych choćby obrażeń cielesnych lub zniszczeń mienia i nie stwarzały też żadnego niebezpieczeństwa spowodowania takich skutków. To, co mogły spowodować, to (raczej lekkie, jak myślę) zaniepokojenie u pasażerów zatrzymanych pociągów, że doszło do jakiejś niebezpiecznej sytuacji, a także pewne – niewielkie raczej – koszty finansowe, bo rozruch pociągu po zahamowaniu go w rezultacie użycia sygnału radio-stop pochłania przecież jakąś ilość energii elektrycznej, która wszak nie jest darmowa, a także – co chyba oczywiste – zakłócenia w rozkładzie jazdy. Można się też zastanawiać nad niebezpieczeństwami wynikającymi z wyobrażalnego przecież naśladownictwa wspomnianych tu czynów. To, że gdzieś tam, jednorazowo, jakieś np. dwa pociągi niepotrzebnie zatrzymają się wskutek bezprawnego użycia synału radio-stop to jest, można powiedzieć, incydent – ale wyobraźmy sobie, że takie rzeczy dzieją się nagminnie, każdego dnia w całym kraju. Albo nawet nie każdego dnia, ale powiedzmy, że często. Trudno byłoby więc twierdzić, że nieuprawnione użycie kolejowego sygnału radio-stop powinno być czymś bezkarnym. Z całą pewnością sprawcy zdarzeń, o których była tu mowa powinni dostać solidne grzywny, a policjant być może powinien zostać wywalony z roboty, gdyż właściwą rolą policjanta jest reagowanie na łamanie prawa, a nie łamania prawa przez siebie. Ale areszt czy więzienie w sprawach, o których tu jest mowa to jest jednak co najmniej pewna przesada. Jest to po prostu nieproporcjonalna reakcja na czyny, które – owszem – zasługują na jakieś ukaranie.

Lecz więzienie osobom, o których jest tu mowa mimo wszystko jednak grozi. I sprawa ta – która oczywiście nie wiadomo, jak ostatecznie zostanie rozstrzygnięta – daje dobrą okazję do przyjrzenia się wspomnianemu tu już artykułowi 224a kodeksu karnego, przewidującemu karę od 6 miesięcy do 8 lat więzienia dla kogoś, kto „wiedząc, że zagrożenie nie istnieje, zawiadamia o zdarzeniu, które zagraża życiu lub zdrowiu wielu osób lub mieniu w znacznych rozmiarach lub stwarza sytuację, mającą wywołać przekonanie o istnieniu takiego zagrożenia, czym wywołuje czynność instytucji użyteczności publicznej lub organu ochrony bezpieczeństwa, porządku publicznego lub zdrowia mającą na celu uchylenie zagrożenia” oraz karę więzienia od 2 do 12 lat (niedługo będzie od 2 do 15) dla kogoś, kto zawiadamia o więcej, niż jednym takim zdarzeniu.

Czy jest to przepis, którego istnienie w kodeksie karnym jest potrzebne i uzasadnione? Otóż, myślę, że problem ze zdecydowanym udzieleniem odpowiedzi „tak” czy też „nie” na zadane tu pytanie jest taki, że pod przepis, o którym jest tu mowa mogą kolokwialnie wyrażając się „podpadać” różne zachowania – zarówno prowadzące do istotnych zagrożeń dla takich wartości, jak ludzkie życie i zdrowie, nie mówiąc już o mieniu, jak i takie, które nie prowadzą do jakichś poważnych niebezpieczeństw. Zaś co do najmniej pewnych zachowań, potencjalnie mogących stać się przedmiotem prokuratorskiego śledztwa, a nawet skazującego wyroku sądowego z powodu istnienia w kodeksie karnym art. 224a można zadać pytanie, czy nie są to zachowania będące przejawem korzystania z prawa do swobody wypowiedzi.

Zastanawiając się jednak nad potrzebą istnienia w kodeksie karnym art. 224a zacznijmy jednak od wskazania pewnych niewątpliwie szkodliwych i groźnych zachowań, które dałyby się scharakteryzować jako przestępstwo określone w tym przepisie. Co mogłoby stanowić takie zachowanie?

Otóż wyobraźmy sobie, że jakaś popularna stacja telewizyjna, w czasie silnego napięcia stosunków między Polską, a Rosją, przedstawia informację, że rosyjska armia właśnie wystrzeliła rakiety z głowicami atomowymi w kierunku polskich miast i że nuklearna zagłada największych miast w Polsce jest kwestią minut. Informacja ta jest oczywiście fałszywa i osoba, która ją nadała wie o tym. Ale rozpowszechnienie tej informacji, o której fałszywości jej adresaci w jakiejś przynajmniej mierze nie wiedzą (bo dementi nie dociera do wszystkich spośród nich, a część z nich, mając nawet wątpliwości odnośnie tego, czy jest ona prawdziwa, na wszelki wypadek woli potraktować ją jako prawdę) ma natychmiastowe skutki. Ludzie w panice usiłują uciekać z zagrożonych w ich przekonaniu obszarów, bądź szukać jakiegoś schronienia przed skutkami atomowych wybuchów. Stosowne – jak to jest powiedziane w art. 224a §1 k.k. – instytucje użyteczności publicznej, a także organy ochrony bezpieczeństwa, porządku publicznego i zdrowia – starają się uspokoić ludzi i opanować zaistniały chaos. Ale strat materialnych i ofiar w ludziach nie udaje się uniknąć – niektórzy ludzie giną np. w wypadkach spowodowanych przez kierowców w panice uciekających przed grożącą im – w ich przekonaniu – śmiercią, niektórzy dostają zawału, niektórzy skaczą z okien, itd.  

Opisana powyżej sytuacja niewątpliwie podpadałaby pod art. 224a §1 k.k. W sytuacji tej z całą pewnością mamy do czynienia z zawiadomieniem (które w przeciwieństwie do zawiadomienia o przestępstwie, lub przestępstwie skarbowym, o którym jest mowa w art. 238 k.k. nie musi być kierowane bezpośrednio do organu powołanego do ścigania przestępstw – może być ono skierowane do właściwie kogokolwiek, w tym także do „ogólnej” publiczności) o zdarzeniu, które zagraża życiu lub zdrowiu wielu osób lub mieniu w znacznych rozmiarach – w postaci wystrzelenia ruskich rakiet z „atomówkami” w kierunku polskich miast – przy jednoczesnej wiedzy osoby zawiadamiającej o tym zdarzeniu, że zdarzenie to i niebezpieczeństwo, które z pewnością by ono spowodowało, gdyby faktycznie się ono zdarzyło, w rzeczywistości nie miało miejsca. Mamy też – dla dopełnienia znamion przestępstwa z art. 224a §1 k.k. – do czynienia z interwencją instytucji użyteczności publicznej czy też organu ochrony bezpieczeństwa, porządku publicznego lub zdrowia mającą na celu uchylenie zagrożenia – w tym przypadku w postaci próby uspokojenia wybuchłej paniki.

Sytuacja, o której była powyżej mowa cokolwiek zresztą wykraczałaby – można byłoby twierdzić – poza art. 224a k.k. O ile bowiem do znamion przestępstwa określonego w tym przepisie należy wywołanie czynności instytucji użyteczności publicznej lub organu ochrony bezpieczeństwa, porządku publicznego lub zdrowia mającej na celu uchylenie zagrożenia (mogącego w rzeczywistości w żadnym realnym sensie nie istnieć), to nie należy do nich wywołanie paniki, czy też spowodowanie czyjejś śmierci, obrażeń cielesnych bądź strat materialnych. Ale oczywiste jest też to, że spowodowanie przez zachowanie mające znamiona przestępstwa z art. 224a k.k. takich skutków nie odbierałoby temu zachowaniu jakichkolwiek cech przestępstwa określonego w tym przepisie, pod warunkiem oczywiście ich zaistnienia. Co do tego, że takie zachowanie powinno być karalne nie ma chyba wątpliwości. Choć z drugiej strony zastanawiałbym się nad tym, czy takie zachowanie nie mogłoby być karalne na podstawie art.165 §1 k.k. który mówi że „Kto sprowadza niebezpieczeństwo dla życia lub zdrowia wielu osób albo dla mienia w wielkich rozmiarach: 1) powodując zagrożenie epidemiologiczne lub szerzenie się choroby zakaźnej albo zarazy zwierzęcej lub roślinnej, 2) wyrabiając lub wprowadzając do obrotu szkodliwe dla zdrowia substancje, środki spożywcze lub inne artykuły powszechnego użytku lub też środki farmaceutyczne nieodpowiadające obowiązującym warunkom jakości, 3) powodując uszkodzenie lub unieruchomienie urządzenia użyteczności publicznej, w szczególności urządzenia dostarczającego wodę, światło, ciepło, gaz, energię albo urządzenia zabezpieczającego przed nastąpieniem niebezpieczeństwa powszechnego lub służącego do jego uchylenia, 4) zakłócając, uniemożliwiając lub w inny sposób wpływając na automatyczne przetwarzanie, gromadzenie lub przekazywanie danych informatycznych, bądź- co tu jest szczególnie ważne - 5) działając w inny sposób w okolicznościach szczególnie niebezpiecznych, podlega karze pozbawienia wolności od 6 miesięcy do lat 8”. Warto dodać, że zgodnie z art. 165 §3 k.k. „Jeżeli następstwem czynu określonego w § 1 jest śmierć człowieka lub ciężki uszczerbek na zdrowiu wielu osób, sprawca podlega karze pozbawienia wolności  od lat 2 do 12, zaś po wejściu w życie „wielkiej” nowelizacji kodeksu karnego będzie za to przestępstwo groziła kara od 2 do 15 lat więzienia. Chciałbym też przy okazji zauważyć, że paradygmatyczny przykład wypowiedzi, której nawet najściślej chroniący wolność słowa system prawny nie mógłby (tak długo przynajmniej, jak liczyłyby się w nim także inne, niż swoboda ekspresji wartości, takie np. jak ludzkie życie i zdrowie) tolerować jako przejawu korzystania z prawa do swobodnego wypowiadania się, a mianowicie świadomie kłamliwe krzyczenie w pełnym ludzi kinie czy też teatrze „pali się!” i wywołanie przez to paniki też mógłby w polskim porządku prawnym zostać potraktowany jako przestępstwo z art. 165 §1 pkt 5 k.k. Choć równie dobrze mógłby on zostać potraktowany jako przestępstwo z art. 224a §1 k.k. – pod warunkiem spowodowania jakiejś interwencji służb publicznych mającej na celu uchylenie zaistniałego  zagrożenia w postaci przywrócenia spokoju i ewentualnie też udzielenia pomocy ofiarom paniki. Dodać też można, że pod art. 224a §1 k.k. – a w pewnych przypadkach (np. spowodowania wybuchu niebezpiecznej dla życia lub zdrowia ludzi paniki) także pod art. 165 §1 pkt 5 k.k. – można byłoby podciągnąć np. nieuprawnione włączenie alarmu przeciwpożarowego w kinie czy w teatrze; zachowanie takie podpadałoby pod art. 224a §1 k.k. jeśli jego sprawca wiedziałby o tym, że sytuacja uprawniająca do włączenia alarmu – taka, jak np. wybuch pożaru, czy podłożenie bomby w teatrze czy też kinie nie istnieje i włącznie alarmu prowadziłoby do interwencji jakiejś instytucji użyteczności publicznej, organu ochrony bezpieczeństwa, porządku publicznego lub zdrowia mającej na celu czy to zgaszenie niezaistniałego w rzeczywistości pożaru bądź zapobieżenie wybuchowi niepodłożonej tak naprawdę bomby, czy też opanowanie zaistniałej paniki.

Nie wszystkie – rzecz jasna – czyny dające się zakwalifikować jako przestępstwo z art. 224a k.k. muszą mieć tak dramatyczne skutki, jak te wspomniana powyżej. W rozsądny sposób można jednak powiedzieć, że czyny, o które tu chodzi są czynami o znacznym stopniu szkodliwości społecznej. Jakie to mogą być czyny (których wspomniany przepis przecież w konkretny sposób nie wymienia)? Otóż, pomyślmy o takich zachowaniach, jak wykonanie telefonu do jakiejś instytucji – siedziby organu władzy, szkoły, uczelni, szpitala, przychodni itd. - i poinformowanie osoby odbierającej połączenie, że w instytucji tej została podłożona bomba. Załóżmy, że ma ona wybuchnąć dopiero – dajmy na to - za godzinę, czy też za dwie bądź za trzy godziny, lub po jeszcze dłuższym czasie – więc na spokojną ewakuację owej instytucji, a nawet na wykrycie i unieszkodliwienie rzekomej bomby jest wystarczająco dużo czasu.

W sytuacji, o której jest powyżej mowa, nie dzieją się rzeczy (hipotetycznie – przypadek kłamliwego poinformowania opinii publicznej w Polsce o wystrzelonych na Polskę ruskich rakietach nie miał przecież nigdy miejsca) dziejące się sytuacjach wcześniej rozważanych w tym tekście. Nikt tu nikogo nie tratuje, nikt nie wpada samochodem na inny samochód, albo na drzewo czy latarnię czy też pieszego próbując uciec jak najdalej od miejsca spodziewanego ataku nuklearnego; nie ma tu krótko mówiąc szkód w postaci utraty przez kogoś życia, odniesienia obrażeń, czy nawet tylko zniszczenia czyjegoś mienia. Ale nie znaczy to, że nie powstają tu po prostu żadne szkody. W sytuacji, o której jest tu mowa dochodzi do tego, że jakaś instytucja – urząd, szkoła, przychodnia, szpital – przez pewien co najmniej czas nie może normalnie pracować. Ludzie, którzy np. w jakimś urzędzie mieli załatwić swoje sprawy nie mogą tego zrobić. W szkole zostają przerwane lekcje (no, oczywiście, uczniowie z czegoś takiego raczej się bardzo by się ucieszyli – no, ale nie możemy chyba uważać przerywania pracy szkół za rzecz dobrą per se). Może dojść do ewakuacji chorych ze szpitala, co – chciałbym zauważyć – nieraz może powodować zwiększenie ryzyka dla zdrowia lub nawet życia takich osób, nawet, jeśli cały czas sprawowana jest nad nimi najlepsza możliwa opieka lekarska (nie jest możliwe, że jakiś np. chory kardiologicznie pacjent ewakuowany ze szpitala w następstwie kłamliwego telefonu o podłożonej bombie dostanie zawału serca?). Uniemożliwione może zostać udzielenie szybkiej pomocy lekarskiej tym, którzy w placówce służby zdrowia, do której ktoś zadzwonił z informacją o bombie najprędzej mogliby ją otrzymać – ze skutkiem czasem może nieistotnym (jeśli np. w pobliżu jest jakiś inny szpital), lecz czasem możliwe, że tragicznym. W innych sytuacjach – wyobraźmy tu sobie np. poinformowanie przed kogoś o bombach podłożonych w takich miejscach, jak stacje metra, dworce kolejowe, czy lotniska – może dojść (i można powiedzieć, że z natury rzeczy dojdzie) do poważnych perturbacji komunikacyjnych, przybierających formę mogącego trwać nawet wiele godzin wstrzymania ruchu pociągów, czy startów i lądowań samolotów. W każdym z przypadków, o których była tu mowa dochodzi też do – jest to ustawowe znamię przestępstwa z art. 224a §1 k.k. – wywołania czynności instytucji użyteczności publicznej lub organu ochrony bezpieczeństwa, porządku publicznego lub zdrowia mającą na celu uchylenie zagrożenia, polegającej na wkroczeniu na teren rzekomo zagrożonego miejsca ekipy ludzi, których zadaniem jest wykrycie i unieszkodliwienie podłożonej tam jakoby bomby. Jest to oczywiście czynność de facto niepotrzebna, gdyż w sytuacjach, o których jest tu mowa, żadnej bomby w rzeczywistości nie ma. Lecz wywołanie takiej właśnie niepotrzebnej akcji (np.) poszukiwania bomby niewątpliwie jest działaniem szkodliwym. Działania takie mają przecież jakieś swoje koszty – których ponoszenie byłoby generalnie rzecz biorąc uzasadnione w przypadku, gdyby chodziło o znalezienie i unieszkodliwienie naprawdę gdzieś podłożonego ładunku wybuchowego, lecz których ponoszenie w przypadku szukania bomby w danym miejscu nie istniejącej jest po prostu stratą. Może się też zdarzyć tak, że ekipa ludzi de facto niepotrzebnie szukających gdzieś bomby mogłaby być jak najbardziej przydatna w innym miejscu, gdzie bomba naprawdę została podłożona – bądź zaszło jakieś inne potencjalnie niebezpieczne zdarzenie. Fałszywe poinformowanie o podłożonej gdzieś bombie może więc czasem opóźnić, czy nawet uniemożliwić poszukiwanie i rozbrojenie faktycznie gdzieś podłożonej bomby.

Jak zatem widać, art. 224a k.k. jest przepisem, na podstawie którego można ścigać i karać pewne autentycznie szkodliwe i nawet groźne działania. Chciałbym też przy okazji zauważyć, że pewne czyny tego rodzaju, co poinformowanie kogoś o podłożeniu bomby przed wejściem tego przepisu w życie trudno było w sposób uczciwy zakwalifikować jako jakieś podlegające mniejszej lub większej karze przestępstwo. Bo powiedzmy, że w sytuacji, jeśli ktoś o podłożeniu gdzieś bomby kłamliwie poinformował policję, to mógł on zostać pociągnięty do odpowiedzialności na podstawie art. 238 k.k. zgodnie z którym „Kto zawiadamia o przestępstwie, lub o przestępstwie skarbowym organ powołany do ścigania wiedząc, że przestępstwa nie popełniono, podlega grzywnie, karze ograniczenia wolności albo pozbawienia wolności do lat 2”. Lecz co w przypadku, gdy ktoś z informacją o bombie dzwonił np. do szpitala? Szpital z całą pewnością nie jest organem powołanym do ścigania przestępstw (czy choćby tylko wykroczeń) więc zastosowanie art. 238 k.k. w takich przypadkach niewątpliwie odpadało. Jaki więc inny przepis mógł mieć zastosowanie w takich sytuacjach? Otóż, mógł to być art. 160 §1 k.k. stanowiący, że „Kto naraża człowieka na bezpośrednie niebezpieczeństwo utraty życia albo ciężkiego uszczerbku na zdrowiu, podlega karze pozbawienia wolności do lat 3” względnie wspomniany tu już art. 165 §1 pkt 5 k.k. zgodnie z którym „Kto sprowadza niebezpieczeństwo dla życia lub zdrowia wielu osób albo dla mienia w wielkich rozmiarach (…) działając w inny sposób w okolicznościach szczególnie niebezpiecznych, podlega karze pozbawienia wolności od 6 miesięcy do lat 8”. Czy jednak przepisy te mogły być uczciwie zastosowane wobec każdego, kto zadzwonił do szpitala i fałszywie poinformował o podłożonej tam bombie? Otóż (z zastrzeżeniem, że jestem osobą mającą jak dotąd mało bezpośredniej styczności ze szpitalami) nie jestem o tym całkiem przekonany – choć oczywiście nie mam też przekonania, że przepisów tych wobec przypadków wspomnianych tu zachowań nie można było w sposób  fair stosować. Warunkiem bowiem zaistnienia przestępstw, o których była tu mowa jest (w zakresie, jaki tu jest akurat ważny) narażenie kogoś na niebezpieczeństwo dla życia lub zdrowia, przy czym w przypadku przestępstwa określonego w art. 160 §1 k.k. może to być niebezpieczeństwo grożące choćby tylko jednej osobie, przy czym niebezpieczeństwo to musi być bezpośrednie i chodzić musi o niebezpieczeństwo ciężkiego uszczerbku na zdrowiu (lub  oczywiście utraty życia); w przypadku przestępstwa o którym mowa jest w art. 165 §1 – w tym także w jego pkt 5 – niebezpieczeństwo to musi się tyczyć zdrowia lub życia wielu osób, niebezpieczeństwo to jednak formalnie rzecz biorąc nie musi być niebezpieczeństwem bezpośrednim – w tym samym sensie, w jakim o tego rodzaju niebezpieczeństwo chodzi w art. 160 §1 k.k. – i w grę, inaczej, niż w przypadku przestępstwa z art. 160 §1 k.k. – wchodzi stworzenie właściwie jakiegokolwiek niebezpieczeństwa dla zdrowia ludzi (pod warunkiem, że chodzi o jakąś ich większą liczbę) – nie tylko narażenie kogoś na niebezpieczeństwo ciężkiego uszczerbku na zdrowiu. Być może, że w pewnych sytuacjach w rodzaju wykonania przez kogoś telefonu do szpitala i kłamliwego poinformowania o podłożonej w nim bombie może dojść do mniejszego czy większego zagrożenia dla zdrowia bądź nawet życia przebywających w nim pacjentów, być może, że w innych sytuacjach takie zagrożenie nie jest w rzeczywistości powodowane tego rodzaju zachowaniem – wszelkie tego rodzaju przypadki należałoby rozpatrywać w sposób indywidualny, mając na względzie konkretnie istniejące okoliczności. Lecz niewątpliwie zadzwonienie do szpitala z fałszywą informacją o podłożonej w nim bombie jest rzeczą szkodliwą – jeśli nawet nie powoduje niebezpieczeństwa dla zdrowia lub życia ludzi, o którym jest mowa w art. 160 i 165 k.k. – to z pewnością prowadzi do przerwania na jakiś czas normalnej pracy takiej instytucji, czego przecież nie sposób jest nie uznać za szkodę. W przypadku natomiast zatelefonowania z kłamliwą informacją o podłożonej bombie do np. jakiegoś urzędu – np. kancelarii premiera, ministerstwa, urzędu wojewódzkiego, urzędu gminy, sądu, prokuratury – czy też uczelni bądź szkoły – o możliwości spowodowania zagrożenia dla życia lub zdrowia ludzi trudno byłoby raczej poważnie mówić. Lecz tego rodzaju zachowania są niewątpliwie zachowaniami szkodliwymi – a w każdym razie takimi, których żadne państwo nie byłoby skłonne tolerować. I jeśli takie zachowania przed wejściem w życie art. 224a k.k. nie mogły zostać podciągnięte pod żaden już wcześniej obowiązujący przepis prawny bez jego kolokwialnie wyrażając się naciągania, to wydaje się, że wprowadzenie tego przepisu do kodeksu karnego było rzeczą całkiem właściwą.

Czy jednak wszystkie zachowania, których sprawcy w sposób wyobrażalny mogliby zostać pociągnięci do odpowiedzialności na podstawie art. 224a k.k. są zachowaniami zasługującymi na karalność – a już zwłaszcza na długą odsiadkę w więzieniu? Myślę, że warto się nad tym zastanowić. Powód do tego daje choćby to, że przestępstwo określone w będącym przedmiotem mojego zainteresowania przepisie jest w dużej mierze przestępstwem słownym – aby je popełnić, trzeba coś powiedzieć, względnie napisać (pomińmy tu odmianę tego przestępstwa polegającą na stworzeniu sytuacji mającej wywołać fałszywe przekonanie o istnieniu zagrożenia dla życia lub zdrowia wielu osób, bądź mienia w znacznych rozmiarach – co mogłoby polegać np. na pozostawieniu gdzieś walizki w celu wywołania niemającej rzeczywistych podstaw, lecz mimo wszystko autentycznej obawy, że w walizce tej jest bomba). Fakt, że tak jest, nie jest oczywiście powodem do twierdzenia, że przestępstwo to nie powinno istnieć. Nikt rozumny nie uważa, że wszelkie ludzkie zachowania, polegające na powiedzeniu, względnie też napisaniu (i w ogóle zakomunikowaniu) czegoś powinny być prawnie dozwolone z tej racji, że ludziom przysługuje prawo do swobodnego wypowiadania się. Nikt nie uznałby chyba, że np. ktoś mówiący do niewidomego człowieka stojącego na krawędzi przepaści (z czego człowiek ten nie zdaje sobie sprawy) „czy mógłby pan zrobić krok do tyłu?” skutkiem czego osoba ta runęłaby w przepaść i poniosła śmierć korzysta z prawa do wolności słowa – każdy raczej uznałby takie zachowanie za morderstwo – mimo, że literalnie rzecz biorąc, nie polegałoby ono na niczym innym, jak na wypowiedzeniu pewnych słów, dodajmy do tego, że w zdecydowanej większości tych sytuacji, w których mogą być one wypowiadane zupełnie niewinnych. Nikt też chyba nie uważa, że świadomie kłamliwe krzyczenie „pożar!” w pełnym ludzie kinie bądź teatrze i powodowanie przez to paniki powinno być traktowane jako prawnie dopuszczalne korzystanie z wolności słowa – mimo, że zachowanie, o które tu chodzi polega na powiedzeniu czegoś. Podobnie nikt za korzystanie z prawa do wolności słowa nie uznałby szantażu, czyli grożenia komuś zamachem na jego życie lub zdrowie w celu doprowadzenia go do rozporządzenia mieniem własnym lub cudzym albo do zaprzestania lub ograniczenia działalności gospodarczej (zob. art. 282 §1 k.k.) – mimo, że szantaż może polegać wyłącznie na mówieniu lub pisaniu czegoś. (1) Zresztą, wspomniane wcześniej w tym tekście wyobrażalne – i w niektórych przypadkach, jak telefony z informacją o podłożonej gdzieś bombie – po prostu zaistniałe sytuacje mogące „podpadać” pod art. 224a k.k. właściwie za każdym razem (z wyjątkiem przytoczonego na wstępie użycia kolejowego sygnału radio-stop, oraz przykładu z walizką, która budzi obawy, że może być w niej bomba) obejmowały powiedzenie czegoś – co jednak nie znaczy, że były to sytuacje, których wywołanie powinno ich sprawcom ujść bezkarnie. Jednak fakt, że przestępstwo określone w art. 224a jest przestępstwem, którego popełnienie zazwyczaj polega na powiedzeniu (czy też napisaniu) czegoś, myślę, że warto zastanowić się nad tym, jakie wypowiedzi mogłyby być ścigane i karane w oparciu o ten przepis – choć nie powinny, z racji wolności słowa, która jeśli coś znaczy, to nie może chronić wyłącznie wypowiedzi niewywołujących żadnych kontrowersji i niemogących się przyczyniać do jakichkolwiek szkód. (2)

Jakie to mogą być wypowiedzi? Otóż wyobraźmy sobie następującą sytuację: na pewnym kanale na YouTube pokazywany jest film ukazujący zdarzenie, dające się określić jako zagrażające życiu lub zdrowiu wielu osób lub mieniu w znacznych rozmiarach – może być to np. inwazja kosmitów, deszcz meteorów, lądowanie rosyjskich spadochroniarzy, albo talibów, czy też przedstawicieli Al Kaidy lub Państwa Islamskiego, względnie np. wybuch wulkanu (chyba mało prawdopodobny w Polsce) (3), niezwykłej siły trąba powietrzna itp. Zdarzenie to – załóżmy dalej dla dobra argumentacji – ma miejsce gdzieś na odludziu, nie powoduje więc ono takiego skutku, jak wybuch paniki i nawet nie może go spowodować. Załóżmy jednak, że stosowna władza postanawia sprawdzić, co na miejscu rzeczonego – oczywiście nie mającego tak naprawdę miejsca - zdarzenia się dzieje i posyła tam odpowiednią służbę – np. policję czy straż pożarną – po to, żeby ta stwierdziła, że nie dzieje się tam nic. Zachowanie o którym tu jest mowa, jest co najmniej stosunkowo niewinne – ma ono, tak poniekąd mówiąc, swą wielką tradycję w postaci głośnego słuchowiska Orsona Wellsa „Wojna Światów” z 1938 r. Lecz przy całej swojej względnej co najmniej niewinności – do bezpośrednich szkód, jakie zachowanie takie mogłoby spowodować zaliczyć można by było niewykluczone zdenerwowanie niektórych odbiorców rzeczonego filmu (ewentualnie też ich późniejszą wściekłość, że dali się nabrać) i niepotrzebne udanie się na miejsce niezaistniałego w rzeczywistości zdarzenia przedstawicieli takiej służby, jak policja, czy straż pożarna – zachowanie to mogłoby wypełniać znamiona przestępstwa z art. 224a §1 k.k. W końcu mielibyśmy tutaj z zawiadomieniem o zdarzeniu, które zagraża życiu lub zdrowiu wielu osób lub mieniu w znacznych rozmiarach, a także z wywołaniem czynności instytucji użyteczności publicznej lub organu ochrony bezpieczeństwa, porządku publicznego lub zdrowia mającej na celu uchylenie zagrożenia – wreszcie (bez czego nie mogłoby być mowy o popełnieniu przestępstwa) osoba prezentująca wspomniany film z praktyczną pewnością wiedziałaby o tym, że zagrożenie, spowodowane przez zdarzenie, o którym jest mowa rzeczonym filmie w rzeczywistości nie istnieje.

Choć tu się pojawia pewne ważne pytanie. Jest ono takie: czy osoba prezentująca taki, jak wspomniany powyżej film i powodująca swym zachowaniem taki właśnie efekt (w postaci np. udania się jakieś służby publicznej na miejsce przedstawionego w filmie zdarzenia) mogłaby się wybronić przed bądź co bądź drakońską karą, jaka grozi na podstawie art. 224a k.k. argumentując, że film ten był fikcją – która w jego intencji miała zostać odebrana przez odbiorców jako fikcja, a nie jako prawdziwe zawiadomienie o niezaistniałym w rzeczywistości zdarzeniu? W takim, jak wspomniany tu przypadku obrona w oparciu o tego rodzaju argumentację byłaby oczywiście możliwa. Byłaby też ona zupełnie – jak się wydaje – zgodna zarówno z literą, jak i duchem art. 224a k.k. Moje wyczucie jest w każdym razie takie, że pod pojęciem „zawiadomienia” o którym jest mowa w tym przepisie należy rozumieć zawiadomienie poważne, naprawdę mające na celu to, by odbiorcy wypowiedzi danej osoby uwierzyły w faktyczne zaistnienie zdarzenia zagrażającego życiu lub zdrowiu wielu osób, bądź mieniu w znacznych rozmiarach. „Zawiadomienie” odnośnie którego jego autor nie ma poważnego zamiaru, by zostało ono odebrane przez jego widzów, słuchaczy bądź czytelników na serio, nie jest zawiadomieniem, o które chodzi w art. 224a k.k. Ktoś taki, jak autor hipotetycznego filmu, o którym była tu mowa (bądź ktoś prezentujący ten film) nie popełniłby więc przestępstwa z art. 224a k.k. Tak można byłoby zupełnie logicznie argumentować – lecz mam mimo wszystko pewną wątpliwość, czy prokurator względnie sędzia „kupiłby” tego rodzaju argumentację. Niestety, ale nie jest wykluczone, że ktoś taki mógłby stwierdzić, że jeśli taki film sprowokował jakieś minimalne choćby działanie takiej czy innej służby powołanej do ochrony bezpieczeństwa, porządku publicznego lub zdrowia – które nie nastąpiłoby przecież, gdyby zdarzenie pokazane w tym filmie było w oczywisty sposób niewiarygodne – to ktoś, kto go zaprezentował musiał zdawać sobie sprawę z tego, że przez niektórych jego odbiorców może on zostać potraktowany jako zawiadomienie o prawdziwym zdarzeniu. I posłać kogoś takiego za kraty. W każdym razie, myślę, że Orson Wells mógłby się nabawić poważnych kłopotów, gdyby w czasie i w miejscu gdzie nadał on słuchowisko „Wojna Światów” obowiązywał taki przepis, jak art. 224a polskiego kodeksu karnego.  (4)

 

Przypisy:

1.      W zasadzie to w omawianym przypadku mielibyśmy do czynienia raczej z usiłowaniem szantażu, czyli przestępstwem z art. 13 §1 k.k. w którym jest mowa o tym, że „Odpowiada za usiłowanie, kto w zamiarze popełnienia czynu zabronionego swoim zachowaniem bezpośrednio zmierza do jego dokonania, które jednak nie następuje” w związku z art. 282 k.k. zgodnie z którym „Kto, w celu osiągnięcia korzyści majątkowej, przemocą, groźbą zamachu na życie lub zdrowie albo gwałtownego zamachu na mienie, doprowadza inną osobę do rozporządzenia mieniem własnym lub cudzym albo do zaprzestania działalności gospodarczej, podlega karze pozbawienia wolności od roku do lat 10” niż z „pełnym” dokonaniem przestępstwa szantażu, do którego zaistnienia konieczne jest to, by szantażowana osoba dokonała rozporządzenia swoim lub cudzym mieniem albo zaprzestała działalności gospodarczej. Choć w przypadku, który miałem na myśli szantażowana osoba niekoniecznie dokonuje niekorzystnego dla siebie rozporządzenia swoją własnością, czy też np. przestaje prowadzić firmę, to nie ma wątpliwości, że poważny, wywołujący strach przed możliwym zamachem na życie lub zdrowie, czy też czynem typu podpalenie bądź podłożenie bomby szantaż jest zachowaniem wyjątkowo dotkliwym dla osoby, przeciwko której jest on skierowany i w związku z tym zasługuje on na karalność, nawet wówczas, gdy nie prowadzi do osiągnięcia tych skutków, o których jest mowa w art. 282 k.k.

 

2.      W swoich niektórych tekstach zwracałem uwagę na to, że pewne wyrządzające szkody zachowania na zdrowy rozum nie miałyby miejsca, gdyby do sprawców takich czynów nie docierały wypowiedzi, dzięki którym osoby te nabierają poglądów stających się czasem podłożem przestępczych zachowań. To można powiedzieć np. o ludziach podpalających kliniki aborcyjne, bądź rzeźnie czy laboratoria, gdzie eksperymentuje się na zwierzętach w następstwie przekonania ich do poglądu, że aborcja i/lub eksploatacja zwierząt jest moralną zbrodnią, o podpalających samochody typu SUV, czy niszczących dystrybutory paliwa w następstwie przekonania ich do opinii o niebezpieczeństwie globalnego ocieplenia będącego skutkiem spalania paliw, o niszczących laboratoria prowadzące badania w dziedzinie genetyki i bio lub nanotechnologii, czy maszty telefonii 5G wskutek przekonania ich do opinii o potencjalnej zgubności manipulacji genetycznych, bio lub nanotechnologii, bądź technologii 5G, o wyczynach członków grup typu Antify w postaci fizycznych napaści na prawdziwych czy  rzekomych neofaszystów, które raczej nie miałyby miejsca bez przekonania takich osób do opinii tego rodzaju, że neofaszyści są poważnym zagrożeniem, że propagowanie faszyzmu nie jest korzystaniem z wolności słowa i że państwo wobec neofaszystowskich grup jest zbyt pobłażliwe lub po prostu bezradne, o podpalających domy wznoszone na obrzeżach miast w następstwie przekonania ich do opinii, że tzw. urban sprawl jest moralnym złem, czy o ekoterrorystach, podpalających budynki, niszczących linie wysokiego napięcia i ciężkie maszyny wskutek przekonania ich do poglądu, że życie każdej żywej istoty zasługuje na ochronę i opinii o zagrażającej światu rychłej ekologicznej apokalipsie. To samo oczywiście dałoby się też powiedzieć o tzw. antyglobalistach urządzających jeszcze jakieś kilkanaście lat temu rozruchy podczas mityngów gremiów tego rodzaju, co Międzynarodowy Fundusz Walutowy, Bank Światowy czy Światowa Organizacja Handlu w następstwie wyznawania przez nich poglądu, że gremia te odpowiedzialne są za wyzysk, nędzę, głód, bezrobocie i niszczenie środowiska w krajach (głównie) Trzeciego Świata – którego to poglądu nie mogli oni nabrać z przysłowiowego powietrza, lecz przynajmniej częściowo musieli go nabyć w rezultacie kontaktu z pewnymi wypowiedziami - i również to samo można powiedzieć o np. aktach przemocy dokonywanych przez krewkich zwolenników prawa kobiet do przerywania ciąży, czy wreszcie też o klasycznych „przestępstwach z nienawiści” do których mogą na zdrowy rozum jakoś pośrednio przyczyniać się negatywne przekazy (niekoniecznie będące karalną „mową nienawiści”) na temat grup osób, które stają się czasem ofiarami takich przestępstw. Dalej można byłoby tu wspomnieć np. zamachy terrorystyczne dokonywane przez fanatycznych wyznawców islamu, którzy przecież nie byliby fanatycznymi wyznawcami islamu bez wpływu na nich treści zawartych w Koranie, bądź w islamskich Hadisach (opowieściach o czynach proroka Mahometa), czy ludzi, których do popełnienia zbrodni sprowokowało np. obejrzenie jakiegoś filmu – takich np. jak Heinrich Pommerenke, który pod wpływem zobaczenia sceny tańca żydowskich kobiet wokół figury Złotego Cielca w filmie „Dziesięcioro Przykazań” doznał „olśnienia” i pojął nagle, że kobiety są źródłem wszelkiego zła na tym świecie, a on powołany został przez Boga by je karać i dokonywać na nich egzekucji – w następstwie obejrzenia tej niewinnej zdawałoby się sceny (nie było w niej przecież ani pornografii, ani „mowy nienawiści”, ani nawoływania do przemocy lub innych w wielu krajach zakazanych prawem treści) osobnik ten zamordował 4 kobiety – w tym pierwszą w miejskim parku w Karlsruhe w Niemczech niedługo po wyjściu z kina, a 12 innych usiłował zabić i 20 zgwałcił – bądź Afroamerykanie, którzy twierdzili, że do atakowania białych Amerykanów doprowadziło ich oglądanie telewizyjnego serialu „Korzenie” (o historii niewolnictwa w Ameryce) i pod wpływem oglądania którego to filmu pewien Murzyn z Jamaiki zgwałcił w Londynie białą kobietę, by poczuła się ona tak, jak czuły się niegdyś czarne kobiety wykorzystywane przez białych mężczyzn.

 

W gruncie rzeczy, chciałbym zauważyć, do najbardziej niebezpiecznych wypowiedzi – w tym sensie, że mogą się one przyczyniać do wywoływania fali masowych aktów przemocy, pociągającej za sobą poważne straty materialne, a czasem nawet ofiary w ludziach należą zgodne z prawdą medialne informacje o wzburzających opinię publiczną zdarzeniach – takich, jak nadużycie siły przez policjanta i spowodowanie przez niego czyjejś śmierci (niedawno w USA i we Francji), czy odkrycie masowych grobów dzieci na terenach dawnych szkół dla Indian prowadzonych przez instytucje religijne (niedawno w Kanadzie), bądź np. egzekucji osób przez znaczną część opinii publicznej uznawanych za niewinnych – skazanie na śmierć w nieuczciwym procesie za napad rabukowy i morderstwo i stracenie w 1927 r. w USA włoskich anarchistów Nicoli Sacco i Bartolomeo Vanzettiego spowodowało masowe protesty, przybierające nieraz formę gwałtownych rozruchów nie tylko w Stanach Zjednoczonych, ale też w Europie – oczywiste jest też chyba, że owych protestów i rozruchów nie mogłoby być wówczas, gdyby do ich uczestników nie dotarły pewne wypowiedzi, w tym przede wszystkim informacje o pewnym bulwersującym dla tych ludzi (słusznie oczywiście, zresztą) zdarzeniu.

 

W każdym razie, zastanawiając się nad niebezpieczeństwem mogącym wynikać z takich czy innych wypowiedzi chciałbym zauważyć, że w kraju takim, jak Polska, bądź inny kraj europejski – czy też np. USA (i z całą pewnością w wielu innych – takich jak np. Kanada, Australia, Nowa Zelandia – nie daję tu głowy za jakieś np. kraje Trzeciego Świata) jest rzeczą nieprawdopodobną, by jakieś akty przemocy, w rodzaju np. pogromu osób należących do jakiejś grupy narodowościowej, etnicznej, rasowej, wyznaniowej, grup ludzi o określonej orientacji seksualnej itd. (czy choćby niszczenia mienia należącego do takich osób) mogły w sposób w jakimkolwiek sensie bezpośredni wybuchnąć w następstwie tego, że ktoś, gdzieś tam powiedział czy też np. umieścił w internecie coś nienawistnego czy obelżywego na temat tego rodzaju grupy osób – tego rodzaju wypowiedzi czasem się, jak wiadomo zdarzają – nie da się ich jednak bezpośrednio połączyć z tego rodzaju zdarzeniami (nawiasem mówiąc, tzw. przestępstw z nienawiści tego rodzaju, co fizyczne ataki na osoby, przypadki zniszczenia czyjejś własności, czy grożenia użyciem przemocy z takich powodów, jak przynależność narodowa, etniczna, rasowa, wyznaniowa czy orientacja seksualna ofiar takich czynów względnie mniej zdarza się w USA – gdzie wolność wypowiedzi włącznie z tzw. „mową nienawiści” jest chroniona przez I Poprawkę do Konstytucji, niż w krajach europejskich – a także np. w Kanadzie – gdzie „hate speech” uznawana jest za przestępstwo – pisałem o tym m.in. tu – zob. strony 16 – 18 pliku PDF). Lecz, jak pokazują niedawne zdarzenia w USA poinformowanie opinii publicznej o tragicznym w skutkach nadużyciu siły przez policjanta i rozpowszechnienie filmu pokazującego to nadużycie może całkiem bezpośrednio (choć oczywiście, nie tak bezpośrednio, jak jest to możliwe w przypadku podburzania już rozzłoszczonego tłumu do fizycznego ataku na kogoś będącego obiektem wściekłości tego tłumu, czy tym bardziej jak w przypadku krzyknięcia „pożar!” w pełnym ludzi kinie bądź teatrze) prowadzić do masowych aktów przemocy. W każdym razie, zamieszki, które w 2020 r. wybuchły w szeregu amerykańskich miast po śmierci uduszonego przez białego policjanta Dereka Chauvine’a (nazwisko całkiem chyba w tym przypadku trafne, po francusku znaczy „szowinista”) Afroamerykanina George’a Floyda) pociągnęły za sobą grabieże i podpalenia, które spowodowały straty w wysokości od 1 do 2 miliardów dolarów, a także śmierć 19 osób. Informacja o zabiciu czarnoskórego George’a Floyda przez białego policjanta sprowokowała zresztą rozruchy nie tylko w Stanach Zjednoczonych, ale także w niektórych krajach europejskich. I tak, jak można przeczytać w Wikipedii, podczas demonstracji 7 czerwca 2020 r. w Brukseli doszło do napaści na funkcjonariuszy policji, a protestujący przeciwko zabiciu Floyda wybili szyby w kilku sklepach, które następnie zostały splądrowane. Przy okazji 28 policjantów zostało rannych, w tym jeden poważnie. W Paryżu 2 czerwca pod koniec dużej nieautoryzowanej demonstracji, która protestowała przeciwko zabójstwu George’a Floyda i śmierci Adamy Traoré, uczestnicy zamieszek zniszczyli meble uliczne i podpalili sprzęt budowlany. 6 czerwca 2020 r. w Metz demonstranci próbowali wyważyć drzwi sądu i rzucili kamieniem w prokuratora Republiki, lekko raniąc jego twarz. Czterech funkcjonariuszy organów ścigania zostało rannych, a 13 demonstrantów aresztowano. Do bójek i starć demonstrantów z policją doszło też podczas protestów przeciwko zabiciu George’a Floyda w Wielkiej Brytanii. Zdarzenia, o których jest tu mowa (przy czym, żeby było jasne, według Wikipedii od 93 do 96,3% demonstracji przeciwko zabiciu George’a Floyda miało charakter całkowicie pokojowy) w oczywisty sposób nie mogłyby mieć miejsca, gdyby do ich uczestników nie dotarły pewne treści, prezentowane głównie w mediach. Podobnie, seria podpaleń kościołów, która miała miejsce w Kanadzie w 2021 r. w praktycznie oczywisty sposób była następstwem medialnych doniesień o odkryciach masowych grobów indiańskich dzieci na terenach dawnych tzw. residential schools i publikowania treści mówiących o tym, jak dzieci te były niegdyś traktowane w tych prowadzonych zazwyczaj przez związki wyznaniowe, w tym także przez Kościół Katolicki, szkołach. To czytanie, czy też słuchanie mówiących o takich rzeczach treści wywołało u niektórych osób emocje, których efektem bywało podpalanie czy dewastowanie kościołów. Lecz mimo wszystko mało kto chyba uważa, że prezentowanie w mediach (czy też np. w bezpośrednich rozmowach, wypowiedziach skierowanych do tłumów, itd.) takich treści treści powinno być prawnie zakazane z tego powodu, że jacyś nieliczni przecież ich odbiorcy w jakimś następstwie ich wpływu na nich mogą popełnić przestępstwa. Tak więc, wystarczy się trochę nad pewnymi sprawami zastanowić, by dojść do wniosku, że treści, o których była tu mowa są czymś znacznie bardziej niebezpiecznym od np. „mowy nienawiści” czy też „propagowania faszystowskiego lub innego ustroju państwa”, podobnie też jak np. od pornografii czy (w zdecydowanej większości przypadków)  bezpośredniego nawoływania do przemocy. Pomijając zaś (w miarę)  bezpośrednie skutki szerzenia wspomnianych tu treści – takich np. jak informacja o zabiciu kogoś przez policjanta, których to skutków nie ma, chciałbym to zauważyć, w przypadku np. „mowy nienawiści” – chciałbym zwrócić uwagę na możliwość ich długofalowego wpływu na niektórych przynajmniej ich odbiorców – treści mówiące o np. zabiciu jakiejś osoby przez policjantów mogą budzić u niektórych ludzi emocje, które niekoniecznie muszą popchnąć ich do popełnienia przestępstw, ale które mogą zwiększać prawdopodobieństwo ich przyszłego udziału w jakichś anty-policyjnych ekscesach, podobnie jak treści mówiące o np. nadużyciach seksualnych niektórych przedstawicieli kleru mogą wywoływać u niektórych osób emocje zwiększające szanse na dokonywanie przez takie osoby czynów tego rodzaju, co fizyczne napaści na księży czy demolowanie kościołów. To jest argument w kierunku tych, którzy uważają, że powodem do ograniczenia wolności słowa nie musi być bezpośrednie zagrożenie dla takich wartości, jak np. fizyczne bezpieczeństwo ludzi, co jest obecnie warunkiem ograniczenia tej wolności w USA (w każdym razie wówczas, gdy możliwym powodem do jej ograniczenia jest to, że korzystanie z niej spowodowałoby przemoc bądź inne przestępcze działanie niektórych odbiorców wypowiedzi), ale że wystarczającym do tego powodem mogą być bardziej odległe – a także, co też trzeba powiedzieć, niepewne – konsekwencje – takie np. jak możliwość przyczyniania się przez „mowę nienawiści” do tworzenia „klimatu nienawiści” wobec osób należących do pewnych grup narodowych, wyznaniowych, rasowych itd. skutkiem którego to „klimatu” mogą być przestępstwa z nienawiści przeciwko takim osobom. Zwolennicy zakazów „mowy nienawiści” (a w każdym razie typowi europejscy, czy w ogóle zachodni zwolennicy takich zakazów – nie mówię o rzadkich chyba w demokratycznych krajach zwolennikach konsekwentnie autorytarnych czy totalitarnych poglądów, którzy są przeciwko wolności słowa jako takiej w ogóle) nie uważają jednak, że rozpowszechnianie informacji o zabiciu kogoś przez funkcjonariuszy policji powinno być czymś zakazanym, pomimo, że powszechnie znane zdarzenia pokazują, że skutkiem szerzenia tego rodzaju informacji może być wywołana w krótkim czasie masowa przemoc i wystarczy też trochę pomyśleć, że wpływ treści mówiących o tego rodzaju zdarzeniach może przyczynić się do kształtowania się u niektórych osób przekonań (np. że policjanci są wrogami zwykłych ludzi) i pobudzania emocji, w następstwie których niektóre z tych niektórych osób mogą w jakimś przyszłym czasie dokonać jakichś przestępstw na szkodę funkcjonariuszy policji. Nic mi też nie wiadomo o tym, by zwolennicy zakazów hejtspiczu (bądź innych zabronionych prawem rodzajów wypowiedzi) uważali, że rozpowszechnianie informacji mówiących o jakichś niecnych czynach przedstawicieli Kościoła powinno być zakazane z tego powodu, że skutkiem, mniej lub bardziej bezpośrednim rozpowszechniania takich informacji mogą być takie czyny, jak podpalanie kościołów, czy fizyczne ataki na księży. I nie wiadomo mi też nic o tym, by ludzie których mam na myśli byli np. zdania, że straszenie ludzi potencjalnymi skutkami globalnego ocieplenia powinno być zakazane z tego powodu, że niektórzy ludzie przejęci niebezpieczeństwem tego zjawiska podpalali szczególnie jakoby przyczyniające się do potęgowania efektu cieplarnianego samochody typu SUV, a niejacy Francisco Lotero i Miriam Coletti z Argentyny w 2010 r. ze strachu przed globalnym ociepleniem (napisali o tym w swoim liście pożegnalnym) zabili jedno ze swych małych dzieci, usiłowali zgładzić drugie i strzelili sobie w łeb.

 

W każdym razie, wypowiedzi, odnośnie których można byłoby powiedzieć, że są one jakoś tam niebezpieczne – w tym sensie, że jacyś ludzie mogą pod ich wpływem nabrać przekonań, w wyniku których niektórzy z tych niektórych (w praktyce nieliczni, rzecz jasna) mogą coś złego zrobić – zdarza się mnóstwo. Dążenie do zakazania wszelkich „niebezpiecznych” we wspomnianym powyżej sensie wypowiedzi byłoby więc czystym szaleństwem.

 

Jakakolwiek możliwa do poważnego rozpatrywania teoria granic wolności słowa nie może więc zakładać, że fakt, iż jakiegoś rodzaju wypowiedzi mogą w jakiś choćby tylko pośredni sposób prowadzić do (np.) popełnienia przestępstw przez niektórych odbiorców tych wypowiedzi jest wystarczającym powodem do zakazania takich wypowiedzi – uznanie, że jest to powód do zakazania wypowiedzi musiałoby, gdyby tylko było konsekwentne, tzn. odnosiło się do wszelkich wypowiedzi, co do których dałoby się zastosować powyższy argument, do praktycznego zniweczenia tej wolności. W każdym razie, jak wyraził się niegdyś sędzia Sądu Najwyższego USA Oliver Wendell Holmes (w swym votum separatum w sprawie Gitlow v. New York z 1925 r.) „każda idea jest podżeganiem” a jedną różnicą między wyrażeniem opinii, a podżeganiem w węższym, prawniczym sensie tego słowa jest występujący w przypadku tego drugiego entuzjazm autora wypowiedzi wobec jej oczekiwanego przez niego rezultatu. Sędziemu Holmesowi nie chodziło oczywiście o to, by szerzenie i prezentowanie wszelkich idei mogło być karalne jako podżeganie do popełniania przestępstw, lecz raczej o to, że powody do ścigania i karania nawet „podżegających” do bezprawnych działań wypowiedzi (takich w każdym razie, jak wypowiedzi Beniamina Gitlowa, który rozpowszechnił manifest propagujący wszczęcie masowych, politycznych strajków i wprowadzenie dyktatury proletariatu, za wydrukowanie i rozpowszechnienie którego to manifestu został on skazany na 5 do 10 lat więzienia na podstawie przepisu zakazującego propagowania obalenia siłą rządu) niekoniecznie są większe, niż powody do ścigania i karania za głoszenie opinii, odnośnie czego nie było szczególnych wątpliwości, że coś takiego jest chronione przez Pierwszą Poprawkę do amerykańskiej Konstytucji (która w rzeczonej sprawie po raz pierwszy została rozciągnięta, za pośrednictwem czternastej poprawki, na władze stanowe).

 

Rzecz jasna, w dalszym ciągu zachodzi pytanie, jak daleko powinna sięgać prawna tolerancja wobec „niebezpiecznej” ekspresji. To niewątpliwie – nie może być inaczej  - jest kwestia opinii. Jako możliwy jednak do co najmniej poważnego rozważenia wzorzec prawny w tym względzie można wskazać wyrok Sądu Najwyższego USA w sprawie Brandenburg v. Ohio z 9 czerwca 1969 r., w którym sąd ten – unieważniając ustawę stanu Ohio o „kryminalnym syndykalizmie” z 1919 r. według której przestępstwem było „propagowanie obowiązku, konieczności bądź właściwości przestępstwa, sabotażu, przemocy lub bezprawnych metod terroryzmu jako środka doprowadzenia do reform politycznych lub przemysłowych” a także „dobrowolne zgromadzenie się z towarzystwem, grupą lub zbiorowiskiem osób, sformułowanym w celu nauczania lub propagowania doktryn kryminalnego syndykalizmu” – na podstawie której to ustawy aktywista Ku Klux Klanu Clarence Brandenburg został skazany na karę od roku do 10 lat więzienia za wygłoszenie na spotkaniu członków swej organizacji (pokazywanym później, z jego zresztą inicjatywy, w telewizji – specjalnie w tym celu zaprosił na to spotkanie kamerzystę lokalnej stacji) takich stwierdzeń, jak To jest spotkanie organizatorów. Tylko część członków jest tutaj dzisiaj – mamy setki, setki członków w Stanie Ohio. Mogę zacytować fragment z niedzielnego wydania, sprzed pięciu tygodni z gazety «Ohio Dispatch» wydawanej w Columbus: Klan ma więcej członków w stanie Ohio, niż jakakolwiek inna organizacja. Nie jesteśmy organizacją żądną zemsty, lecz jeśli nasz Prezydent, nasz Kongres i nasz Sąd Najwyższy będą nadal dławić białą, kaukaską rasę jest możliwe, że trzeba będzie dokonać zemsty. Maszerujemy na Kongres 4 lipca, siłą czterystu tysięcy ludzi. Tam dzielimy się na dwie grupy, jedna maszeruje do St. Augustine na Florydzie, druga do stanu Missisipi. Dziękuję”, oraz „Osobiście wierzę, że czarnuchy powinny wrócić do Afryki, a Żydzi do Izraela” (cytat za artykułem Macieja Zowczaka i Mateusza Żyły „Nawoływanie do popełnienia przestępstwa a wolność słowa na podstawie Brandenburg v. Ohio”) orzekł, że Wolność słowa i prasy nie pozwalają władzom stanowym na zakazywanie nawoływania do użycia siły lub łamania prawa, chyba że takie nawoływanie przybiera postać podżegania do nieuchronnego i bezprawnego działania i jest prawdopodobne, że dojdzie ono do skutku” (w polskich tłumaczeniach użytego przez amerykański Sąd Najwyższy sformułowania często używa się zwrotu „natychmiastowego bezprawnego działania” zamiast, jak to napisali Zowczak i Żyła „nieuchronnego bezprawnego działania”  - w oryginale występuje słowo „imminent” – jest to jednak raczej drobnostka).

 

Zastanówmy się teraz, jakie implikacje dla wolności „niebezpiecznych” wypowiedzi – mogących prowadzić, czy też mających prowadzić – do przestępczych działań wynikają z decyzji Sądu Najwyższego USA w sprawie Brandenburg v. Ohio. Na wstępie trzeba powiedzieć, że karanie za te wypowiedzi, które bezpośrednio nawołują do popełnienia przestępstwa i mają bezpośredni skutek w postaci dokonania przestępstwa, do którego popełnienia wzywała dana wypowiedź przez jest zgodne z tą decyzją. Większy problem mógłby być z nawoływaniem do popełnienia przestępstwa, które do faktycznego przestępstwa by nie prowadziło. Mogłoby być takie nawoływanie karalne zgodnie z decyzją w sprawie Brandenburga? W decyzji tej jest mowa o tym, że wypowiedź, aby mogła być karalna, musi mieć na celu podżeganie lub powodowanie nieuchronnego bezprawnego działania i móc podżegać lub spowodować takie działanie (w oryginale „is directed to inciting or producing imminent lawless action and is likely to incite or produce such action”). W przypadku bezpośredniego podżegania do popełnienia przestępstwa cel spowodowania bezprawnego działania (w krótkim czasie po wypowiedzi) załóżmy, że występuje, ale co z możliwością spowodowania takiego działania? Możliwość, że jakieś działanie zostanie spowodowane z pewnością nie jest całkiem równoznaczna z faktycznym spowodowaniem owego działania. „Możliwość” spowodowania przestępczego działania, o którym jest mowa w wyroku SN USA w sprawie Brandenburga jest więc kwestią prawdopodobieństwa, że do takiego działania w bezpośrednim następstwie podżegającej do takiego działania wypowiedzi dojdzie – zauważmy tu, że w oryginalnej, angielskojęzycznej wersji wyroku, o który tu chodzi występuje słowo „likely” – co po polsku znaczy tyle, co prawdopodobnie. Można sądzić, przy okazji, że prawdopodobieństwo wywołania „natychmiastowej bezprawnej akcji” o jakie chodzi w wyroku w sprawie Brandenburg v. Ohio musi być prawdopodobieństwem poważnym, istotnym – nie jakąś niewielką szansą na to, że wśród rzeszy odbiorców jakiejś wypowiedzi – dajmy na to, wezwania do obalenia rządu czy wszczęcia rewolucji komunistycznej – może znaleźć się jakiś psychopata, wariat, czy najogólniej mówiąc świr, który pod wpływem emocji wywołanych u niego przez tę wypowiedź dokona jakiegoś aktu przemocy – psychopaci dokonywali brutalnych zbrodni pod wpływem wypowiedzi, których nie sposób byłoby określić mianem nawoływania do popełnienia przestępstwa (czy też „nawoływania do nienawiści”, pornografii, itd.). Ocena tego, czy jakaś wypowiedź – która w amerykańskim standardzie oczywiście musiałaby być wypowiedzią nawołującą do natychmiastowego (czy powiedzmy, prawie natychmiastowego) działania miała szansę na wywołanie takiego działania jest jednak kwestią w pewnym przynajmniej stopniu subiektywną. Dokonywanie takiej oceny może się – niestety – opierać na przysłowiowej zasadzie „strach ma wielkie oczy” – szczególnie, jak myślę, prawdopodobne byłoby tego rodzaju dokonywanie oceny „prawdopodobieństwa” wzniecenia natychmiastowego bezprawnego działania przez prokuratorów, czy sędziów, którzy nie są przyzwyczajeni do radykalnie daleko posuniętej wolności słowa. Myślę więc, że sędzia William O. Douglas miał rację, pisząc w swej opinii (zbieżnej z opinią per curiam większości sądu) że czymś traktowanym jako rzecz niechroniona przez Pierwszą Poprawkę i w związku z tym mogącym podlegać sankcją prawnym może być wyłącznie „speech brigaded with action” – czyli takie nawoływanie do popełnienia przestępstwa, które do popełnienia przestępstwa (czy też przynajmniej usiłowania jego popełnienia) faktycznie bezpośrednio prowadzi. Przy przyjęciu takiego stanowiska zdecydowanie mniej, niż w przypadku obowiązywania stanowiska, że wypowiedź (nawołująca do natychmiastowego popełnienia przestępstwa) może być karalna wówczas, gdy może ona, ma szansę, wywołać bezprawną akcję, byłoby wątpliwości czy dana wypowiedź może zostać potraktowana jako przestępstwo (ktoś mógłby twierdzić, że podobny standard pewności  odnośnie tego, czy jakaś nawołująca do popełnienia przestępstwa wypowiedź jest przestępstwem daje prawny zakaz wszelkich takich wypowiedzi, lecz chciałbym zauważyć, że ściganie wszelkich wypowiedzi, których treść da się określić jako publiczne nawoływanie do popełnienia przestępstwa jest praktycznie niemożliwe z tego względu, że treść względnie tylko nielicznych takich wypowiedzi staje się znana organom ścigania; wypowiedzi takie muszą być więc karane albo w sposób arbitralny, albo na takiej zasadzie, że ktoś miał pecha i natknął się na kogoś, kto złożył przeciwko niemu donos – np. Otwartą Rzeczpospolitą, prowadzącą portal „Zgłoś Nienawiść” czy też na Ośrodek Monitorowania Zachowań Rasistowskich i Ksenofobicznych). Jeśli jednak prawo obowiązujące obecnie w USA nie wyklucza ukarania kogoś za taką wypowiedź nawołującą  do popełnienia przestępstwa, która do faktycznego popełnienia przestępstwa nie doprowadziła, to oczywiste jest, że wyklucza ona ukaranie kogoś za wypowiedź nawet nawołującą do natychmiastowego przestępczego działania, która jednak nie miała realnej szansy (w opinii sędziego, czy ławy przysięgłych) takiego działania spowodować. I dalej, wyklucza ono karalność wypowiedzi propagującej przestępcze zachowanie w jakiejś bliżej nieokreślonej przyszłości (a w każdym razie w czasie, którego nie można określić angielskim słowem „imminent” względem czasu wypowiedzi), nawet, gdyby dało się udowodnić, że wypowiedź ta prowadziła do (natychmiastowego czy też nie natychmiastowego) bezprawnego działania. Standard wolności słowa obowiązujący w USA na podstawie decyzji w sprawie Brandenburg v. Ohio wyklucza też odpowiedzialność prawną za nieumyślne sprowokowanie nawet natychmiastowej bezprawnej akcji – z pewnością byłoby czymś niezgodnym ze wspomnianym wyrokiem skazanie kogoś z jego słowa z tego tylko powodu, że powinien on sobie zdawać sprawę z ich możliwego efektu. Nawet faktyczne zdawanie sobie sprawy z możliwości, że pod wpływem danej wypowiedzi ktoś może popełnić przestępstwo nie byłoby wystarczającym powodem do tego, by ukarać kogoś za wypowiedź choćby i natychmiastowo prowadzącą do popełnienia przestępstwa – aby jakaś wypowiedź mogła być karalna jako nawoływanie (czy też, jak to się również czasem tłumaczy podżeganie czy podburzenie) do popełnienia przestępstwa musi zmierzać ona do spowodowania przestępczego działania w sposób natychmiastowy i ponadto musi stwarzać realne niebezpieczeństwo wywołania takiego działania.

 

Decyzja Sądu Najwyższego USA w sprawie Brandenburg v. Ohio (poparta zresztą w kilku kolejny wyrokach tego sądu np. w takich sprawach, jak Hess v. Indiana z 1973 r. i NATIONAL ASSOCIATION FOR THE ADVANCEMENT OF COLORED PEOPLE et al. v. CLAIBORNE HARDWARE CO. et al. z 1982 r. – do tej ostatniej się do niej w swym tekście sprzed kilkunastu lat) ) stworzyła sytuację, w której możliwość karania za wypowiedzi, które spora część ludzi określiłaby zapewne mianem „niebezpiecznych” została radykalnie ograniczona – karalne mogą być, można tak to ująć, tylko najbardziej niebezpieczne z tych (jakoś tam w ogóle) niebezpiecznych wypowiedzi – tj. te, które mają co najmniej istotną szansę na to, by wzniecić natychmiastowe działanie łamiące prawo, przy czym wypowiedzi te muszą mieć na celu wzniecenie takiego właśnie, natychmiastowego (czy powiedzmy, niemal natychmiastowego) bezprawnego działania. 

 

Czy taki standard wolności słowa powinien zostać wprowadzony w Polsce (a może również w ogóle w Europie)? Ja uważam, że tak (z tym drobnym zastrzeżeniem, że jeszcze bardziej od tego, co zostało postanowione we wspomnianej tu powyżej decyzji podoba mi się stanowisko sędziego Douglasa dopuszczające możliwość karania wyłącznie takich wypowiedzi, które faktycznie prowadziłyby do bezprawnego działania – ocena tego, czy jakaś wypowiedź, która nie doprowadziła do popełnienia przez żadnego z jej odbiorców przestępstwa, choć zachęcała ich do tego – jest z natury rzeczy podatna na dokonywanie jej w oparciu o subiektywne widzimisię. A karanie za jakieś wypowiedzi z tego po prostu powodu, że wypowiedzi te są nawoływaniami do popełniania przestępstw (czy też nawoływaniami do nienawiści, albo dlatego, że są one obraźliwe dla jakichś osób, czy też całych grup osób) jest w gruncie rzeczy karaniem za takie wypowiedzi w następstwie przekonania, że wypowiedzi takie są niemoralne. Oczywiście, wypowiedzi nawołujące do przestępczych zachowań – a więc dajmy na to, zabijania ludzi, kradzieży, rozbojów – są, w powszechnym jak myślę odczuciu, niemoralne – podobnie jak niemoralne są wypowiedzi nawołujące do nienawiści, a więc skrajnie wrogiego nastawienia wobec osób należących do jakiejś grupy społecznej (nie tylko takiej, jak grupa narodowościowa, etniczna, rasowa, wyznaniowa czy charakteryzująca się bezwyznaniowością, co zdaje się sugerować art. 256 k.k.). Lecz w szanującym indywidualną wolność – a jednocześnie dbającym o ich bezpieczeństwo swych mieszkańców - kraju zakazane i karalne powinny być zachowania jednoznacznie szkodliwe czy niebezpieczne, a nie takie, które po prostu spotykają się z moralną dezaprobatą mniejszej czy większej części społeczeństwa, lecz nie powodują realnych szkód.

 

Póki co jednak, zakres wolności słowa w Polsce wygląda zupełnie inaczej, niż w USA. Karalność publicznego nawoływania do popełnienia przestępstwa nie jest w polskim kodeksie karnym (mowa jest o niej w art. 255, a także 126a i 117 §3) uzależniona od prawdopodobieństwa jego skuteczności, karalne jest też – co niewątpliwie jest sprzeczne ze standardem ogłoszonym w USA w sprawie Brandenburga – publiczne pochwalanie popełnienia przestępstwa. Karalne jest również publiczne nawoływanie do nienawiści na tle różnic narodowościowych, etnicznych, rasowych, wyznaniowych albo ze względu na bezwyznaniowość (do nienawiści na tle wszelkich innych różnic między ludźmi nawoływać, jak zatem widać, wolno) – a więc do emocji, która – można tak rozumować – może stać się czasem podłożem przestępczego działania – lecz sama w sobie wciąż jest tylko emocją – uczuciem, stanem psychicznym. Przestępstwo (jest mowa o tym w tym samym art. 256 §1 k.k. który kryminalizuje publiczne nawoływanie do pewnych rodzajów nienawiści) stanowi też publiczne propagowanie faszystowskiego lub innego totalitarnego ustroju państwa (po wejściu w życie „wielkiej” nowelizacji k.k. będzie w nim mowa o publicznym propagowaniu nazistowskiego, komunistycznego, faszystowskiego lub innego totalitarnego ustroju państwa) – a więc systemu politycznego, który łamie podstawowe prawa ludzkie i w którym może – wiemy to przecież z doświadczeń historycznych – dochodzić do takich zbrodni, jak np. ludobójstwo – nie ma jednak wątpliwości, że wyrażanie opinii, iż taki ustrój powinien zostać wprowadzony w Polsce jest czymś bardzo odległym od bezpośrednio niebezpiecznego w konkretnym przypadku nawoływania do użycia przeciwko jakiejś osobie czy grupie osób przemocy (co mogłoby być karalne zgodnie z decyzją w sprawie Brandenburg v. Ohio). Niedługo karalne stanie się publiczne propagowanie ideologii nazistowskiej, komunistycznej, faszystowskiej lub ideologii nawołującej do użycia przemocy w celu wpływania na życie polityczne lub społeczne, co będzie stanowiło jeszcze dalej posunięte ograniczenie wolności słowa. Zwróćmy uwagę, że aby ktoś mógł zostać skazany za publiczne nawoływanie do przestępstwa (np. z art. 255 §1 lub §2 k.k.) jego wypowiedź musi bezpośrednio zachęcać swych odbiorców do złamania prawa karnego – choć nawoływanie takie nie przestaje w polskim prawie (inaczej, jak w prawie amerykańskim) być przestępstwem z tego powodu, że nie miało ono realnej szansy na skuteczność. Tymczasem w przypadku przestępstwa publicznego propagowania ideologii nawołującej do użycia przemocy w celu wpływania na życie polityczne lub społeczne wystarczającym powodem do skazania kogoś za jego wypowiedź stanie się to, że wypowiedź ta w jakiś ogólnikowy sposób propagowała ideologię, która „nawołuje” – to słowo chyba trzeba wziąć w cudzysłów, ideologie, takie, jak np. socjalizm, anarchizm, liberalizm, konserwatyzm, libertarianizm, feminizm mają wiele odgałęzień i przedstawicieli, jednych bardziej radykalnych i postulujących jakieś przemocowe działania, innych mniej – do użycia przemocy w celu określonym w (nieobowiązującym jeszcze) art. 256a §1 k.k. Możliwe stanie się więc karanie ludzi za publiczne wypowiedzi zachęcające do np. przeczytania manifestu SCUM amerykańskiej feministki Valerie Solanas, a to z powodu prezentowanej w tym tekście idei fizycznej eliminacji mężczyzn, czy też dzieł takich autorów, jak  Paul Brousse, Carlo Cafiero czy Errico Malatesta,  którzy głosili niegdyś idee „propagandy czynem” czyli sabotażu i organizowania zbrojnych wystąpień, podobnie, jak za zachęcanie do przeczytania Koranu z powodu obecności w nich tzw. wersetów miecza, zachęcających muzułmanów do zbrojnej walki z „niewiernymi”, czy też „Manifestu Komunistycznego” z powodu znajdującego się w końcowej części tej książki stwierdzenia, że cele, do osiągnięcia których dążą (czy też może raczej dążyli) komuniści „mogą być osiągnięte jedynie przez obalenie przemocą całego dotychczasowego ustroju społecznego” (choć to ostatnie mogłoby też zostać potraktowane jako publiczne propagowanie ideologii komunistycznej). Jest to jeszcze większe odejście od standardu granic wolności słowa określonego w sprawie Brandenburg v. Ohio.  

 

Niezgodny z decyzją w sprawie Brandenburg v. Ohio jest też art. 255a k.k. zgodnie z którego §1 „Kto rozpowszechnia lub publicznie prezentuje treści mogące ułatwić popełnienie przestępstwa o charakterze terrorystycznym w zamiarze, aby przestępstwo takie zostało popełnione, podlega karze pozbawienia wolności od 3 miesięcy do lat 5” zaś którego §2 stanowi, że „Tej samej karze podlega, kto w celu popełnienia przestępstwa o charakterze terrorystycznym uczestniczy w szkoleniu mogącym umożliwić popełnienie takiego przestępstwa lub samodzielnie zapoznaje się z treściami, o których mowa w § 1”. Wprawdzie karalność uczenia jakichś ludzi, którzy rwą się do praktykowania terroru, jak zbudować bombę (i mają dostęp do środków pozwalających im to zrobić) byłaby – jak myślę – zgodna ze wspomnianym tu amerykańskim wyrokiem – ale po prostu rozpowszechnianie czy też prezentowanie informacji mówiących o tym, jak coś takiego zrobić, nawet z subiektywnym zamiarem po stronie rozpowszechniającego czy prezentującego taką informację, by ktoś w oparciu o nią popełnił przestępstwo o charakterze terrorystycznym (bądź w ogóle jakiekolwiek przestępstwo) już nie. Karanie za kogoś za jego wypowiedź z tego wyłącznie powodu, że chce on tego, by coś złego w jej wyniku się stało jest karaniem go z tego w istocie rzeczy powodu, że jest on moralnie złym człowiekiem. Brandenburg v. Ohio wyklucza karanie kogokolwiek za jego wypowiedź wyłącznie z powodu kryjącej się za nią złej intencji – oprócz złej intencji – owszem, koniecznej do spełnienia wymogów karalności wypowiedzi określonych w sprawie Brandenburga – niezbędne jest to, by wypowiedź stwarzała realne i bezpośrednie niebezpieczeństwo spowodowania działania zakazanego prawem. Jeśli chodzi o informacje prezentowane w wypowiedziach mówiących (np.) o tym, jak zrobić bombę, to są one oczywiście w jakiś sposób niebezpieczne – ktoś korzystając z nich może zrobić bombę i zabić ludzi. Ale wiele innych treści – takich choćby, jak te wspomniane już wcześniej w tym tekście – także jest w jakiś sposób niebezpiecznych (np. dlatego, że mogą one kształtować przekonania i pobudzać emocje, czasem stające się podłożem przestępczych zachowań) i jednak mało kto proponuje szerzenia tych treści zakazać i z praktyczną pewnością nikt nie chciałby zakazania ich wszystkich. Jeśli mówimy o treściach mogących ułatwić popełnienie przestępstwa o charakterze terrorystycznym – choć oczywiście raczej nie rozpowszechnianych w tym celu, by przestępstwo takie zostało popełnione – to chciałbym zauważyć, że w internecie (a także w innych źródłach typu czasopisma czy książki) są bez trudu dostępne informacje mogące ułatwić dokonanie takiego przestępstwa – weźmy tu choćby Vortal Młodego Chemika, w którym przedstawione są szczegółowe informacje w kwestii m.in. tego, jak produkować silne materiały wybuchowe – takie choćby, jak trotyl. Produkcja takich rzeczy nie jest, trzeba to powiedzieć, bardzo łatwa – trzeba mieć do tego rzeczy, których przeciętny człowiek raczej nie ma u siebie w domu i których raczej też nie kupi on w osiedlowym sklepie – takich np. (w przypadku trotylu) jak kwas azotowy, oleum (stężony kwas siarkowy) i dinitrotoluen (do którego otrzymania potrzebne są podobne półprodukty) – ale nie jest przecież rzeczą niemożliwą to, by ktoś zdeterminowany do tego by to zrobić i nie zniechęcony stojącymi na drodze jego zamiarów trudnościami w oparciu o informacje prezentowane we wspomnianym serwisie internetowym wyprodukował materiał wybuchowy i przy jego pomocy popełnił przestępstwo o charakterze terrorystycznym (względnie inne przestępstwo – np. zwykłe morderstwo). Można więc powiedzieć, że Vortal Młodego Chemika prezentuje treści potencjalnie niebezpieczne – mogące ułatwić popełnianie m.in. przestępstw o charakterze terrorystycznym, aczkolwiek treści te nie są na tej stronie prezentowane w tym celu, aby przestępstwa takie były popełniane. Ale czy gdyby treści takie, jak prezentowane w Vortalu Młodego Chemika były prezentowane w zamiarze doprowadzenia do popełnienia przestępstw terrorystycznych to wiele by to zmieniało? Oczywiście, z punktu widzenia obowiązującego w Polsce prawa, jakim jest art. 255a §1 k.k. jak najbardziej – rozpowszechnianie czy też publiczne prezentowanie treści mogących ułatwić popełnienie przestępstwa o charakterze terrorystycznym jest według tego przepisu przestępstwem tylko wówczas, gdy towarzyszy mu zamiar doprowadzenia do tego, by takie właśnie przestępstwo zostało popełnione. Ale czy zmieniałoby to np. stopień zagrożenia wynikającego z rozpowszechniania czy publicznego prezentowania takich, nie zakazanych przecież per se prawnie treści? Owszem, być może, że tak - w niektórych przypadkach ich (niekoniecznie zresztą publicznej prezentacji). Na zdrowy rozum oczywiste jest, że bezpośrednie, in personam, instruowanie ludzi, którzy chcą produkować i podkładać bomby – i mają dostęp do środków pozwalających im się za to zabrać – o tym, jak to robić jest czymś bardziej niebezpiecznym, prędzej mogącym przyczynić się do popełnienia przestępstwa (o charakterze terrorystycznym lub jakiegokolwiek innego, dokonanego przy użyciu bomby) niż skierowane do ogólnej publiki prezentowanie treści tego rodzaju, co te dostępne np. w Vortalu Młodego Chemika (przy okazji, prawnie mogłoby to zostać potraktowane jako pomocnictwo, o którym jest mowa w art. 18 §3 k.k. do popełnienia przestępstwa z art. 171 §1 k.k., albo nawet sprawstwo kierownicze takiego przestępstwa. Sąd Najwyższy USA orzekł, że Pierwsza Poprawka do Konstytucji nie chroni wypowiedzi będącej integralną częścią przestępczego działania – i orzeczenie w sprawie Brandenburg v. Ohio, gwarantujące, zasadniczo rzecz biorąc, wolność propagowania zakazanych prawem działań, nie uchyliło tej zasady, o której  była mowa w sprawie Giboney v. Empire Storage & Ice Co. z 1949 r.). Ale czy treści takie, jak prezentowane we wspomnianym serwisie stawałyby się bardziej niebezpieczne wskutek tego, że towarzyszyłyby im wezwania typu „zrób bombę, dokonaj zamachu”? Na zdrowy rozum nie – pomysł dokonania zamachu terrorystycznego (czy popełnienia nawet nie mającego charakteru terrorystycznego przestępstwa – zwykłe np. morderstwo nie jest w myśl przepisów polskiego prawa przestępstwem o charakterze terrorystycznym) może komuś czytającemu instrukcję produkcji trotylu czy innego środka wybuchowego przyjść do głowy bez takiego wezwania, może on zresztą istnieć jeszcze przed zetknięciem się z taką instrukcją. Z pewnością wezwanie do (np.) zbudowania bomby i dokonania przy jej użyciu takiego  czy innego przestępstwa nie może mieć takiego samego efektu, jak wezwanie (podżeganie, podburzanie) do natychmiastowego bezprawnego działania, o którym jest mowa w wyroku w sprawie Brandenburga, gdyż tam akurat istotą związku między wypowiedzią zachęcającą do popełnienia przestępstwa, a popełnieniem tego przestępstwa – bądź co najmniej niebezpieczeństwem, że zostanie ono popełnione – polega na  tym, że droga od słów do czynów w tych przypadkach, w których wypowiedzi mogą być karalne zgodnie z tym orzeczeniem przebiega na skróty, z pominięciem procesów refleksji nad treścią wypowiedzi i możliwych efektów wcielenia zawartego w niej wezwania w życie (w postaci choćby możliwości trafienia za kratki za popełnienie przestępstwa). O ile taka biegnąca na skróty droga między słowami, a czynami jest możliwa w przypadku podżegającej do użycia przemocy wypowiedzi skierowanej do rozwścieczonego tłumu, to nie jest ona możliwa w przypadku wypowiedzi instruującej jak zrobić (np.) bombę i wzywającej do tego, by ją zrobić i zdetonować, gdyż takie działanie nie może, z racji choćby swej złożoności, być natychmiastowym (czy też nieuchronnym, jak kto woli) efektem wypowiedzi. Ktoś, kto w wyniku – załóżmy – przeczytania czegoś buduje, chcąc ją zdetonować, bombę z pewnością jest świadomy tego, co robi i jakie mogą być tego konsekwencje – w odróżnieniu od kogoś, kto jako członek rozwścieczonego tłumu dokonuje jakiegoś aktu przemocy pobudzony do tego emocjami, jakie wywołała w nim podburzająca do natychmiastowego bezprawnego działania wypowiedź. Rzecz jasna, żeby nie było wątpliwości, inaczej należy moralnie (jest to chyba powszechne odczucie) oceniać ludzi, którzy prezentują treści tego rodzaju, co te prezentowane np. w Vortalu Młodego Chemika w celu zaspokojenia ludzkiej ciekawości – przecież ludzie mogą interesować się tym, jak produkuje się materiały wybuchowe bez chęci produkowania takich materiałów i oczywiście bez chęci ich zastosowania do przestępczych celów – a inaczej ludzi prezentujących nawet takie same w istocie treści w zamiarze doprowadzania do popełnienia terrorystycznych, bądź nawet nie-terrorystycznych przestępstw. Lecz różnica między pierwszym, a drugim jest – można dojść do takiego wniosku (pisałem o tym kiedyś w jednym z moich tekstów) w istocie rzeczy taka, jak różnica między kimś, kto produkuje czy też sprzedaje np. noże, siekiery czy inne rzeczy mogące służyć do popełnienia przestępstwa (jak choćby benzyna, która może przecież służyć do podpalenia czegoś, bądź co gorsza kogoś) – zdając sobie niewątpliwie sprawę z tego i jakoś też godząc się na to, że oferowane przez niego produkty mogą posłużyć do popełniania przestępstw, a kimś kto prowadzi taką działalność marząc o tym, by rzeczy, które produkuje on czy też sprzedaje zostały użyte do zbrodniczych celów – by któryś z oferowanych przez  niego noży został wbity w czyjąś klatkę piersiową, by benzyna posłużyła komuś do zbrodniczego podpalenia, itd. Producent czy sprzedawca legalnych, ale mogących zostać użytych do przestępczych celów produktów, takich, jak noże, siekiery, piły, łomy, benzyna i wiele innych możliwych rzeczy nie staje się przestępcą wskutek tego, że prowadzi on swoją działalność w subiektywnym zamiarze (załóżmy, że możliwym do udowodnienia poprzez np. świadków jego prywatnych rozmów – taki zamiar jest też wystarczający do popełnienia przestępstwa z art. 255a §1 k.k. – nie jest w tym przepisie powiedziane, że warunkiem odpowiedzialności za popełnienie określonego w nim przestępstwa jest aktywne zachęcanie innych osób do dokonania czynu o charakterze terrorystycznym; takie zachęcanie, jeśli ma ono charakter publiczny, może być oczywiście karane na podstawie art. 255 k.k. w którym mowa jest o publicznym nawoływaniu do (ogólnie rzecz biorąc) popełnienia przestępstwa) by przy użyciu jakiegoś oferowanego produktu zostało popełnione przestępstwo. Jest więc jakaś logika w tym, by z powodu takiego subiektywnego zamiaru karać kogoś, kto rozpowszechnia bądź publicznie prezentuje niezakazane przecież prawnie per se treści mogące ułatwić popełnienie przestępstwa o charakterze terrorystycznym? Na mój rozum, jest to logika w najlepszym wypadku cokolwiek kulawa. W każdym razie, jest rzeczą oczywistą, że Brandenburg v. Ohio wyklucza karanie kogoś za jego wypowiedź z tego wyłącznie powodu, że za wypowiedzią tą kryje się jakiś zły czy niemoralny zamiar, oczywiste jest też, że niebezpieczeństwo, mogące ewentualnie wynikać z publicznego prezentowania czy rozpowszechniania treści, o których jest mowa w art. 255a §1 k.k. nie jest niebezpieczeństwem tego rodzaju, co to, o które chodzi w orzeczeniu w sprawie Brandenburg v. Ohio, tj. niebezpieczeństwem wzniecenia przestępczych działań w czasie bezpośrednio po zachęcającej do takich działań wypowiedzi wskutek nie tyle przekonania odbiorców wypowiedzi do podjęcia takich działań, ile raczej bezpośredniego, opartego zdecydowanie bardziej na emocjach, niż na rozumie, popchnięcia ich do takich działań.      

 

Z Brandenburg v. Ohio niezgodne są też takie istniejące w polskim prawie zakazy wypowiedzi, jak zakaz publicznego znieważania grupy ludności albo poszczególnej osoby z powodu jej przynależności narodowej, etnicznej, rasowej, wyznaniowej albo z powodu jej bezwyznaniowości (art. 257 k.k.), publicznego znieważania przedmiotu czci religijnej innych osób lub miejsca przeznaczonego do publicznego sprawowania obrzędów religijnych i powodowania przez to obrazy uczuć religijnych innych osób (art. 196 k.k.), a także oczywiście też publicznego znieważania Narodu Polskiego lub Rzeczypospolitej Polskiej (art. 133 k.k.), publicznego znieważania Prezydenta RP, publicznego znieważania lub  poniżania konstytucyjnego organu RP (art. 226 §3 k.k.) czy znieważania, bądź uszkadzania symboli narodowych (art. 137 k.k.) – bądź zakaz publicznego negowania zbrodni nazistowskich i komunistycznych popełnionych na Polakach lub obywatelach polskich innej narodowości w okresie od 1 września 1939 r. do 31 lipca 1990 r. W tych akurat przypadkach niezgodność ta jest może cokolwiek bardziej subtelna – mógłby ktoś twierdzić, że wypowiedzi, o których jest tu mowa są zakazane prawnie nie z tego powodu, że mogą one prowadzić do czegoś złego w tym sensie, że ktoś w wyniku wpływu na niego jakichś tego rodzaju wypowiedzi popełni przestępstwo (Brandenburg v. Ohio wymaga, by niebezpieczeństwo spowodowania bezprawnego działania było bezpośrednie, oraz tego, by autor wypowiedzi miał na celu natychmiastowe spowodowanie takiego działania), ale po prostu dlatego, że są one obraźliwe czy też wyrządzające niektórym osobom (np. członkom grup narodowych, etnicznych, rasowych i wyznaniowych, których to grup tyczą się pewne znieważające wypowiedzi, czy wyznawcom takich czy innych religii, których świętości są publicznie znieważane) krzywdę emocjonalną. Niezgodność karania za takie wypowiedzi z wyrokiem w sprawie Brandenburga jest jednak niewątpliwa z tego choćby względu, że niekaranie za wypowiedzi, które mają na celu wzniecenie (nawet natychmiastowego) bezprawnego działania, ale które nie mają poważnej szansy na faktyczne spowodowanie takiego działania, czy też za wypowiedzi faktycznie prowadzące (nawet w sposób natychmiastowy) do bezprawnego działania, lecz nie mające na celu wzniecenia takiego działania i oczywiście za wypowiedzi, które mogą przekonywać niektórych ludzi do poglądów i pobudzać u nich emocje mogące się czasem stać podłożem przestępczych zachowań i jednoczesne karanie za wypowiedzi z tego powodu, że obrażają one uczucia (wszystko jedno jakie – religijne, narodowe, artystyczne, estetyczne, etyczne) niektórych ludzi, czy też mają „znieważającą” formę (w dyskusjach o zasadności zakazów znieważania pojawiał się czasem w Polsce argument, że zakazy te penalizują tylko pewne formy wypowiedzi, lecz nie ich treści – nie będę tu rozwijał tego tematu, ale jest to moim zdaniem twierdzenie niepoważne) byłoby w jaskrawy sposób niespójne aksjologicznie. Podobnie też niespójny aksjologicznie z Brandenburg v. Ohio jest zakaz negowania zbrodni nazistowskich i komunistycznych, o którym jest mowa w art. 55 ustawy o Instytucie Pamięci Narodowej. Wypowiedzi, których zakazuje ten przepis z pewnością mogą być obraźliwe i nawet oburzające dla wielu ludzi, ale jasne jest, że nie powodują one niebezpieczeństwa natychmiastowego spowodowania przestępczego działania i nie mają też rzecz jasna czegoś takiego na celu. Czymś aksjologicznie zgodnym z orzeczeniem w sprawie Brandenburga może być karanie za takie kłamliwe wypowiedzi, których autor zdaje sobie z ich kłamliwości, oraz z tego, że wypowiedź ta niechybnie pociągnie za sobą nieszczęście. A więc np. za świadomie kłamliwe krzyknięcie „pożar” w pełnym ludzi miejscu typu kino czy teatr, czy wspomniane w tym tekście poinformowanie opinii publicznej o mającym nastąpić w ciągu minut nuklearnym ataku, prowadzące do paniki i spowodowanych nią zdarzeń typu śmiertelne wypadki drogowe, itp.

 

Niezgodne z Brandenburg v. Ohio są też, na zdrowy rozum, przynajmniej niektóre występujące w polskim prawie zakazy dotyczące pornografii. W każdym razie, jeśli produkowanie, utrwalanie sprowadzanie, przechowywanie lub posiadanie w celu rozpowszechniania , bądź też rozpowszechnianie lub prezentowanie (niekoniecznie -  uwaga! - publiczne) treści pornograficznych związanych z prezentowaniem przemocy lub posługiwaniem się zwierzęciem (art. 202 §3 k.k.) czy też treści przedstawiających wytworzony albo przetworzony wizerunek małoletniego uczestniczącego w czynności seksualnej (art. 202  §4b k.k.) - w których przypadku karalne jest nawet czysto prywatne, bez zamiaru ich rozpowszechniania, posiadanie lub przechowywanie - jest zabronione w oparciu o teorię, że jacyś odbiorcy tego rodzaju treści mogą w następstwie ich naoglądania się popełnić przestępstwa (takie, jak gwałty, czy seksualne wykorzystywanie dzieci) to taka teoria – jako postawa do ograniczenia wolności słowa – jest w sposób oczywisty sprzeczna z decyzją w sprawie Brandenburga. Niezgodne z tą decyzją byłoby także zakazywanie wspomnianych typów ekspresji z tego np. powodu, że – dajmy na to – w jakiś ogólny sposób naruszają one godność kobiet, bądź (np.) ofiar przemocy seksualnej; podobnie, jak niezgodne z tą decyzją byłoby zakazanie wypowiedzi znieważających takie czy inne grupy narodowe, etniczne, rasowe, wyznaniowe czy jakiekolwiek inne na podstawie teorii, że wypowiedzi te naruszają godność osób należących do takich grup (oczywiście, w polskim porządku konstytucyjnym godność człowieka jest nader istotną wartością – zob. art. 30 Konstytucji: „Przyrodzona i niezbywalna godność człowieka stanowi źródło wolności i praw człowieka i obywatela. Jest ona nienaruszalna, a jej poszanowanie i ochrona jest obowiązkiem władz publicznych” – ale czy zakazywanie wypowiedzi, o których jest tu mowa i tym samym dążenie do tego, by ludzie nie mogli się z takimi wypowiedziami zapoznać – przynajmniej z pierwszej ręki – jest traktowaniem ludzi, obywateli polskiego państwa z godnością, czy coś takiego jest raczej wyrazem braku zaufania do nich i traktowaniem ich w najlepszym przypadku jak dzieci?). Sąd Najwyższy USA szereg razy zresztą stwierdził, że I Poprawka do Konstytucji wyklucza zakazywanie wypowiedzi z tego powodu, że są one obraźliwe dla niektórych osób – z takiego powodu sąd ten unieważnił np. zakaz palenia bądź innego bezczeszczenia flagi narodowej (w sprawie Texas v. Johnson z 1989 r.). Choć trzeba też powiedzieć, że w przypadku pornografii mamy pewną zagwozdkę stworzoną przez sam amerykański Sąd Najwyższy. Sąd ten bowiem konsekwentnie stoi na stanowisku (a w każdym razie na takim stanowisku stoi większość jego członków – zawsze takich było przynajmniej 5 na 9) że Pierwsza Poprawka do Konstytucji USA nie chroni czegoś takiego, jak obsceniczność, czyli tych „dzieł” (takich, jak fotografie czy filmy), które, jak jest mowa w wyroku w sprawie Miller v. California z 1973 r. spełniają trzy następujące warunki: a) Przeciętna osoba, stosująca aktualne standardy społeczne, uznałaby, że dane dzieło, wzięte pod uwagę jako całość apeluje do lubieżnych (czy można też tłumaczyć „sprośnych” – w decyzji zostało użyte słowo „prurient”) zainteresowań; b) Dzieło to w sposób wyraźnie obraźliwy przedstawia bądź opisuje zachowanie seksualne lub funkcje wydalnicze, specyficznie definiowane przez mające zastosowanie prawo stanowe i c) Dzieło to nie posiada poważnej wartości literackiej, artystycznej, politycznej bądź naukowej.

 

Wyjęcie „obsceniczności” spod ochrony I Poprawki do Konstytucji USA jest trudne do pogodzenia z całokształtem orzecznictwa amerykańskiego Sądu Najwyższego w kwestiach dotyczących zakresu wolności słowa. Z jednej bowiem strony, sąd ten nader wyraźnie uznał, że fakt, że jakieś wypowiedzi mogą być obraźliwe dla swoich odbiorców nie może być powodem ich zakazu (z wyjątkiem sytuacji typu bezpośrednich napaści słownych twarzą w twarz, w przypadku których zresztą to nie tyle sama obraźliwość wypowiedzi, ale niebezpieczeństwo sprowokowania ofiary zniewagi do gwałtownej reakcji stanowi uzasadnienie wyjęcia takich wypowiedzi spod konstytucyjnej ochrony; chodzi tu o tzw. fighting words – czy też sytuacji tzw. przymusowych odbiorców, którym, jak Sąd Najwyższy USA stwierdził w decyzji w sprawie Rowan v. U.S. Post Office Department z 1970 r. nikt nie ma chronionego przez I Poprawkę prawa do narzucania nawet dobrych idei) – tymczasem wspomniany powyżej standard, ogłoszony w 1973 w sprawie Miller v. California pozwala karać za rozpowszechnianie czy też prezentowanie dzieł, które w sposób wyraźnie obraźliwy przedstawiają bądź opisują zachowania seksualne lub funkcje wydalnicze, specyficznie definiowane przez mające zastosowanie prawa stanowe. Mamy tu więc oczywistą niezgodność z podstawową zasadą prawa obowiązującego w USA – w zakresie, w jakim prawo to dotyczy swobody wypowiedzi – taką mianowicie, że wypowiedzi nie mogą być zakazane po prostu z powodu ich obraźliwości – tego, że są one w złym guście, że mogą wywoływać u swych odbiorców nieprzyjemne uczucia, itd. „Apelowanie do lubieżnych” – czy też jak kto woli „sprośnych” - zainteresowań (użyte w decyzji w sprawie Miller v. California słowo „prurient” jest ponoć niezrozumiałe dla większości dzisiejszych Amerykanów) – jest w sposób absolutnie oczywisty czymś skrajnie odległym od podżegania do natychmiastowego  działania łamiącego prawo, o którym jest mowa w decyzji w sprawie Brandenburga – które dodatkowo musi stwarzać realne niebezpieczeństwo faktycznego spowodowania takiego działania. Trzecie kryterium konstytucyjnie dopuszczalnej kryminalizacji wypowiedzi, o którym jest mowa w decyzji w sprawie Miller v. California, a mianowicie to, że dane „dzieło” nie posiada poważnej wartości literackiej, artystycznej, politycznej bądź naukowej też jest w bezsprzeczny sposób sprzeczne z całokształtem orzecznictwa Sądu Najwyższego USA w kwestiach wolności słowa – jasne jest, że jakaś poważna wartość wypowiedzi nie jest – tak normalnie – warunkiem jej konstytucyjnej ochrony. Co więc można powiedzieć o obowiązujących w USA zakazach „obsceniczności” to tyle, że na tle całokształtu amerykańskiego prawa dotyczącego zakresu wolności słowa zakazy te są po prostu dziwactwem – choć trzeba też powiedzieć, że mają one coraz mniejsze znaczenie z powodu choćby wzrostu społecznej tolerancji dla pornografii.

 

Inna sprawa jest natomiast z zakazami pornografii, do produkcji której wykorzystywane są realnie istniejące osoby nieletnie, czy też – o czym nie ma konkretnej mowy (o ile wiem) w prawie amerykańskim, ale o czym jest jednak mowa w prawie polskim – nawet dorosłe osoby będące obiektami przemocy seksualnej. Zakazy takie można oczywiście byłoby tłumaczyć tym, że istnieje możliwość, że ktoś, kto naogląda się takich treści popełni w następstwie tego takie czy inne przestępstwo, ale istnieje mimo wszystko dużo lepszy argument na rzecz zakazu produkowania, rozpowszechniania czy nawet posiadania takich treści – taki mianowicie, że ich produkowanie wyrządza krzywdę osobom, które są wykorzystywane do tego celu i wyrządzaniu takiej krzywdy nie da się skutecznie zapobiec zakazując samej tylko produkcji takich materiałów (którą oczywiście trudno jest wykryć) lecz konieczne jest także zakazanie ich dystrybucji (co Sąd Najwyższy USA uznał w sprawie New York v. Ferber w 1982 r.) lub nawet samego tylko ich posiadania (to zostało uznane w sprawie Osborne v. Ohio z 1990 r.). Charakterystyczne jest, że w decyzji w sprawie Ferber v. New York nie ma ani słowa o tym, że oglądanie pornografii dziecięcej może mieć niebezpieczny wpływ na niektóre osoby (w decyzji w sprawie Osborne v. Ohio pojawiło się wspomnienie o tym, że niektórzy pedofile używają pornografii dziecięcej w celu przekonywania swoich ofiar do tego, że seks jest fajny, ale zdecydowanie nie było ono zasadniczą przesłanką uznania, że zakazy posiadania pornografii dziecięcej są konstytucyjnie dopuszczalne). Pornografia dziecięca to niewątpliwie bardzo śliska sprawa – można zaryzykować stwierdzenie, że we współczesnym świecie jest to najbardziej znienawidzony i najbardziej prawnie tępiony rodzaj ekspresji. Są – zauważmy – ludzie będący zwolennikami wolności dla np. „siewców nienawiści” – jest ich zresztą bardzo wielu i poniekąd zaliczam się do nich. Nie ma natomiast ludzi, którzy uważają, że rozpowszechnianie pornografii dziecięcej powinno być prawnie dopuszczalne. Osobiście też sądzę, że zakazy pornografii dziecięcej, a także pornografii, do udziału w której zmuszane są nawet dorosłe osoby i która jest rozpowszechniana bez zgody takich osób są słuszne. Skuteczna ochrona osób wykorzystywanych do produkcji takiej pornografii i przez to krzywdzonych przy użyciu wyłącznie przepisów zabraniających bezpośrednich przestępstw seksualnych przeciwko konkretnym osobom, czy też produkowania pornografii dziecięcej, bądź pornografii przedstawiającej nieudawaną przemoc nie jest w praktyce możliwa, gdyż produkcja tego rodzaju treści odbywa się w głębokim „podziemiu” – pornograficzne filmy z udziałem dzieci, czy też gwałconych przed kamerami video kobiet nie mają przecież czołówek z (prawdziwymi w każdym razie) imionami i nazwiskami producenta, reżysera i występujących w nich aktorów – dzięki którym być można byłoby wykryć i ująć ludzi krzywdzących osoby wykorzystywane przy okazji produkowania tego rodzaju filmów. Dalej, można powiedzieć, że rozpowszechnianie treści pornograficznych z udziałem dzieci, czy też przedstawiających np. autentyczne, nie wyreżyserowane gwałty narusza prawo ofiar takich czynów do prywatności – w każdym razie wówczas, gdy odbywa się to bez ich zgody. Lecz mimo wszystko zakazy wymierzone w pornografię dziecięcą, czy też „dorosłą” pornografię ukazującą autentyczną przemoc mają – jak sądzę – swoje cokolwiek kłopotliwe marginesy. Zakazy te, przewidujące poważne kary za rozpowszechniania pewnych zdjęć, bądź filmów, mogą być konieczne dla ochrony dzieci i ewentualnie też innych osób (np. gwałconych przed kamerami video kobiet) przed krzywdą, jaką wyrządza im przede wszystkim produkowanie wspomnianego tu rodzaju treści. Ale nie w każdym przypadku karanie za rozpowszechnianie, lub tym bardziej za posiadanie pornografii dziecięcej, względnie pornografii ukazującej nieudawaną przemoc jest konieczne jako środek zapobiegania szkodom, do jakich prowadzi produkcja takich materiałów. I tak np. nie jest czymś koniecznym dla zapobiegania realnym szkodom zakazywanie rozpowszechniania takich treści, które przedstawiają osoby już nieżyjące (oczywiście, można byłoby zadać pytanie, co dusze zmarłych osób myślą o rozpowszechnianiu czy oglądaniu przez kogoś dawno temu zarejestrowanej pornografii dziecięcej z ich udziałem, ale w neutralnym – czy też jak chce tego konstytucja „bezstronnym” – wyznaniowo państwie pytanie takie, jako ewentualna przesłanka jakiegokolwiek zakazu prawnego, musi być wzięte w w przysłowiowy nawias). Może się też zdarzyć tak, że jakaś osoba, będąca ofiarą przestępstwa seksualnego (jako dziecko, czy też jako osoba dorosła) chce rozpowszechniać treści, przedstawiające popełnienie wobec niej tego przestępstwa. Powinno się jej czegoś takiego zabronić pod groźbą spędzenia iluś lat w więzieniu? Moim zdaniem jest to pytanie retoryczne (tak długo przynajmniej, dopóki osoba taka nie zmusza innych do oglądania pornografii).

 

Jeśli chodzi o zmuszenia ludzi do oglądania pornografii to w polskim kodeksie karnym mamy art. 202  § 1, zgodnie z którym „Kto publicznie prezentuje treści pornograficzne w taki sposób, że może to narzucić ich odbiór osobie, która tego sobie nie życzy, podlega karze – początkowo było grzywny, ograniczenia wolności albo pozbawienia wolności do roku, później - i to obowiązywało przez długi czas - najwyższa możliwa kara więzienia za takie przestępstwo wynosiła 2 lata, zaś od niedawna przestępstwo to zagrożone jest karą do 3 lat odsiadki. Powiem szczerze, że jeśli chodzi o zakaz zapisany w tym przepisie to nigdy nie byłem skłonny jakoś bardzo się go czepiać – wszak zakaz ten nie zabrania rozpowszechniania, czy prezentowania (np. w kinach dla dorosłych) pornografii w ogóle (co jak dla mnie byłoby w sposób oczywisty niedopuszczalnym ograniczeniem swobody wypowiedzi), a tylko prezentowania jej w sposób stwarzający realne ryzyko narzucania jej odbioru osobom, które sobie czegoś takiego nie życzą. Nie znaczy to jednak, że na temat zapisanego we wspomnianym przepisie zakazu nie można mieć wątpliwości. Dlaczego zakazywać publicznego prezentowania treści pornograficznych w sposób mogący narzucić ich odbiór osobie, która sobie tego nie życzy, jeśli nie zakazuje się (a w każdym razie nie traktuje się jako przestępstwo) prezentowania treści tego rodzaju, co choćby zdjęcia abortowanych płodów, w sposób niewątpliwie mogący narzucić odbiór takich treści osobom, które nie chcą ich oglądać? Pornografia, doskonale to rozumiem, może wywoływać u niektórych ludzi nieprzyjemne uczucia. Ale nieprzyjemne uczucia może wywoływać wiele innych treści – takich np. jak zdjęcia ofiar wypadków, zdjęcia osób dotkniętych takimi czy innymi chorobami, itd. Dlaczego zakazywać, pod groźbą kary więzienia, publicznego prezentowania w sposób mogący narzucić odbiór takich treści jakiejś osobie, która sobie tego nie życzy (co nie jest, chciałbym zauważyć, równoznaczna z faktycznym narzuceniem odbioru takich treści, a ponadto kontakt z treściami, z którymi nie chce się mieć do czynienia, można zazwyczaj szybko przerwać) pewnych treści („pornograficznych”), a nie zakazywać takiego samego prezentowania treści, które choć inne, niż to, co zwykło się określać mianem pornografii, mogą mieć bardziej destrukcyjny wpływ na psychikę osób, którym wbrew ich woli zostały narzucone?  

 

Pewną wątpliwość można byłoby też mieć w odniesieniu do art. 200 §3 k.k. zgodnie z którym „Kto małoletniemu poniżej lat 15 prezentuje treści pornograficzne lub udostępnia mu przedmioty mające taki charakter albo rozpowszechnia treści pornograficzne w sposób umożliwiający takiemu małoletniemu zapoznanie się z nimi, podlega karze pozbawienia wolności do lat 3”. O ile nie czepiałbym się szczególnie zakazu bezpośredniego prezentowania osobom w wieku poniżej 15 lat (czyli tzw. wieku seksualnego przyzwolenia) treści pornograficznych czy też przedmiotów o takim charakterze, to miałbym cokolwiek większe obiekcje odnośnie zakazu rozpowszechniania treści pornograficznych w sposób umożliwiający takiemu małoletniemu zapoznanie się z nimi. Zauważmy bowiem, że przepis ten w istocie rzeczy czyni przestępstwem każde rozpowszechnianie pornografii – np. w internecie – o ile nie jest ona specjalnie chroniona przed oglądaniem jej przez osoby, które nie ukończyły 15 lat. O ile w rozsądny sposób można powiedzieć, że nie jest wskazane, by osoby w wieku poniżej 15 lat oglądały pornografię, to zachodzi jednak pytanie o to, czy pornografia jest dla takich osób czymś tak zgubnym, że należy chronić ich przed możliwością do takich treści za cenę poważnego ograniczenia możliwości dostępu do takich treści dla osób starszych. Bo można przecież byłoby twierdzić, że strona internetowa o charakterze pornograficznym, na której nie ma autentycznej bariery uniemożliwiającej wejście na nią osobom niemającym ukończonych 15 lat (a tylko przycisk z napisem „potwierdź, że masz 18 lat” który oczywiście bez żadnego problemu może nacisnąć osoba w jakimkolwiek wieku) łamie art. 200 §3 k.k. Z przepisem tym jest jeszcze inny problem: większość pornografii istniejącej w internecie i oczywiście bez trudu dostępnej dla osób w wieku poniżej 15 lat zapisanej jest na serwerach znajdujących się poza Polską – gdzie oczywiście artykuł 200 §3 polskiego k.k. nie obowiązuje. Walka z możliwością oglądania pornografii przez nieletnich w wieku poniżej 15 lat przy użyciu takiego środka prawnego, jak art. 202 §3 może być więc czymś podobnym do w najlepszym wypadku próby zawracania kijkiem Wisły. Żeby jeszcze powiedzieć coś na temat tego, jak zakazy o których jest tu mowa mają się do decyzji Sądu Najwyższego w sprawie Brandenburg v. Ohio to trzeba stwierdzić, że rzadko chyba kiedy rozpatruje się jej na podstawie ogłoszonego w tej sprawie standardu granic wolności słowa. W amerykańskim prawie pornografia to jest, można powiedzieć, odrębna działka – jej rozpowszechnianie czy prezentowanie może być prawnie ograniczane lub nawet całkowicie zakazane, jeśli spełnia ona wspomniane tu wcześniej kryteria obsceniczności (nie może być zakazane jedynie czysto prywatne posiadanie „obsceniczności” w domu – Sąd Najwyższy USA orzekł coś takiego w sprawie Stanley v. Georgia z 1969 r.), całkowicie oczywiście zakazane jest rozpowszechnianie (i posiadanie) pornografii z udziałem nieletnich, amerykański Sąd Najwyższy uznał też za konstytucyjnie dopuszczalny zakaz udostępniania małoletnim pewnych treści o charakterze erotycznym, nie uznawanych za obsceniczność w odniesieniu do dorosłych (są one określane jako „harmful tu minors”). Lecz jakkolwiek trudno jest może przykładać zakazy, o których była tu mowa do orzeczenia w sprawie Brandenburga (tak przy okazji, trudno jest twierdzić, że z orzeczenia tego wynika zakaz istnienia jakichkolwiek innych ograniczeń wolności słowa poza zakazem bezpośrednio w konkretnym przypadku niebezpiecznego podżegania do przemocy – np. poważne, wywołujące autentyczny strach o bezpieczeństwo swoje lub osób najbliższych grożenie komuś użyciem wobec niego przemocy nie jest podżeganiem do natychmiastowego użycia przemocy, lecz z pewnością może być ono karane bez naruszania zasad, których jest mowa w wyroku w sprawie Brandenburg v. Ohio, gdyż krzywda, którą w takim przypadku powoduje wypowiedź jest inna, niż ta do której może prowadzić podżeganie do przemocy, a jednocześnie jest to krzywda niewątpliwa i poważna; podobnie, jest czymś w amerykańskim prawie dopuszczalnym pozwanie kogoś za zniesławienie, które wyrządziło dotkniętej nim osobie autentyczną szkodę i które opierało się na opublikowaniu stwierdzenia, którego autor wiedział o tym, że jest ono nieprawdziwe bądź przynajmniej zdawał sobie sprawę z jego możliwej nieprawdziwości) to mimo wszystko wyrok w sprawie aktywisty Ku Klux Klanu wskazuje na pewną bardzo ważną, generalną zasadę: taką mianowicie, że ograniczenia wolności słowa dopuszczalne są tylko wówczas, gdy mają one na celu zapobieżenie poważnemu, bezpośrednio zagrażającemu złu – takiemu, jak np. poważna przemoc – i są niezbędne dla osiągnięcia takiego celu. Czy zło, któremu mają zapobiegać przepisy zabraniające publicznego prezentowania treści pornograficznych w sposób mogący narzucić ich odbiór tym, którzy sobie tego nie życzą oraz rozpowszechniania takich treści w sposób umożliwiający ich oglądanie przez osoby w wieku poniżej 15 lat jest złem cokolwiek porównywalnym do takiego zła, jak przemoc, do której według orzeczenia w sprawie Brandenburg v. Ohio nie wolno nawoływać, jeśli miałoby to być nawoływanie do natychmiastowego wszczęcia przestępczych działań, których spowodowanie byłoby w konkretnej sytuacji prawdopodobne? Powiem tyle, że może byłoby, gdyby np. niechciane zobaczenia przez kogoś pornografii było czymś, co może wywołać u kogoś rozstrój nerwowy, zawał serca czy przynajmniej poważny szok nerwowy. Lecz jednak nie zetknąłem się z informacją, by niechciane zobaczenie przez kogoś pornografii miewało tego rodzaju efekty; jak też wspomniałem, kontakt z treściami, których nie chce się oglądać można zazwyczaj w bardzo krótkim czasie przerwać. Czy grozi czymś poważnym to, że jakiś małolat nie mający skończonych 15 lat naogląda się pornografii? Może czasem (choć na zdrowy rozum rzadko kiedy) tak, lecz na „małolata” podobnie, lub bardziej niebezpieczny wpływ, jak pornografia mogą mieć treści straszące np. katastrofą ekologiczną, wyrażające sprzeciw wobec eksploatacji zwierząt, mówiące o potencjalnie zgubnych skutkach telefonii 5G, czy też bio lub nanotechnologii – pod wpływem takich treści „małolat” (i niekoniecznie zresztą małolat) może nabrać pewnych przekonań i w ich następstwie np. popełnić takie czy inne przestępstwo. A jeśli chodzi o kwestię wpływu pornografii na osoby w wieku poniżej 15 lat, to chciałbym zauważyć, że w badaniach na temat przestępców seksualnych zostało stwierdzone, że z reguły zapoznawali się oni z pornografią później, niż ich nie popełniający takich przestępstw rówieśnicy (pisał o tym W. C. Wilson w opublikowanym w 1978 r. artykule „Czy pornografia może przyczyniać się do zapobiegania problemom seksualnym?”),  a ponadto często pochodzili z purytańskich, konserwatywnych rodzin, w których seks i pornografia stanowiły absolutne tabu. Myślę więc, że zakazy, o których była tu mowa nie są zgodne z Brandenburg v. Ohio.

 

Czy jest zgodny ze wspomnianą tu amerykańską decyzją art. 265 §1 k.k. zgodnie z którym „Kto ujawnia lub wbrew przepisom ustawy wykorzystuje informacje niejawne o klauzuli „tajne” lub „ściśle tajne”, podlega karze pozbawienia wolności od 3 miesięcy do lat 5”? Odnośnie tego tematu trzeba przypomnieć, że swego czasu w Polsce toczyła się całkiem zażarta dyskusja na temat proponowanej wówczas ustawy o tajemnicy państwowej. W dyskusji tej przewijały się twierdzenia, że za złamanie zakazu ujawnienia tajemnicy państwowej powinien – owszem - odpowiadać urzędnik państwowy, który zobowiązał się do jej strzeżenia, ale nie dziennikarz – czy w ogóle ktoś nie będący państwowym urzędnikiem, któremu dana tajemnica została powierzona.

 

Jak jednak zakaz ujawniania lub wykorzystywania wbrew przepisom ustawy informacji niejawnych o klauzuli „tajne” lub „ściśle tajne” ma się do tego, co Sąd Najwyższy USA orzekł w sprawie Brandenburg v. Ohio i co się przecież nie tyczyło państwowych tajemnic?

 

Decyzja w sprawie Brandenburga nie dotyczyła oczywiście bezpośrednio kwestii tajemnicy państwowej – np. tego, co nią może być i kto i w jakiej sytuacji może odpowiadać za jej ujawnienie. Lecz tu znów, tak zresztą, jak wcześniej, musimy wziąć pod uwagę szerszą wymowę tego wyroku. Jest ona taka, że zakazywanie wypowiedzi i karanie za nie dopuszczalne jest tylko wtedy, gdy praktycznie nieuniknionym skutkiem wypowiedzi byłoby jakieś poważne zło (a więc np. zabicie czy choćby pobicie kogoś, bądź zniszczenie czyjegoś mienia) i autor wypowiedzi chce nastąpienia owego zła – lub przynajmniej jest w pełni świadomy tego, że zło to nastąpi i na nastąpienie go w pełni się godzi. Jak ma się do zasady ustanowionej przez Sąd Najwyższy USA w sprawie Brandenburga zakaz, o którym jest mowa w art. 265 §1 k.k.?

 

Otóż, myślę, że nie jednoznacznie. Możliwe jest, że jakieś tajne czy tym bardziej ściśle tajne informacje są takimi, których ujawnienie byłoby szalenie niebezpieczne, tak, że np. w niechybny sposób prowadziłoby do śmierci ludzi (np. działających w obcych krajach agentów wywiadu). Ukaranie kogoś za ujawnienie tego rodzaju informacji byłoby zgodne z orzeczeniem w sprawie Brandenburg v. Ohio, niezależnie od tego, czy kimś kto ujawnił taką informację był urzędnik państwowy, czy (np.) dziennikarz. Decyzja w sprawie Brandenburga w sposób bardzo daleko idący chroni wolność słowa, ale nie pozwala nikomu na bezpośrednie i w pełni do tego świadome zagrażanie czyjemuś bezpieczeństwu, także przy użyciu słów. Lecz nie jest powiedziane, że każda informacja niejawna, która opatrzona została klauzulą „tajne” czy też „ściśle tajne” jest taką, której ujawnienie musiałoby mieć jakieś dramatyczne skutki. Jakkolwiek myślę, że nie ma co tutaj rozwijać tematu tajemnic państwowych (nie znam żadnych) to oczywiste jest dla mnie, że karanie kogoś za ujawnienie czy też wykorzystanie wbrew przepisom ustawy jakiejś utajnionej informacji tylko z tego powodu, że informacja ta przez kogoś formalnie mającego prawo tak ją zakwalifikować została uznana za tajną byłoby niezgodne z decyzją Sądu Najwyższego USA z 1969 r. Wyrok w sprawie Brandenburg v. Ohio wyklucza zakazywanie wypowiedzi i karanie za wypowiedzi na zasadzie „nie wolno, bo nie wolno”.

 

Istniejącym w polskim kodeksie karnym zakazem wypowiedzi, który też budzi wątpliwości z powodu jego niezgodności może nie tyle z literą, ile raczej – można by tak chyba było to ująć – z duchem orzeczenia w sprawie Brandenburg v. Ohio jest art. 241 k.k. mówiący w swym §1, że „Kto bez zezwolenia rozpowszechnia publicznie wiadomości z postępowania przygotowawczego, zanim zostały ujawnione w postępowaniu sądowym, podlega grzywnie, karze ograniczenia wolności albo pozbawienia wolności do lat 2” zaś w §2, że „Tej samej karze podlega, kto rozpowszechnia publicznie wiadomości z rozprawy sądowej prowadzonej z wyłączeniem jawności” (niedługo dojdzie do tego §3 mówiący o tym, że „Karze określonej w § 1 podlega, kto bez zezwolenia rozpowszechnia publicznie wiadomości z postępowania prowadzonego na podstawie przepisów o postępowaniu w sprawach nieletnich”). Jeśli chodzi o zakazy wypowiedzi, o których jest mowa w art. 241 k.k. to doskonale rozumiem np. zakaz publicznego rozpowszechniania wiadomości z postępowania przygotowawczego, zanim zostały ujawnione w postępowaniu sądowym, przez osoby pracujące w policji czy też w prokuraturze. Ale dlaczego takim zakazem ma być objęty ktoś, kto w danej sprawie jest podejrzanym? Z jakiej racji ma być czymś niedozwolonym prawnie opublikowanie przez podejrzanego informacji np. o tym, jak wyglądało jego przesłuchanie? Jeśli chodzi natomiast o zapisany w art. 241 §2 k.k. zakaz publicznego rozpowszechniania wiadomości z rozprawy sądowej prowadzonej z wyłączeniem jawności, to znów – podobnie jak w przypadku tajemnicy państwowej (art. 265 k.k.) myślę, że w czasie takich rozpraw mogą być czasem ujawniane informacje, których wyciek poza mury sądu spowodowałby czyjąś poważną krzywdę. Ale oczywiste jest chyba to, że tego rodzaju zdarzenie nie musi w jakiś konieczny sposób mieć tego rodzaju skutków – zwróćmy uwagę na to, że jawność rozprawy może być wyłączona z takiego choćby powodu, że to, o czym miałoby być mowa na sali sądowej mogłoby naruszać dobre obyczaje (przepraszam bardzo, ale przestępstwa, o których nader często mówi się podczas rozpraw sądowych, niewątpliwie naruszają dobre obyczaje). Mówiąc o rozprawach prowadzonych z wyłączeniem jawności chciałbym zauważyć, że w USA takie rzeczy są w gruncie rzeczy nieznane – przynajmniej w zwykłych sądach karnych bądź cywilnych, bo istnieje też specjalny Sąd Nadzoru Wywiadu Zagranicznego, który prowadzi swe postępowania w sposób tajny.

 

W każdym razie, co jest jasne, to to, że zakres wolności wypowiedzi w Polsce (a nie napisałem przecież o nim wszystkiego – nie wspomniałem tu choćby np. o wyjątkowo restrykcyjnych przepisach ustawy o radiofonii i telewizji, które zabraniają propagowania m.in. „postaw i poglądów sprzecznych z moralnością i dobrem społecznym”, nie wspomniałem też o takim przepisie, jak art. 226 §1 k.k. zgodnie z którym „Kto znieważa funkcjonariusza publicznego lub osobę do pomocy mu przybraną, podczas i w związku z pełnieniem obowiązków służbowych, podlega grzywnie, karze ograniczenia wolności albo pozbawienia wolności do roku” – w USA znieważenie innej osoby może być karalne wówczas, gdy obelżywe słowa są do tej osoby skierowana twarzą w twarz, tak, że powoduje to niebezpieczeństwo sprowokowania gwałtownej reakcji ze strony tej osoby i oczywiście znieważenie funkcjonariusza publicznego nie może być karane surowiej, niż znieważanie jakiegokolwiek innego obywatela, ledwo też tylko dotknąłem kwestii karalności – czy to w sensie stricte karnym, czy też w cywilnym – zniesławienia, która w Polsce jest bez porównania szersza, niż w Stanach Zjednoczonych – nie rozwijając szerzej tego tematu wspomnę, że ogólnie przyjęta obecnie w USA doktryna prawna wyklucza karanie za zniesławiające wypowiedzi odnoszące się do grup większych, niż ok. 25 osób, tymczasem w Polsce zapadały wyroki skazujące za zniesławienie takich grup ludzi, jak np. wszyscy policjanci; ponadto, o ile w prawie amerykańskim to ktoś pozywający kogoś za zniesławiającą go w jego opinii wypowiedź musi udowodnić, że wypowiedź ta stwierdzała nieprawdziwe fakty na jego temat, i, jeśli jest on osobą publiczną, to także to, że autor owej wypowiedzi wiedział o jej fałszywości lub był świadomy tego, że może być ona niezgodna z prawdą – w polskim prawie to oskarżony, chcąc się wybronić przed skazaniem, musi udowodnić prawdziwość zniesławiającej osobę, grupę osób, instytucję, osobę prawną czy też jednostkę organizacyjną nieposiadającą osobowości prawnej wypowiedzi) i w USA mają się do siebie jak pięść do nosa. Amerykańskie podejście do kwestii granic wolności słowa nie wszystkim musi odpowiadać – to zrozumiałe. Lecz trzeba też powiedzieć, że wolność słowa dla wyłącznie „bezpiecznych” nie mogących mieć żadnych złych skutków wypowiedzi – to żadna wolność (są zresztą takie wypowiedzi? Sądzę, że nawet takie wypowiedzi, jak np. reklamy takich czy innych towarów mogą przyczyniać się do przestępczych zachowań, budząc u niektórych ludzi żądzę zdobycia czegoś, czego nie mogą oni zdobyć w sposób legalny. Jakby nie było, pewne badania – wspomniane w moim tekście sprzed ponad 20 lat - wykazały, że w następstwie wprowadzenia w USA telewizji nie wzrosła wprawdzie liczba morderstw, gwałtów, rozbojów czy włamań, lecz wzrosła jednak liczba kradzieży. Autorzy tego badania wysunęli wniosek, że powodem liczby wzrostu takich przestępstw były nie jakieś wzorce przestępcze wynikające z naoglądania się przez ich sprawców telewizyjnych kryminałów, lecz uczucia zawiści i frustracji, rodzące się u niektórych widzów pod wpływem oglądania w telewizji niedostępnego dla nich bogactwa, oraz reklamy dóbr, których legalne nabycie leżało poza zasięgiem ich finansowych możliwości). Zakazywanie zaś tylko pewnych „niebezpiecznych” wypowiedzi – niebezpiecznych w tym sensie, w jakim niebezpieczna może być np. mowa nienawiści, pełna (udawanej) przemocy pornografia, czy np. propagowanie łamiącego podstawowe prawa jednostki systemu politycznego stwarza ryzyko, że zakazane zostaną kolejne – o których podobnie da się twierdzić, że są one potencjalnie niebezpieczne, szkodliwe czy też obraźliwe. Bez zapobieżenia złu, do jakiego takie czy inne rodzaje wypowiedzi mogą zdaniem zwolenników zakazów tych wypowiedzi prowadzić, a z efektem w postaci niepotrzebnego ograniczenia wolności, być może ludzi niepotrzebnie (aczkolwiek możliwe, że formalnie rzecz biorąc w pełnej zgodzie z obowiązującym prawem) ciąganych po sądach i nawet wtrącanych do więzień i ogólnym spychaniu kraju w stronę jeśli nie totalitaryzmu (od tego chyba jesteśmy dość daleko) to autorytaryzmu.

 

3.      Zetknąłem się z informacją, że ostatni wylew lawy w Polsce (bazaltu, na Dolnym Śląsku) miał miejsce ok. 580 tys. lat temu, a więc wcale nie w jakiejś odległej epoce geologicznej.

 

4.      Słuchowisko  „Wojna Światów” Orsona Wellsa – nadawane bądź co bądź w czasach, kiedy poważni naukowcy nie wykluczali istnienia rozwiniętego życia na Marsie (choć raczej na poziomie roślinności, a nie istot inteligentnych) - wywołało pewne zaniepokojenie znacznej liczby jego odbiorców, którzy m.in. dzwonili do nadającej je rozgłośni radiowej z pytaniem, czy podawane w nim „informacje” są prawdziwe, ale nie autentyczną, groźną w swych skutkach panikę. Istnieją doniesienia o tym, że kilka niestabilnych psychicznie osób pod wpływem informacji o najeździe Marsjan próbowało popełnić samobójstwo, lecz zostali oni powstrzymani przed tym krokiem przez rodzinę lub przyjaciół. Nie zostało też pozytywnie zweryfikowane twierdzenie opublikowane w gazecie „Washington Post” że pewien mężczyzna zmarł na zawał serca spowodowany słuchaniem audycji. Warto też dodać, że Federalna Komisja Komunikacji (FCC) odmówiła ukarania stacji radiowej, która nadała wspomnianą tu audycję. Potencjalnie ciekawa byłaby kwestia tego, jak „Wojna Światów” miała się do Pierwszej Poprawki. Tu trzeba jednak powiedzieć, że okresie, którym audycja ta została nadana panowała w USA doktryna prawna, zgodnie z którą treści prezentowane w mediach audiowizualnych – a więc w kinie, radiu oraz w telewizji – nie korzystają z konstytucyjnej ochrony, gdyż działalność w tych mediach jest po prostu zwykłym biznesem. Doktrynę tą obalił dopiero wyrok Sądu Najwyższego USA w sprawie Joseph Burstyn, Inc. v. Wilson z 1952 r. Wracając zaś do początku tego tekstu chciałbym zauważyć, że w czasach przed wejściem w życie art. 224a k.k.  sprawcy fałszywych alarmów bombowych, względnie „numerów” typu nieuprawnione użycie sygnału radio-stop mogli być pociągani do odpowiedzialności na podstawie art. 66  kodeksu wykroczeń, którego §1 mówi, że (pkt 1) „Kto, chcąc wywołać niepotrzebną czynność, fałszywą informacją lub w inny sposób wprowadza w błąd instytucję użyteczności publicznej albo organ ochrony bezpieczeństwa, porządku publicznego lub zdrowia” oraz, że (pkt 2) „umyślnie, bez uzasadnionej przyczyny, blokuje telefoniczny numer alarmowy, utrudniając prawidłowe funkcjonowanie centrum powiadamiania ratunkowego – podlega karze aresztu, ograniczenia wolności albo grzywny do 1500 zł”, zaś którego §2 stanowi o tym, że „Jeżeli wykroczenie spowodowało niepotrzebną czynność, można orzec nawiązkę do wysokości 1000 złotych”. Sprawcy czynów, o których była mowa w tym tekście, przed wejściem w życie art. 224a k.k. nie mieli więc powodu do po prostu bezkarności, aczkolwiek oczywiście grożąca im kara była bardzo niska w porównaniu z tą, jaką przewiduje art. 224a k.k. Jest jednak, jak myślę, czymś sensownym zadanie pytania, czy spowodowanie takiego zdarzenia, jak zahamowanie pociągu na skutek bezprawnego użycia sygnału radio-stop, czy też krótkotrwałej ewakuacji jakiegoś budynku bez powodowania takich skutków, jak zniszczenie mienia czy stworzenie niebezpieczeństwa dla zdrowia lub życia ludzi zasługuje na wyższą karę, niż taką, jaką w polskim systemie prawnym można wymierzyć za wykroczenie (tj. aresztu od 5 do 30 dni, miesiąca ograniczenia wolności, bądź grzywny w wysokości od 20 do 5000 zł). 

 

 

Strona główna