Wersja PDF

Bartłomiej Kozłowski                                                                

Zakaz „mowy nienawiści” przeciwko osobom LGBT - dobry pomysł?

                                                                      

Jak dowiedziałem się z opublikowanego 30 października w „Gazecie Wyborczej” tekstu Anity Karwowskiej, społeczność LGBT+ (1) oczekuje, że nowy rząd Koalicji Obywatelskiej, Trzeciej Drogi i Lewicy wprowadzi zakaz „mowy nienawiści” podyktowanej homofobią, a także wrogością wobec całych grup osób bądź konkretnych osób z takich przyczyn, jak ich wiek, płeć, niepełnosprawność, oraz tożsamość płciowa (czyli w praktyce transseksualność). Oznacza to, że osoby domagające się wspomnianej zmiany prawa chcą tego, by art. 256 par. 1 k.k. przewidujący obecnie karę do 3 lat więzienia za publiczne propagowanie nazistowskiego, komunistycznego, faszystowskiego lub innego totalitarnego ustroju państwa oraz za publiczne nawoływanie do nienawiści na tle różnic narodowościowych, etnicznych, rasowych, wyznaniowych albo ze względu na bezwyznaniowość przewidywał również taką samą karę za publiczne nawoływanie do nienawiści z takich powodów, jak wiek, płeć, tożsamość płciowa, niepełnosprawność, bądź orientacja seksualna jakiejś osoby lub grupy osób. Ludzie, o których była powyżej mowa chcą też, by art. 257 k.k. który obecnie przewiduje karę do 3 lat odsiadki za „publiczne znieważenie grupy ludności albo poszczególnej osoby z powodu jej przynależności narodowej, etnicznej, rasowej, wyznaniowej albo z powodu jej bezwyznaniowości” (a także za publiczne naruszenie czyjejś nietykalności cielesnej z któregoś z wymienionych w nim powodów) przewidywał taką samą karę za publiczne znieważenie grupy ludności bądź konkretnej osoby z takiego powodu, jak jej wiek, płeć, tożsamość płciowa i orientacja seksualna. Chcą także, by art. 119 par. 1 k.k. przewidujący karę pozbawienia wolności od 3 miesięcy do 5 lat za stosowanie przemocy lub groźby bezprawnej wobec grupy osób lub poszczególnej osoby z powodu jej przynależności narodowej, etnicznej, rasowej, politycznej, wyznaniowej, albo z powodu jej bezwyznaniowości został zmieniony w ten sposób, by karalne na jego podstawie stało się stosowanie przemocy lub groźby bezprawnej wobec grupy osób lub poszczególnej osoby z takich powodów, jak wiek, płeć, tożsamość płciowa, niepełnosprawność i orientacja seksualna. Gdyby nastąpiła taka, jak wspomniana tu zmiana art. 119 par. 1 k.k. publiczne nawoływanie do użycia przemocy bądź groźby bezprawnej wobec jakiejś grupy osób lub określonej osoby z któregoś ze wspomnianych powyżej powodów przestałoby być przestępstwem z art. 255 par. 1 k.k. (publiczne nawoływanie do popełnienia występku lub przestępstwa skarbowego), które zagrożone jest karą grzywny, ograniczenia wolności albo pozbawienia wolności do lat 2, lecz zaczęłoby podpadać pod art. 126a k.k., za którego naruszenie grozi kara od 3 miesięcy do 5 lat więzienia; zauważmy, że na podstawie tego przepisu za publiczne nawoływanie do popełniania niektórych czynów będących występkami, tj. takimi przestępstwami, w przypadku których dolna granica wymiaru kary wynosi mniej, niż 3 lata więzienia grozi surowsza kara, niż za publiczne nawoływanie do popełnienia zbrodni, tj. przestępstwa zagrożonego karą co najmniej 3 lat pozbawienia wolności. Taka sama kara groziłaby też za publiczne pochwalanie wspomnianych czynów – zauważmy, że publiczne pochwalanie popełnienia przestępstwa, w tym również zbrodni, generalnie rzecz biorąc zagrożone jest (zgodnie z art. 255 par. 3 k.k.) karą grzywny, ograniczenia wolności albo pozbawienia wolności do roku.

Z przytoczonych w G.W. wypowiedzi osób opowiadających się za wspomnianymi powyżej zmianami w kodeksie karnym wynika, że ludzie ci spodziewają się tego, że wprowadzenie zakazu mowy nienawiści skierowanej przeciwko osobom LGBT+ - a także przeciwko grupom ludzi lub konkretnym osobom wyróżniającym się z ogółu społeczeństwa takimi cechami, jak wiek, płeć, niepełnosprawność oraz tożsamość płciowa (2) zwiększy jakość życia i bezpieczeństwo osób, które – gdyby nie takie zakazy – mogłyby być przedmiotem nienawistnych ataków. Spodziewają się one również tego, że wprowadzenie wspomnianych tu wcześniej zakazów ułatwi dyskusję na temat np. projektu ustawy o związkach partnerskich, (3) która bez takiego zakazu, jak wynika z przytoczonej w G.W. wypowiedzi Julii Maciochy byłaby brutalna i spowodowałaby kolejną nagonkę na środowisko osób LGBT+. Ale czy wprowadzenie do kodeksu karnego takich właśnie zmian, o jakich była tu powyżej mowa faktycznie sprawiłoby to, że życie osób LGBT+ stałoby się lepsze, niż jest teraz?

Z całą pewnością życie osób, o które tu chodzi, w wielu przypadkach nie jest łatwe. U osób tych częściej, niż wśród ogółu populacji występują poważne problemy psychiczne – takie, jak np. depresja – a także zdarzają się samobójstwa. Osoby takie niejednokrotnie padają też ofiarą przestępstw z nienawiści – takich, jak fizyczne ataki i przypadki zastraszania.

Czy jednak wprowadzenie zakazu – jak bywa to określane – homofobicznej mowy nienawiści sprawiłoby, że życie osób LGBT+ stałoby się lepsze niż jest? I czy wprowadzenie takiego zakazu jest konieczne do osiągnięcia takiego celu?

To, co zostało napisane w przeczytanym przeze mnie artykule w G.W. nie dostarcza na to przekonujących dowodów. W artykule tym jest mowa o atakach na osoby LGBT+ w podporządkowanej PiS-owi TVP. Wierzę w to, że ataki te miały dla wielu osób LGBT+ realne koszty psychiczne i życiowe. Lecz sądzę jednak, że do tego, by powstrzymać „homofobiczną mowę nienawiści” w publicznych mediach nie jest konieczna kryminalizacja „mowy nienawiści” lecz wystarczające jest do tego nietolerowanie takiej „mowy” przez szefostwo tych mediów, które z pewnością zmieni się za jakiś czas.

W artykule w G.W. zostało też wspomniane o słynnych – lub raczej może osławionych – strefach wolnych od ideologii LGBT  - z linkiem do artykułu, z którego wynika, że w strafach tych o 16% wzrosła, po ogłoszeniu uchwał o ich wprowadzeniu, liczba prób samobójczych, dotyczących głównie mężczyzn. Lecz ze wspomnianymi strefami, z których samorządy na szczęście najczęściej się wycofały są, jak mi się wydaje, dwa problemy. Po pierwsze, chodzi o to, czy uchwały o wprowadzeniu stref wolnych od ideologii LGBT mają cokolwiek wspólnego z wolnością słowa – czy powiedzmy nawet, z nadużywaniem tej wolności (za które generalnie rzecz biorąc można uważać „mowę nienawiści”) - biorąc pod uwagę, że w ich przypadku chodzi o oficjalne postanowienia władz publicznych, a nie o wypowiedzi osób bądź organizacji prywatnych - a po drugie, czy uchwały o wprowadzeniu takich stref – oczywiście, że będące jakąś „mową” (na takiej samej zasadzie, na jakiej mową są treści wszelkich aktów prawnych) – stanowiłyby przestępstwo np. publicznego nawoływania do nienawiści wobec grupy ludności albo poszczególnej osoby z powodu jej orientacji seksualnej, albo publicznego znieważania grupy ludności lub konkretnej osoby z takiego powodu. Zauważmy, że uchwały samorządowe mówiły raczej o „strefach wolnych od ideologii LGBT”, a nie o strefach wolnych od LGBT. Jakkolwiek uchwały, o które tu chodzi nie byłyby rzeczą niegodziwą, to można byłoby próbować twierdzić, że uchwały te były wymierzone nie bezpośrednio w osoby LGBT, to znaczy, że nie chodziło w nich o to, żeby osób na przykład homoseksualnych nie było na terenie jakiejś gminy, czy też powiatu, ale w „ideologię LGBT” – czyli pewien zespół (szkodliwych zdaniem autorów takich uchwał) poglądów – odnośnie której można byłoby co najmniej w sposób w miarę sensowny próbować dyskutować, czy ideologia taka rzeczywiście istnieje. Natomiast tabliczki z napisami „Strefa wolna od LGBT” – po polsku, angielsku, francusku i rosyjsku – przybijał na słupach z nazwami miejscowości, w których wprowadzono uchwały o strefach wolnych od ideologii LGBT znany działacz na rzecz społeczności LGBT Bartosz (znany jako Bart) Staszewski. Rozumiem oczywiście, że Bartoszowi Staszewskiemu nie chodziło o nawoływanie do nienawiści przeciwko osobom LGBT, czy też o obrażanie takich osób. Z powodzeniem można byłoby twierdzić, że z powodu braku po jego stronie zamiaru zachęcania do nienawiści przeciwko osobom LGBT i znieważania takich osób napisy widniejące na umieszczanych przez niego tablicach nie stanowiłyby przestępstwa publicznego nawoływania do nienawiści wobec takich osób, bądź publicznego znieważenia takich osób – gdyby takie przestępstwo istniało w kodeksie karnym. Lecz napisy „Strefa wolna od LGBT” prędzej, jak sądzę, można byłoby uznać za któreś ze wspomnianych przestępstw, niż (nie umieszczone nigdzie w miejscach publicznych) napisy „strefa wolna od ideologii LGBT”. Odnośnie napisu „strefa wolna od ideologii LGBT” można byłoby twierdzić, że odnosi się on do ideologii – wyznawanej oczywiście przez niektórych ludzi (w tym z praktyczną pewnością przez przynajmniej część osób LGBT) ale nie bezpośrednio do samych ludzi i niekoniecznie też do wszystkich osób LGBT. Natomiast odnośnie napisu „strefa wolna od LGBT” prędzej można byłoby twierdzić, że jest on skierowany przeciwko ludziom – a zgodzimy się chyba, że termin LGBT jako taki odnosi się do pewnych ludzi, a nie ideologii (aczkolwiek, jak wspomniałem, można dyskutować nad tym, czy istnieje coś takiego, jak ideologia LGBT. Czy nie można twierdzić, że ideologię taką tworzą takie twierdzenia, jak to, że orientacja homoseksualna nie jest w niczym gorsza, niż heteroseksualna, oraz postulaty tego rodzaju, jak propozycje wprowadzenia możliwości zawierania małżeństwa przez osoby tej samej płci, adoptowania przez takie małżeństwa dzieci, czy wreszcie np. zakazania „homofobicznej mowy nienawiści”?). Przestępstwa nawoływania do nienawiści z powodu orientacji seksualnej czy też znieważania grupy ludności z powodu jej orientacji seksualnej nie można byłoby oczywiście popełnić przeciwko (bezpośrednio w każdym razie) jakiejś ideologii, a tylko przeciwko ludziom (choć mogłoby to być przestępstwo nie mające konkretnych ofiar). A intencję zrobienia czegoś, co w myśl pomysłów aktywistów na rzecz praw osób LGBT stanowiłoby przestępstwo, tj. nawoływania do nienawiści czy też znieważania, która to intencja na zdrowy rozum nie występowała po stronie wspomnianego tu Barta Staszewskiego można byłoby przypisać komuś w sposób błędny lub nawet złośliwy. Bo przecież nie da się zajrzeć do czyjegoś mózgu i stwierdził, jaki miał on zamiar w momencie, gdy wypowiadał jakieś słowa lub umieszczał gdzieś jakiś tekst.

Tak czy owak, kryminalizacja mowy nienawiści przeciwko osobom LGBT nie wydaje się konieczna do tego, by powstrzymać taką „mowę” w np. publicznej telewizji i rozwiązać generalnie rzecz biorąc przynoszący Polsce wstyd na świecie problem „stref wolnych od ideologii LGBT”. Lecz może jest ona konieczna do zwalczania takiej „mowy” np. w mediach prywatnych, takich, jak gazety i czasopisma? A także w mediach społecznościowych, na stronach internetowych – takich, jak moja strona (gdzie oczywiście nie uprawiam mowy nienawiści, poza jej ewentualnym cytowaniem), bądź w wystąpieniach wiecowych mówców. Może celem wprowadzenia zakazu mowy nienawiści przeciwko osobom LGBT miałoby być to, że każdy, komu przyszedłby do głowy pomysł np. umieszczenia w Internecie jakiegoś nienawistnego, czy obraźliwego tekstu na temat takich osób powstrzymał się przed jego realizacją ze strachu, że za zrobienie czegoś takiego grozi mu co najmniej grzywna, lub być może nawet więzienie? Trzeba zauważyć, że zakazy wypowiedzi, o jakich jest tu mowa nie obejmowałyby wyłącznie takich mediów, jak publiczna telewizja (czy nawet telewizja prywatna), lecz odnosiły by się również do takich wypowiedzi, jak jakiś ogólnie dostępny komentarz na Facebooku, czy też ogólnie dostępna strona internetowa – choćby rzadko i przez mało kogo odwiedzana (ale potencjalnie możliwa do odwiedzenia przez każdego).

Są takie zakazy wypowiedzi konieczne do poprawienia losu osób LGBT+? Odnośnie takiego pytania trzeba już na wstępie powiedzieć taką rzecz: obraźliwe i nienawistne wypowiedzi na temat takich grup osób, jak np. homoseksualiści – czy też, dajmy na to, osoby transpłciowe – mogą u co najmniej niektórych takich osób, które natknęły się na takie wypowiedzi wywoływać poczucie, że inni odnoszą się do nich w sposób wrogi i pogardliwy i sprawiać nawet to, że czują się oni w jakiś sposób gorsi od innych. Ale czy aby przeciwdziałać takim akurat efektom, jakie „mowa nienawiści” może mieć w stosunku do np. osób homoseksualnych należy zabronić – pod groźbą kar – takiej mowy? Otóż sądzę, że efektom takim można przeciwdziałać nie poprzez zakazy wypowiedzi, ale poprzez – jak to się twierdzi czasem w amerykańskiej doktrynie dotyczącej interpretacji Pierwszej Poprawki do Konstytucji USA, która gwarantuje m.in. wolność słowa – pomnożenie wypowiedzi (more speech). (4) A więc poprzez wypowiedzi potępiające ataki na osoby należące do grup będących obiektem „mowy nienawiści”, wyrażające solidarność z takimi osobami i wykazujące głupotę, niedorzeczność i niemoralność poglądów wyrażanych w (np.) homofobicznych wypowiedziach.

Jest tu też kwestia tego, czy fakt, że jakieś wypowiedzi mogą sprawić niektórym ludziom moralną i psychiczną dolegliwość – w tym nawet dolegliwość poważną – może być uznany a adekwatną przesłankę zakazu jakiegoś typu wypowiedzi. Gdyby uznać, że tak – i zastosować tą regułę w sposób konsekwentny – to należałoby zabronić wielu wypowiedzi, których zwolennicy zakazów „mowy nienawiści” – można się spokojnie założyć – nie chcieliby zakazać. W oparciu o takie rozumowanie można byłoby zabronić np. mówienia i pisania o potencjalnie katastrofalnych skutkach globalnego ocieplenia, gdyż wiele osób jest dosłownie chorych (np. na depresję) z strachu przed takimi skutkami. Można byłoby zakazać wypowiedzi podważających czyjeś istotne dla niego przekonania. Jak już miałem okazję wspominać np. w niedawnym swoim tekście również poświęconym problemowi „hate speech” amerykański naukowiec George Price (1922 – 1975) zabił się najprawdopodobniej w wyniku załamania nerwowego, jakiego doznał w następstwie przeczytania przez niego artykułu, z którego treści wynikało, że wyznawane przez niego przekonanie o naturalnym altruizmie większości ludzi jest niezgodne z prawdą. Krzywda psychiczna, jaką u George’a Price’a wywołała lektura podważającego jego przekonania tekstu była – można się o to spokojnie założyć – bez porównania większa, niż u np. osoby homoseksualnej może wywołać natknięcie się na jakieś obraźliwe czy nienawistne stwierdzenie dotyczące takich osób. Nikt chyba jednak – i z praktyczną pewnością nie typowi, europejscy zwolennicy zakazów „mowy nienawiści” - nie chce zakazać wypowiedzi, które mogą sprawić niektórym ludziom psychiczną dolegliwość w następstwie podważenia ich szczerze i głęboko wyznawanych przekonań. Lecz jeśli krzywda psychiczna, jaką niektórym ludziom mogą wyrządzić publiczne wypowiedzi – nawet nie dotyczące bezpośrednio tych konkretnych ludzi (bo wypowiedzi, których chcieliby zakazać działacze na rzecz społeczności LGBT nie musiałyby się odnosić do określonych osób np. homoseksualnych czy transpłciowych) jest adekwatnym powodem do zakazania takich wypowiedzi, to zakaz takich wypowiedzi, jak choćby publikacja, po przeczytaniu której George Price załamał się psychicznie i popełnił samobójstwo dałby się całkiem dobrze uzasadnić. Zgodzimy się chyba, że coś takiego byłoby absurdalnym ograniczeniem wolności słowa. Ale jeśli przyjmujemy, że nieodnoszące się bezpośrednio do konkretnych osób i nie kierowane wprost do nich wypowiedzi mogą być zakazane z tego powodu, że mogą one wyrządzać psychiczną krzywdę niektórym osobom, to pojawia się pytanie, gdzie, jeśli chodzi o ograniczenia wolności słowa, mielibyśmy do czynienia z absurdem, a gdzie już nie. Na takie pytanie niesłychanie trudno byłoby znaleźć zadowalającą odpowiedź.

Czy zakaz „mowy nienawiści” przeciwko osobom LGBT+ można w przekonujący sposób uzasadnić przy użyciu argumentu, że „mowa” taka może przyczyniać się do czynów krzywdzących takie osoby – np. skierowanych przeciwko nim przestępstw z nienawiści, takich, jak pobicia, zabójstwa, przypadki zastraszania czy niszczenia własności należącej do takich osób? To jest często używany argument na rzecz zakazów „mowy nienawiści”. Lecz z argumentem tym, podobnie jak ze wspomnianym wcześniej, są poważne problemy. Zauważmy bowiem, że nie da się w sposób sensowny twierdzić, że wypowiedzi, których treść można byłoby określić mianem np. nawoływania do nienawiści przeciwko osobom LGBT, czy też znieważania takich osób bezpośrednio i w sposób nieunikniony prowadzą do przestępstw na szkodę takich osób. Nawet wypowiedzi nawołujące do przemocy wobec takich osób nie mają – z reguły przynajmniej – tego rodzaju skutków. Nie jest przecież tak, że jak ktoś np. na jakimś portalu internetowym wyrazi opinię, że należy wymordować wszystkie osoby LGBT, to wysoce prawdopodobnym następstwem takiej wypowiedzi będzie przemoc skierowana przeciwko takim osobom.

Musi tu więc chodzić o jakieś bardziej odległe, luźniejsze, mniej pewne – aczkolwiek wciąż mogące w pewien, choćby pośredni sposób istnieć – związki między słowami jednych osób, a czynami drugich. Takie, że pewne wypowiedzi mogą przyczyniać się do kształtowania się u niektórych osób przekonań i wywoływania (bądź podtrzymywania lub podsycania) emocji, w następstwie których to przekonań i emocji niektóre osoby, u których takie przekonania i emocje występują, mogą popełnić przestępstwa z nienawiści.

Czy jednak tego rodzaju zagrożenie, jakie (załóżmy, że – dla dobra argumentacji) powoduje „mowa nienawiści” może w przekonujący sposób uzasadniać prawny zakaz takiej „mowy”? Problem z argumentem, że „hate speech” powinna być zakazana z tego powodu, że może się ona przyczyniać do „hate crimes” jest taki, że w sposób praktycznie taki sam sposób, w jaki „mowa nienawiści” może się przyczyniać do przestępstw z nienawiści, do przestępstw mogą przyczyniać się wypowiedzi nie będące taką mową i takie, których zwolennicy zakazów takiej „mowy” z praktyczną pewnością nie chcieliby zakazać. Na zdrowy bowiem rozum – jak pisałem już jakiś czas temu – „nie byłoby podpalania klinik aborcyjnych i zabójstw wykonujących zabiegi przerwania ciąży lekarzy, gdyby nikt nie głosił idei świętości życia ludzkiego od chwili poczęcia i nie przedstawiał aborcji jako wołającej o pomstę do nieba zbrodni. Podobnie, przypadki fizycznych ataków na rzeczników zakazu aborcji nie miałyby miejsca, gdyby nikt nie głosił twierdzeń, że zakaz aborcji jest oburzającym moralnie zamachem na podstawowe prawo kobiety do decydowania o swoim ciele i macierzyństwie. Nie byłoby podpalania rzeźni, firm futrzarskich, pojazdów do przewozu zwierząt rzeźnych i laboratoriów, gdzie eksperymentuje się na zwierzętach, gdyby nikt nie mówił i nie pisał o cierpieniach zwierząt zabijanych na żywność i futra lub wykorzystywanych w laboratoryjnych doświadczeniach; czyny te byłyby też mniej prawdopodobne bez przekonania ich sprawców do poglądu, że eksploatacja zwierząt jest moralną zbrodnią. Nie byłoby podpalania laboratoriów prowadzących eksperymenty genetyczne i badania w dziedzinie bio i nanotechnologii, gdyby nikt nie głosił twierdzeń o potencjalnej zgubności manipulacji genetycznych i bio lub nanotechnologii. Członkowie działającej w Meksyku grupy „Individualidades Tendiendo a lo Salvaje” nie mordowaliby naukowców zajmujących się bio i nanotechnologią bez przekonania ich do opinii o niebezpieczeństwie bio i nanotechnologii. Podpalania obwinianych o nadmierną emisję CO2 i przyczyniających się jakoby w sposób szczególny do efektu cieplarnianego samochodów typu SUV nie byłoby bez szerzenia katastroficznych wizji skutków globalnego ocieplenia. Francisco Lotero i Miriam Coletti z Argentyny nie zamordowaliby swojego dziecka, nie usiłowaliby zabić drugiego i nie popełniliby samobójstwa ze strachu przed skutkami globalnego ocieplenia, gdyby o skutkach tych nikt nie pisał i nie mówił. Ekoterroryzm – stosowanie przemocy w obronie zagrożonego przez ludzką działalność środowiska nie istniałby w świecie, w którym w kwestii zagrożeń środowiska ze strony ludzkiej działalności panowałaby cisza. Zdarzających się pod koniec lat 90 XX w. i w pierwszej dekadzie XXI w. rozruchów podczas obrad WTO, MFW, Banku Światowego i tzw. grupy G8 nie byłoby, gdyby nie obwiniano tych ciał o wyzysk, nędzę i niszczenie środowiska w krajach (głównie) III Świata. Antyrządowe rozruchy nie zdarzałyby się w społeczeństwie, w którym o rządzie mówiono i myślano by wyłącznie dobrze. Kryminalne wyczyny skrajnych grup antyfaszystowskich w rodzaju Antify, takie, jak brutalne pobicia osób składających kwiaty na grobie przywódcy przedwojennej „Zadrugi” Jana Stachniuka 11 listopada 2005 r. na warszawskich Powązkach, osób jadących na tzw. marsz niepodległości w 2010 r. Warszawie, czy też uczestników obchodów Dnia Żołnierzy Wyklętych w 2013 r. w Lublinie nie miałyby miejsca bez przekonania ich sprawców do opinii o narastającym czy odradzającym się faszystowskim zagrożeniu, o tym, że dla osób o „faszystowskich” poglądach (rozumianych przez nich niezmiernie szeroko) nie może być tolerancji, nawet jeśli nie stosują one przemocy i do tego, że państwo jest wobec takich ludzi nadmiernie tolerancyjne lub zwyczajnie bezradne – krótko mówiąc, do poglądów, jakie głoszą antyfaszystowskie i antyrasistowskie organizacje typu „Otwartej Rzeczypospolitej” czy stowarzyszenia „Nigdy Więcej”. Można też do tego dodać, że zdarzających się w szeregu państw Europy podpaleń masztów telekomunikacyjnych wykorzystujących czy to faktycznie, czy tylko rzekomo tzw. technologię 5G nie byłoby bez przekonania sprawców takich czynów do opinii o szkodliwości tej technologii dla ludzkiego zdrowia lub nawet życia. Niektórych podpaleń kościołów, do jakich doszło w Chile nie byłoby, gdyby ich sprawców nie wzburzyły medialne doniesienia o seksualnym molestowaniu dzieci przez księży i tuszowaniu tego faktu przez hierarchię kościelną – to samo można powiedzieć o podpaleniach kościołów latem 2021 r. w Kanadzie, które w praktycznie oczywisty sposób miały bezpośredni związek z emocjami, jakie u niektórych osób wywołały medialne doniesienia o odkryciach masowych grobów dzieci na terenie prowadzonych niegdyś przez m.in. Kościół Katolicki szkół dla Indian – związek ten jest na zdrowy rozum ewidentny choćby w świetle faktu, że płonęły kościoły oddalone o setki, czy nawet tysiące kilometrów od miejsc takich odkryć”. Gdyby w sposób konsekwentny zastosować rozumowanie leżące u podstaw zakazów „mowy nienawiści” to w całkiem przekonujący sposób można byłoby uzasadnić zakazy wypowiedzi, których treścią jest np. propagowanie idei małżeństw osób tej samej płci (czy choćby tylko „związków partnerskich”), możliwości adoptowania dzieci przez takie osoby czy też (np.) wprowadzenia zakazu „mowy nienawiści” przeciwko osobom LGBT. A także np. „marszów równości”. Dlaczego? Otóż moje rozumowanie w tej akurat kwestii opiera się na pewnej rozsądnej analogii. Chodzi mianowicie o to, że zostało zaobserwowane, że niektóre przestępstwa przeciwko kobietom popełniane są przez osoby (jeśli nie wyłącznie, to zapewne prawie wyłącznie mężczyzn) u których działalność ruchów na rzecz praw kobiet, objawiająca się w postaci formułowania takich czy innych twierdzeń na temat pożądanego, bądź nie pożądanego kształtu relacji męsko – damskich wywołuje strach. Czy zatem, jeżeli aktywność zmierzająca do rozszerzenia czy umocnienia praw kobiet wywołuje u niektórych mężczyzn strach, przywodzący niektórych z tych niektórych mężczyzn do popełniania przestępstw (w rodzaju gwałtów i innych fizycznych ataków) przeciwko kobietom, to czy na zdrowy rozum nie jest tak, że działalność ruchów na rzecz praw osób LGBT wywołuje u niektórych osób emocje, prowadzące do popełniania przestępstw przeciwko takim osobom? To oczywiście jest tylko pewne moje rozumowanie, lecz w pewien zdroworozsądkowy sposób można przypuszczać, że tak właśnie się czasem dzieje. Aktywiści organizacji tego rodzaju, jak „Kampania przeciw homofobii” przypuszczalnie nie chcieliby zakazania wypowiedzi propagujących prawa osób LGBT z tego powodu, że wypowiedzi takie czasem, w jakiś pośredni sposób, mogą przyczyniać się do ataków na takie osoby (chociaż, czy zastanawiali się oni cokolwiek nad takim problemem?). Lecz konsekwentne zastosowanie rozumowania takich osób – w każdym razie w takim zakresie, w jakim chodzi o pomysł, że „mowa nienawiści” powinna być zakazana, gdyż może ona prowadzić do przestępstw z nienawiści - logicznie rzecz biorąc prowadziłoby do wniosku, że wypowiedzi propagujące idee praw (czy ewentualnie mógłby ktoś  powiedzieć, jakichś szczególnych praw, bo zgodzimy się chyba, że osoby, o których jest tu mowa nie są pozbawione wszelkich praw) (5) takich osób również powinny być prawnie zabronione.

Poza tym jest tu jeszcze jedno, bardzo ważne pytanie. Jest ono takie: czy da się twierdzić, w sposób poważny, że zakazy „mowy nienawiści” skierowanej przeciwko osobom LGBT faktycznie zwiększają bezpieczeństwo takich osób? Gdyby tak było, w krajach, w których „mowa nienawiści” skierowana przeciwko takim osobom jest prawnie zakazana wymierzonych w takie osoby przestępstw z nienawiści – w rodzaju fizycznych ataków na takie osoby, przypadków zastraszania takich osób lub dewastowania należącego do nich mienia powinno być mniej, niż tam, gdzie „hate speech” dotycząca takich osób jest bezkarna. Czy jednak tak właśnie jest? Aby to sprawdzić, zrobiłem rzecz podobną do tej, jaką jakiś czas temu zrobiłem przy okazji pisania wcześniejszego tekstu poświęconego problemowi – „mowa nienawiści, a wolność słowa” (z którego zresztą skopiowałem wcześniejszy fragment tekstu wzięty w cudzysłów – przedstawione w nim argumenty są, jak myślę, dobre, a nic nowego w tej kwestii nie chciało mi się teraz wymyślać). W tamtym tekście przedstawiłem liczby przestępstw z nienawiści jako takich w ogóle (ujmując je w osobne kategorie przestępstw polegających na fizycznych napaściach na osoby – z takich np. powodów, jak przynależność narodowościowa, etniczna, rasowa, wyznaniowa lub orientacja seksualna takich osób - a także dokonywanych z podobnych powodów przestępstw przeciwko mieniu innych osób i zastraszania innych osób ze wspomnianych powodów) które w krajach takich, jak Austria, Finlandia, Francja, Holandia, Kanada, Niemcy, Norwegia, Szwecja, Wielka Brytania i Stany Zjednoczone przypadały w 2020 r. (a w niektórych przypadkach w 2021 r. – w tym względzie poprawiłem Austrię, w przypadku której dane dotyczące 2020 r. były w oczywisty sposób nierzetelne, bądź też w 2019 r. gdy danych za rok 2020 nie było) na statystyczny milion mieszkańców wspomnianych krajów, a także liczby wspomnianego rodzaju przestępstw z nienawiści przeciwko Żydom mieszkającym w tych krajach (oraz w Szwajcarii – odnośnie której zostały przedstawione nie najgorsze chyba dane nieoficjalne odnośnie tej akurat kategorii przestępstw z nienawiści, lecz która nie publikuje – w każdym razie na stronie OBWE poświęconej takim przestępstwom – rzetelnych, na ile takie mogą być, danych na temat przestępstw z nienawiści w tym kraju jako takich w ogóle) – w tym drugim przypadku przypadające zarówno na statystyczny milion ogółu ludności tych krajów, jak i na statystyczne 100 tys. Żydów, mieszkających w poszczególnych krajach (oczywiście, nie we wszystkich krajach, o których była powyżej mowa, Żydów jest 100 tys. lub więcej).

Tym razem, również w oparciu o dane przedstawione na stronie OBWE (są to oficjalne dane policyjne, co każe się na nie patrzeć z pewną ostrożnością – oczywiste jest przecież, że bardzo znaczna część „przestępstw z nienawiści” nie jest zgłaszana policji czy prokuraturze – lecz na zdrowy rozum można podejrzewać, że dane te pozostają jednak w jakichś proporcjach do faktycznych – znanych niestety wyłącznie przez Pana Boga – liczb takich przestępstw) policzyłem, ile w krajach wspomnianych powyżej przypadało takich, o jakich była tu mowa wcześniej rodzajów przestępstw z nienawiści na milion mieszkańców (można chyba tak to liczyć, jako że w każdym odpowiednio dużej społeczności odsetek osób LGBT jest mniej więcej taki sam) przeciwko osobom LGBT we wspomnianych tu uprzednio krajach w 2021 r. (a w przedstawiającej dane na temat „hate crimes” co 2 lata Szwecji w 2020 r.). Podobnie, jak we wspomnianym powyżej tekście podzieliłem te przestępstwa na fizyczne ataki na osoby, przestępstwa przeciwko mieniu takich osób, oraz przypadki zastraszania takich osób. Wyszło mi z tego następujące zestawienie:

Fizyczne ataki na osoby: Austria – 12,28 na milion mieszkańców, Finlandia - 6,68 na milion mieszkańców, Francja – 9,68 na milion mieszkańców, Holandia – 18,25 na milion mieszkańców, Kanada – 2,64 na milion mieszkańców, Niemcy – 1,86 na milion mieszkańców (według danych nieoficjalnych 2,83 na milion mieszkańców), Norwegia – 6,54 na milion mieszkańców, Szwajcaria – 3,10 na milion mieszkańców, Szwecja (2020) – 3,57 na milion mieszkańców, Wielka Brytania – 102,02 na milion mieszkańców, USA – 3,20 na milion mieszkańców.

Przestępstwa przeciwko mieniu (akty wandalizmu, kradzieże, rozboje): Austria – 20,32 na milion mieszkańców, Finlandia – 2,53 na milion mieszkańców, Francja – 1,86 na milion mieszkańców, Holandia – 2,17 na milion mieszkańców, Kanada – 4,78 na milion mieszkańców, Niemcy – 1,68 na milion mieszkańców, Norwegia – 1,68 na milion mieszkańców, Szwajcaria – 0,92 na milion mieszkańców, Szwecja (2020) – 2,41 na milion mieszkańców, Wielka Brytania – 23,59 na milion mieszkańców, USA – 1,70 na milion mieszkańców.

Przypadki zastraszania: Austria – 9,27 na milion mieszkańców, Finlandia – 5,41 na milion mieszkańców, Francja – 7,04 na milion mieszkańców, Holandia – 16,89 na milion mieszkańców, Kanada – 2,88 na milion mieszkańców, Niemcy – 0,79 na milion mieszkańców, Norwegia – 4,30 na milion mieszkańców (plus zakłócenia spokoju publicznego – 3,74 na milion mieszkańców), Szwajcaria – 1,61 na milion mieszkańców, Szwecja (2020) – 7,63 na milion mieszkańców, Wielka Brytania – 2,15 na milion mieszkańców, USA –1,94 na milion mieszkańców. (6)

Co można – a czego nie można – powiedzieć na podstawie przedstawionych powyżej danych? Czy można na ich podstawie powiedzieć np. to, że w Stanach Zjednoczonych, w których „mowa nienawiści” – czy to przeciwko osobom LGBT, czy też przeciwko jakimkolwiek innym grupom – nie jest, inaczej jak we wszystkich pozostałych wspomnianych tu krajach, prawnie zakazana (z wyjątkiem takich jej rodzajów, jak przypadki zastraszania innych osób, uporczywego werbalnego dręczenia innych osób, napaści słownych twarzą w twarz – mogących z dużym prawdopodobieństwem prowadzić do gwałtownej reakcji, pomówienia dotyczące konkretnych osób, bądź ewentualnie grup nie liczniejszych, niż ok. 25 osobowe, czy wreszcie naprawdę rzadko zdarzającego się bezpośrednio niebezpiecznego w konkretnym przypadku podburzania do natychmiastowego wszczęcia działań przestępczych – w postaci np. zaatakowania jakichś osób bądź konkretnego mienia) liczby przestępstw z nienawiści przeciwko osobom LGBT biją jakieś rekordy? Otóż, w oczywisty sposób na podstawie tych danych nie da się stwierdzić nic takiego.

To prawda – gdyby już ktoś bardzo chciał się czegoś takiego czepiać – dane te nie są całkiem jednoznaczne. Zdarzało się, owszem, tak, że liczby przestępstw z nienawiści przeciwko osobom LGBT (przypadające na statystyczny milion ludności danego kraju) były w niektórych krajach zabraniających „mowy nienawiści” przeciwko takim osobom cokolwiek mniejsze, niż w USA, gdzie „mowa” taka nie stanowi, jak wiadomo, przestępstwa. I tak np. liczba przestępstw z nienawiści przeciwko osobom LGBT o charakterze fizycznych napaści na takie osoby, jaka w 2021 r. przypadała na milion mieszkańców Kanady stanowiła 85% liczby takich przestępstw, jaka w tym samym roku przypadała na milion mieszkańców USA, zaś liczba takich przestępstw, jaka przypadała na milion mieszkańców Niemiec 58% liczby takich przestępstw przypadającej na milion mieszkańców USA. Z kolei liczba motywowanych nienawiścią wobec osób LGBT przestępstw przeciwko mieniu takich osób, jaka w 2021 r. przypadała na milion mieszkańców Szwajcarii stanowiła 54% liczby takich przestępstw przypadających w tym samym roku na milion mieszkańców Stanów Zjednoczonych, zaś w Niemczech – jeśli wierzyć statystykom przedstawionym na stronie OBWE – w 2021 r. na milion całej ludności tego kraju przypadało 2,46 razy mniej przypadków zastraszania osób LGBT z powodu nienawiści do nich, niż w tym samym roku przypadało na milion mieszkańców USA. Lecz trzeba też zwrócić uwagę na to, że w niektórych krajach zakazujących „mowy nienawiści” – w tym także oczywiście „homofobicznej mowy nienawiści” - przypadające na milion mieszkańców tych krajów liczby wspomnianych powyżej rodzajów przestępstw z nienawiści przeciwko osobom LGBT nie tylko, że były wyższe, ale były wręcz szereg razy wyższe, niż w USA. I tak, jeśli chodzi o przestępstwa z nienawiści przeciwko osobom LGBT o charakterze bezpośrednich fizycznych napaści na takie osoby, to na milion wszystkich mieszkańców Francji przestępstw takich było w 2021 r. 3,03 razy więcej, niż na milion mieszkańców USA. Na milion mieszkańców Austrii przestępstw takich było 3,84 razy więcej, niż na milion mieszkańców USA, na milion mieszkańców Holandii 5,70 razy więcej, niż na milion mieszkańców Stanów Zjednoczonych, zaś liczba takich przestępstw z nienawiści przypadająca w 2021 r. na milion mieszkańców Wielkiej Brytanii była 31,88 razy większa, niż liczba takich przestępstw na milion mieszkańców USA. Z kolei przestępstw z nienawiści przeciwko osobom LGBT skierowanych bezpośrednio przeciwko mieniu takich osób było w 2021 r. na milion mieszkańców Kanady 2,81 razy więcej, niż na milion mieszkańców USA, na milion mieszkańców Austrii 11,95 razy więcej, niż na milion mieszkańców Stanów Zjednoczonych, a na milion mieszkańców Wielkiej Brytanii 13,88 razy więcej, niż na milion mieszkańców USA. Przypadków zastraszania osób LGBT z powodu nienawiści do takich osób było natomiast na milion mieszkańców Norwegii 2,21 razy więcej, niż na milion mieszkańców USA, na milion mieszkańców Finlandii 2,79 razy więcej, niż na milion  mieszkańców USA, na milion  mieszkańców Francji 3,63 razy więcej, niż na milion mieszkańców USA, na milion mieszkańców Austrii 4,78 razy więcej, niż na milion mieszkańców USA, zaś na milion mieszkańców Holandii 9,41 razy więcej, niż na milion mieszkańców USA.

Z przedstawionych powyżej danych nie da się zatem w sposób rozsądny wyciągnąć wniosku, że osoby LGBT w tych krajach, które zabraniają „mowy nienawiści” skierowanej przeciwko takim osobom (przy czym nie chodzi tu oczywiście tylko o „mowę” dotyczącą jakichś konkretnych osób, ale także – a nawet przede wszystkim – o taką, która dotyczący całych grup – takich np. jak homoseksualiści, lesbijki, czy osoby transpłciowe) są mniej narażone na przestępstwa z nienawiści – tego rodzaju, co pobicia, akty wandalizmu czy stosowanie gróźb przemocy przeciwko takim osobom – niż w kraju, w którym „homofobiczna mowa nienawiści” nie stanowi przestępstwa. Więcej nawet – z danych tych można całkiem śmiało wyciągnąć wniosek, że osoby LGBT są w krajach zabraniających „mowy nienawiści” znacznie bardziej narażone na wspomnianego rodzaju przestępstwa z nienawiści, niż w USA, gdzie „hate speech” nie jest czymś karalnym. Pomyślmy tu np. o 5,7 razy większej, niż na milion mieszkańców USA liczbie fizycznych napaści na osoby LGBT (zakwalifikowanych jako przestępstwa z nienawiści) liczbie takich przestępstw na milion mieszkańców Holandii, 11,95 razy większej, niż w USA liczbie przestępstw z nienawiści polegających na ataku na mienie osób LGBT na milion mieszkańców w Austrii, czy 9,41 razy większej, niż na milion mieszkańców USA liczbie przypadków zastraszania osób LGBT z powodu nienawiści do takich osób, jaka w 2021 r. przypadała na milion mieszkańców Holandii. Nawiasem mówiąc, podobne obserwacje można poczynić nie tylko na temat przestępstw z nienawiści przeciwko osobom LGBT, ale na temat wszelkiego rodzaju takich przestępstw. I tak na podstawie danych przedstawionych na wspomnianej tu już wcześniej stronie OBWE o przestępstwach z nienawiści można policzyć np. to, że na milion mieszkańców Norwegii przypadało w 2021 r. 1,90 razy więcej przestępstw z nienawiści o charakterze bezpośredniego fizycznego ataku na osobę, niż na milion mieszkańców USA, na milion mieszkańców Holandii tego rodzaju „hate crimes” było 3,27 razy więcej, niż na milion mieszkańców USA, na milion mieszkańców Austrii przestępstw takich przypadało 6,43 razy więcej, niż na milion mieszkańców Stanów Zjednoczonych, zaś na milion mieszkańców Wielkiej Brytanii 23,36 razy więcej, niż na milion mieszkańców USA. Również w takich krajach, jak Francja i Kanada przypadające na statystyczny milion mieszkańców tych krajów liczby wspomnianego tu rodzaju „hate crimes” były większe – aczkolwiek tylko trochę – niż liczba takich przestępstw przypadająca w 2021 r. na milion mieszkańców USA. Nieco natomiast – ale tylko nieco – mniejszą, niż w USA liczbę przestępstw z nienawiści w rodzaju fizycznych ataków na osoby odnotowano (jak można wywnioskować ze strony OBWE) w 2021 r. w Niemczech – na milion mieszkańców tego kraju przypadało wówczas (według oficjalnych policyjnych danych) 13,20 takich przestępstw, podczas gdy na milion mieszkańców USA przestępstw takich było w 2021 r. 13,74. Warto jednak zwrócić uwagę na to, że z porównania danych na temat przestępstw z nienawiści w USA w 2021 r. – które to dane są od 1996 r. rokrocznie przedstawiane przez FBI i danych na temat przestępstw motywowanych politycznie w Niemczech w 2021 r. – opublikowanych przez niemiecki Bundeskriminalamt (Federalny Urząd Kryminalny) można wyciągnąć wniosek, że jakkolwiek na milion mieszkańców Niemiec być może przypadało trochę mniej przestępstw z nienawiści o charakterze fizycznych napaści na osoby, niż na milion mieszkańców USA, to wygląda jednak na to, że w Niemczech na milion ludności przypadało więcej takich wspomnianego rodzaju „hate crimes” w wyniku których ofiary tych przestępstw doznały obrażeń ciała. O ile bowiem – jak można wywnioskować z danych przedstawionych na stronie FBI – na milion mieszkańców USA przypadało w 2021 r. 5,04 przestępstw z nienawiści zakwalifikowanych jako „aggravated assault”, to z danych BKA wynika, że na milion mieszkańców Niemiec przypadało w 2021 r. 10,44 takich przestępstw z nienawiści, których ofiarom wyrządzona została jakaś fizyczna krzywda. (7) Czy w świetle tych danych da się utrzymać twierdzenie, że przestępstw z nienawiści o charakterze fizycznych ataków na osoby było w Niemczech w 2021 r. mniej (na milion mieszkańców) niż w USA? Oczywiście, nie jestem w stanie udowodnić – bo nie mam jak – że było inaczej. Mając jednak przed sobą powyższe dane i myśląc w sposób, jak mi się wydaje, zdroworozsądkowy (czyli np. przyjmując założenie, że drobne przestępstwa z nienawiści, takie, jak uderzenie kogoś bez spowodowania u niego uszczerbku na zdrowiu zdarzają się częściej, niż przestępstwa o bardziej dotkliwym charakterze, np. powodujące uszkodzenia ciała u swych ofiar) myślę, że istnieją podstawy do przypuszczeń, że w 2021 r. zdarzyło się w Niemczech tak naprawdę więcej jakichkolwiek „hate crimes” polegających na dokonaniu fizycznej napaści na kogoś, niż w tym samym roku w USA (mam tu oczywiście na myśli nie bezwzględne liczby takich przestępstw, lecz liczby takich przestępstw przypadające na milion mieszkańców jednego i drugiego kraju), a tylko przestępstwa te częściej nie były zgłaszane policji lub nie były klasyfikowane jako „przestępstwa z nienawiści”. W Niemczech (tu już opieram się na danych ze strony OBWE) odnotowano też w 2021 r. proporcjonalnie większą, niż w USA liczbę przestępstw z nienawiści wymierzonych bezpośrednio we własność osób będących ofiarami takich przestępstw. O ile bowiem na milion mieszkańców USA przypadało w 2021 r. 11,16 takich „hate crimes”, to na milion mieszkańców Niemiec przestępstw takich przypadało 15,99. Względnie większym, niż w USA problemem były w Niemczech tak groźne przestępstwa z nienawiści, jak podpalenia – 63 takie czyny na 331,9 miliona mieszkańców USA w 2021 r. dają 0,19 takiego przestępstwa na milion mieszkańców, podczas gdy 23 takie przestępstwa na 83,2 miliony mieszkańców Niemiec w 2021 r. dają 0,28 takich przestępstw na milion ogółu ludności. Wreszcie, w Niemczech było w 2021 r. (podobnie, jak we wcześniejszych latach; to samo odnosi się też do innych rodzajów przestępstw z nienawiści) proporcjonalnie więcej, niż w USA najcięższych „hate crimes”, a mianowicie zabójstw. Jeśli bowiem w USA odnotowano w 2021 r. 18 takich akurat przestępstw z nienawiści (taka liczba podana została na stronie FBI, na stronie OBWE podana jest liczba 9 takich zbrodni) to jedno takie przestępstwo przypadało na  18,44 miliona mieszkańców USA. Natomiast jeśli w Niemczech dokonano w 2021 r. 7 zabójstw, które zostały zakwalifikowane jako przestępstwa z nienawiści (tak to zostało podane na stronie OBWE) to jedno takie przestępstwo przypadało w 2021 r. na 11,89 miliona mieszkańców tego kraju. (8)

Nie da się więc w sposób poważny twierdzić, że zakazy „mowy nienawiści” mogą uchronić osoby LGBT, czy też osoby należące do narodowościowych, rasowych, czy religijnych mniejszości przed przestępstwami z nienawiści (niewątpliwie bardziej dotkliwymi w skutkach dla takich osób, jak publicznie, tj. np. w Internecie prezentowana „hate speech”). Można natomiast wysunąć tezę przeciwną, taką mianowicie, że zakazy takie mogą się wręcz przyczyniać do takich przestępstw. Czy bowiem zakazanie ludziom pod groźbą kary grzywny, bądź więzienia wyrażania ich szczerze wyznawanych przez nich (aczkolwiek z powodzeniem można twierdzić, że obraźliwych, niemoralnych i potencjalnie szkodliwych) poglądów spowoduje to, że ludzie ci swoje poglądy zmienią? Albo, że zapatrywania tych ludzi – nie ulegając nawet jakiejś zupełnie zasadniczej zmianie – ulegną złagodzeniu? Bardziej prawdopodobne wydaje mi się co innego: to mianowicie, że osoby, których przekonania zostały wyjęte spod prawa (w takim w każdym razie zakresie, w jakim chodzi o publiczne wyrażanie tych przekonań; nie da się oczywiście zdelegalizować przekonań w sensie samego tylko ich wyznawania) mogą czuć, że są traktowane przez państwo jak obywatele drugiej kategorii – skoro inni mogą publicznie wyrażać swoje poglądy bez narażania się na represje. Przypadki pociągania do odpowiedzialności karnej osób wyrażających bliskie takim osobom poglądy mogą u takich osób wywoływać uczucia gniewu, czy nawet wściekłości i te uczucia mogą pobudzać niektóre z takich osób do popełniania przestępstw z nienawiści. Warto tu zwrócić uwagę, że Jacob Aasland Ravndal w swym kompleksowym studium na temat skrajnie prawicowego terroryzmu i przemocy w krajach Europy Zachodniej stwierdził, że w krajach północnoeuropejskich (takich, jak Niemcy, Szwecja i Wielka Brytania) „receptą” na nasilenie się wspomnianych zjawisk są – obok wysokiej imigracji i niskiego poparcia dla antyimigranckich (radykalnie prawicowych) partii – „szeroko zakrojone represje publiczne wobec radykalnie prawicowych aktorów i opinii” (w krajach Europy Południowej „recepta” na wspomniane zjawiska obejmowała z kolei „połączenie trudności społeczno-ekonomicznych, autorytarnego dziedzictwa oraz szeroko zakrojonego lewicowego terroryzm i bojowości”). Z kolei pewne studium na temat przestępstw z nienawiści w Holandii wskazuje na to, że wiadomości o oskarżeniu przywódcy holenderskiej Partii Wolności (fałszywie tak nazwanej – lansowany przez szefa tej partii pomysł zakazania Koranu – na takiej zasadzie, na jakiej w Holandii zakazana jest „Mein Kampf” Hitlera - z pewnością nie jest pomysłem wolnościowym) Geerta Wildersa o przestępstwo „mowy nienawiści” (9) powodowały wzrost liczb „przestępstw z nienawiści” nie polegających na bezpośrednim użyciu przeciwko komuś przemocy (a więc takich, jak samo tylko grożenie komuś przemocą lub obrzucenie go obelgami, niedopuszczenie kogoś do jakiegoś miejsca z powodu np. jego pochodzenia, bądź malowania swastyk na żydowskich grobach). (Wzrost liczby przestępstw z nienawiści z użyciem przemocy powodowały natomiast nagłośnione przez media zamachy terrorystyczne).

Poza tym wszystkim, co zostało tu już powiedziane. oczywiste jest też jedno: to mianowicie, że zakazy „mowy nienawiści” – podobnie, jak zakazy wyrażania jakichkolwek opinii – powodują zamazanie obrazu poglądów występujących w społeczeństwie. Bo przecież zakazanie wyrażania nienawistnych czy też pogardliwych opinii na temat np. osób LGBT – i załóżmy nawet, że zmuszenie wyznawców takich opinii do milczenia (przynajmniej w sferze publicznej, czysto prywatna „mowa nienawiści” przeciwko takim osobom nie byłaby przestępstwem) – nie spowoduje przecież tego, że opinie takie przestaną w społeczeństwie istnieć. Nie jest jednak lepiej, jeżeli ludzie mają możliwość poznania – dodajmy do tego, poznania z pierwszej ręki – takich opinii? Nie jest coś takiego czymś lepszym dla np. osób LGBT, które dzięki nie zakazaniu „mowy nienawiści” mogą widzieć chociażby o tym, kto jest wrogiem takich osób? Oczywiście, osoby takie – podobnie, jak wszystkie inne powinny być chronione przed wywołującymi u nich autentyczny strach o własne bezpieczeństwo (bądź bezpieczeństwo osób najbliższych) groźbami przemocy (i rzecz jasna przed samą przemocą), podobnie jak przed werbalnym dręczeniem i prześladowaniem. (10) A więc przed – można twierdzić – pewnymi formami „mowy nienawiści”. Ale zakazanie tych wypowiedzi, które po prostu obrażają takie osoby, czy też zachęcają do wrogiego nastawienia wobec nich, bądź nawet propagują przemoc przeciwko takim osobom, bez jednak poważnej szansy na jej bezpośrednie wywołanie – których to wypowiedzi wspomniane osoby nie muszą przecież wbrew własnej woli słuchać bądź czytać (co różni publiczną „mowę nienawiści” od słownego dręczenia i prześladowania konkretnych osób) – mogą takim osobom bardziej zaszkodzić, niż pomóc.

Istnienie przepisów przeciwko „mowie nienawiści” może też paraliżować walkę ze zjawiskami typu rasizm, antysemityzm, ksenofobia czy homofobia wskutek tego, że zakazy takiej „mowy” – powodujące to, że wyznawcy pewnych poglądów albo nie wyrażają ich pod własnym imieniem i nazwiskiem (a co najwyżej pod pseudonimem), albo owijają je w przysłowiową bawełnę, albo schodzą do podziemia, gdzie wymieniają oni swoje poglądy wyłącznie z podobnie myślącymi ludźmi (co może prowadzić do powodowania tzw. efektu komory pogłosowej) – mogą poważnie utrudniać docieranie do takich osób przez oponentów takich poglądów i dążenie przez nich do tego, by osoby te swoje nienawistne wobec takich czy innych grup przekonania zmieniły.

Czy jest jednak możliwa zmiana poglądów rasistów, antysemitów, ksenofobów, homofobów, czy też – dajmy na to – neonazistów poprzez rozmawianie z nimi? Okazuje się, że tak. Wskazuje na to przykład kogoś takiego, jak Daryl Davis. Jest to amerykański czarnoskóry muzyk jazzowy, który zapoznaje się z członkami Ku Klux Klanu, zaprzyjaźnia się z nimi… i poprzez rozmowy zmienia ich poglądy.

Warto tu przytoczyć pewną rozmowę (czy może fragment rozmowy) jaką Daryl Davies przeprowadził z pewnym członkiem KKK. Zwolennik idei supremacji białych powiedział do niego: „Cóż, wszyscy wiemy, że wszyscy czarni ludzie mają w sobie gen, który czyni ich agresywnymi” – na co Davis odparł, że „Cóż, wszyscy wiemy, że wszyscy biali ludzie mają w sobie gen, który czyni ich seryjnymi mordercami”. Kiedy klansmen poczuł się urażony takim stwierdzeniem, Davis odpowiedział: „To, co powiedziałem, było głupie, ale nie bardziej głupie niż to, co ty powiedziałeś”. Według Davisa po tej odpowiedzi zwolennik białej supremacji „bardzo, bardzo ucichł i zmienił temat” – a pięć miesięcy później opuścił Klan. Jak dotąd Davis przekonał 200 członków Klanu do porzucenia tej organizacji. Wśród osób tych był Imperial Wizzard – najwyższy rangą członek Klanu. (11) Czy działalność kogoś takiego, jak Daryl Davis byłaby możliwa w kraju, w którym obowiązują zakazy „mowy nienawiści” – które, dodajmy do tego, są poważnie egzekwowane - bo czegoś takiego z pewnością chcą zwolennicy zakazania mowy nienawiści wymierzonej np. w osoby LGBT? Na pewno nie można powiedzieć, że działalność taka byłaby w takim kraju po prostu absolutnie niemożliwa. Ktoś taki, jak Daryl Davis mógłby, wykorzystując osobiste kontakty i znane sobie kanały komunikacji docierać do rasistów, antysemitów, homofobów, faszystów, nazistów i innych nienawistników i starać się wpływać na myślenie takich osób. Lecz zgodzimy się chyba, że w kraju, w którym „hate speech” – czy też, dajmy na to, propagowanie totalitarnych form ustroju państwa, bądź leżących u podłoża takiego ustroju ideologii – jest czymś traktowanym jako przestępstwo, taka – mogąca, jak widać, przynosić sukcesy – działalność jest znacznie trudniejsza, niż w kraju, w którym wszyscy mogą jawnie, publicznie, bez skrępowania (a w każdym razie skrępowania prawem – bo jasne jest, że niektórych ludzi przed wyrażaniem ich zapatrywać mogą powstrzymywać np. odczuwane przez nich zasady przyzwoitości) wyrażać swoje poglądy. Lepiej jest więc nie zakazywać „mowy nienawiści”. Czy to skierowanej przeciwko osobom LGBT, czy jakiejkolwiek innej. (12)  

 

Przypisy:

1.      Mam wątpliwość co do określenia „społeczność LGBT+”. Osób, które można określić wspólnym mianem „LGBT+” (czy też np. LGBTQIAP+ - bo i z takim terminem można się zetknąć – zob. pod adresem https://ponton.org.pl/lgbtqiap/slowniczek-lgbtq/) jest w Polsce kilkaset tysięcy. Jest możliwe, by wszystkie te osoby domagały się od przyszłego rządu zakazania „mowy nienawiści” odnoszącej się do takich osób jako całej grupy (czy też grup tego rodzaju, co homoseksualiści, lesbijki i osoby transpłciowe) – i to już w ciągu trzech miesięcy od jego powstania? (o takim właśnie oczekiwaniu wspomnianej społeczności była mowa w artykule w „G.W.”).

 

2.      W tym tekście nie zajmowałem się bliżej zakazami „mowy nienawiści” która odnosi się do konkretnych osób czy też (przede wszystkim nawet) całych ich grup z powodu takich cech tych osób, jak ich płeć, czy wiek. Jeśli dobrze rozumiem propozycje zakazania „mowy nienawiści” dotyczącej takich osób, to chodzi w nich o powstrzymanie pewnych wypowiedzi na temat w pierwszym rzędzie (jeśli nie wyłącznie) kobiet i ludzi w podeszłym wieku. Lecz jeśli w kodeksie karnym pojawią się takie terminy, jak „nawoływanie do nienawiści ze względu na wiek lub płeć” (i „znieważanie” z takich powodów) to na ich podstawie będzie można karać nie tylko za nienawistne, bądź obraźliwe wypowiedzi na temat wspomnianych grup, ale także za takie, które – jak przypuszczam – zdaniem przynajmniej jakiejś części zwolenników modyfikacji obecnych art. 256 i 257 k.k. nie powinny być prawnie zabronione. I tak np. na podstawie zapisów o nawoływaniu do nienawiści czy też znieważaniu ze względu na płeć będzie można ścigać nie tylko za pewne wypowiedzi na temat kobiet, ale także za pewne wypowiedzi na temat mężczyzn. Na przykład skrajne feministki będą mogły być sądzone i karane na podstawie takiego zapisu za wypowiadanie twierdzeń tego rodzaju, że każdy mężczyzna to potencjalny gwałciciel. Z kolei na podstawie zapisów o nawoływaniu do nienawiści i znieważaniu ze względu na wiek będzie można karać nie tylko za nienawistne i poniżające wypowiedzi na temat ludzi starszych, ale także za np. nazwanie ludzi młodych (lub jakiejś grupy takich osób) „gówniarzami”. Podobna uwaga odnosi się do zakazów „mowy nienawiści” (używam tu skrótowego określenia) odnoszącej się do konkretnych ludzi bądź ich całych grup z powodu takich ich cech, jak orientacja seksualna i tożsamość płciowa. Nie ulega wątpliwości, że za nawołującą do nienawiści wobec jakiejś grupy ludzi lub znieważającą jakąś grupę ludzi z powodu ich orientacji seksualnej można byłoby uznać nie tylko wypowiedź odnoszącą się do homoseksualistów czy lesbijek, ale także taką, która odnosi się do osób heteroseksualnych. Z kolei za nawołującą do nienawiści lub znieważającą inne osoby z powodu ich tożsamości płciowej można byłoby uznać nie tylko wypowiedź na temat osób transpłciowych – czy też np. niebinarnych – ale także cispłciowych.

 

Czy zwolennicy wprowadzenia do kodeksu karnego zakazów „mowy nienawiści” „ze względu na wiek, płeć, tożsamość płciową, niepełnosprawność lub orientację seksualną” nad możliwością zaistnienia wspomnianej powyżej konsekwencji pojawienia się w prawie takich zakazów? Tego nie wiem. Przypuszczam jednak, że spowodowanie możliwości ścigania za wypowiedzi określające np. młodych ludzi mianem „gówniarzy” czy też za takie, w których ktoś w sposób nienawistny lub obraźliwy odnosi się do osób cispłciowych bądź heteroseksualnych nie była celem zwolenników wspomnianej tu propozycji zmiany prawa. A przynajmniej nie była ich celem zasadniczym, bo z potencjalnej możliwości ścigania i karania za takie wypowiedzi, o jakich była tu wcześniej mowa osoby proponujące zmiany w art. 256 i 257 k.k. musiały zdawać sobie sprawę i jakoś przynajmniej z możliwością taką się godzić. Bardzo możliwe jest jednak, że osoby, o które tu chodzi zdając sobie jakoś sprawę z istnienia wspomnianej tu wcześniej możliwości możliwość taką po prostu lekceważą – uważając, że prokuratury będą ścigać, a sądy karać tylko za takie wypowiedzi, które zdaniem tych osób powinny być traktowane jako przestępstwo.

 

Lecz ja bym jednak wspomnianej tu wcześniej możliwości nie lekceważył. Moja intuicja w tym względzie jest taka, że reakcją na wprowadzenie do kodeksu karnego przepisów mających z założenia chronić osoby starsze, kobiety, osoby transpłciowe (lub np. niebinarne), niepełnosprawne oraz homoseksualne przed skierowaną przeciwko takim osobom „mową nienawiści” – a zwłaszcza już na ściganie i karanie autorów takiej „mowy” - może być składanie do prokuratury doniesień w sprawie takich wypowiedzi, jak wspomniane tu wcześniej nazwanie jakiejś grupy młodych ludzi „gówniarzami” czy też wypowiedzi pejoratywnie odnoszących się do osób cispłciowych, heteroseksualnych, bądź mężczyzn.

 

Zakładając, że donosy w sprawie wspomnianych powyżej rodzajów wypowiedzi będą się zdarzać  nie wiadomo – to chyba oczywiste – czy będą one prowadziły do formalnych oskarżeń, a tym bardziej do skazań za takie wypowiedzi. Lecz z powodzeniem można twierdzić, że zarówno jedno, jak i drugie byłoby rzeczą niedobrą. Jeśli na postawie przepisów mających w intencji ich pomysłodawców chronić takie grupy, jak osoby w podeszłym wieku, czy też osoby homoseksualne albo transseksualne przed obraźliwymi i nienawistnymi wypowiedziami o takich osobach zaczęto by ścigać i karać za określanie np. młodych ludzi mianem „gówniarzy” czy „smarkaczy”, bądź za używanie takich czy innych określeń na temat osób cispłciowych i heteroseksualnych (albo na temat np. mężczyzn) to co najmniej mogłoby to znaczyć, że wprowadzenie do kodeksu karnego przepisów zakazujących publicznego nawoływania do nienawiści ze względu na wiek, płeć, tożsamość płciową, niepełnosprawność i orientację seksualną spowodowało w praktyce większą kryminalizację wypowiedzi, niż zamierzoną przez zwolenników zmian w przepisach o „mowie nienawiści”. Jeśli jednak wypowiedzi, o których była tu wcześniej mowa nie będą – w przeciwieństwie do obraźliwych wypowiedzi na temat np. osób LGBT – ścigane i karane to w odniesieniu do przepisów zabraniających publicznego nawoływania do nienawiści ze względu na wiek, płeć, tożsamość płciową, niepełnosprawność lub orientację seksualną oraz znieważania grupy ludności albo konkretnej osoby łatwo będzie się mógł pojawić zarzut, że są one stosowane w sposób wybiórczy i dyskryminacyjny. Tak czy owak, następstwem wprowadzenia do kodeksu karnego zmian, o których tu jest mowa z dużym prawdopodobieństwem może prowadzić do swego rodzaju wojenek prawnych: ktoś – np. aktywista jakiejś skrajnie prawicowej orgnizacji - zostaje oskarżony (czy też skazany) z powodu wyrażenia pejoratywnej opinii o homoseksualistach – w odpowiedzi na co działacze takiej organizacji zgłaszają do prokuratury donos w sprawie np. tego, że jakiś działacz organizacji na rzecz osób LGBT wyraził się w sposób wrogi o osobach heteroseksualnych – albo, że feministka znieważyła mężczyzn. Praktycznie oczywiste jest, że coś takiego do niczego dobrego by nie prowadziło.

 

Zwolennikom rozszerzenia zakazów „mowy nienawiści” warto byłoby też zadać pytanie, dlaczego (oprócz już obecnie istniejącej kryminalizacji publicznych wypowiedzi nawołujących do nienawiści na tle różnic narodowościowych, etnicznych, rasowych, wyznaniowych albo bezwyznaniowość, a także znieważających „grupy ludności” bądź konkretne osoby z powodu ich przynależności narodowej, etnicznej, rasowej, wyznaniowej albo z powodu ich bezwyznaniowości, którą osoby, o które tu chodzi jak sądzę w pełni akceptują) należy ich zdaniem zakazać takiej „hate speech” która odnosi się do innych ludzi takich powodów, jak ich wiek, płeć, tożsamość płciowa, niepełnosprawność i orientacja seksualna – lecz już nie z innych – takich np., jak pochodzenie społeczne, przynależność społeczna, wykonywany zawód, wykształcenie, miejsce zamieszkania, majątek, korzystanie z jakichś form pomocy publicznej, przekonania, przynależność do jakichś organizacji, bądź też np. wygląd – albo, inaczej to ujmując, dlaczego karać za nienawistne i obraźliwe wypowiedzi na temat homoseksualistów, lesbijek, osób transpłciowych, czy też kobiet bądź ludzi w podeszłym wieku, lecz już nie za podobne w sumie w swej formie do tych karalnych wypowiedzi na temat takich grup, jak np. chłopi, robotnicy, górnicy, osoby bezrobotne, osoby bezdomne, osoby korzystające z 800+, osoby mające jakieś częsgto negatywnie postrzegane, lecz nie uważane za niepełnosprawność cechy fizyczne – np. ludzie otyli – czy też np. takich, jak ludzie bogaci, biznesmeni, czy wreszcie chociażby osoby rude, łyse, bądź blondynki? Da się twierdzić, że istnieje jakaś „gorsza”, zasługująca na karalność, mimo nie powodowania przez nią bezpośredniego zagrożenia dla takich wartości, jak fizyczne bezpieczeństwo osób, do których odnoszą się takie czy inne stwierdzenia, oraz „lepsza” zasługująca na prawną tolerancję „mowa nienawiści”?  

 

Być może przekonującej dla niektórych przynajmniej osób odpowiedzi na postawione powyżej pytanie dostarczył swego czasu Wojciech Sadurski. W opublikowanym wspólnie z Aleksandrą Gliszczyńską – Grabias (działaczką stowarzyszenia „Otwarta Rzeczpospolita”) w 2012 r. na łamach „Gazety Wyborczej” artykule „Która zniewaga kary wymaga?” (odnoszącym się do pomysłu Platformy Obywatelskiej, by uznać za przestępstwo publiczne wypowiedzi nawołujące do nienawiści wobec grup osób lub konkretnych osób, bądź znieważające grupy osób albo konkretne osoby z takich powodów, jak przynależność polityczna, społeczna, naturalne lub nabyte cechy osobistych oraz przekonania (co było oczywiście – pisałem o tym w swoim tekście z 2013 r. – potencjalnie bardzo groźną propozycją ograniczenia wolności słowa) napisał on, że „nawoływanie do nienawiści wobec grubych lub rudych w naszym kręgu cywilizacyjnym raczej nie prowadziło do masowych rzezi, ale nienawiść wobec pewnych grup narodowościowych – jak najbardziej”. Tak samo – kontynuowali swój wywód Gliszczyńska i Sadurski – ze znieważaniem: „każdy człowiek znieważony z tego powodu, że np. ma piegi albo nie zna języków obcych, może poczuć się fatalnie, ale to właśnie znieważanie z powodu przynależności rasowej lub religijnej prowadziło do społecznych dramatów”. Oczywiście, to co napisali Sadurski i Gliszczyńska – Grabias może tylko w niewielkim stopniu tłumaczyć potrzebę istnienia zakazów „mowy nienawiści” skierowanych przeciwko takim grupom, jak np. grupy narodowościowe, z tego choćby względu, że zakazy takiej „mowy” nie zapobiegają skierowanej przeciwko członkom takich grup nienawiści i wynikającej z niej czasem przemocy – jak już miałem okazję pisać, więcej przestępstw z nienawiści, takich, jak fizyczne ataki na osoby z powodu ich takiej czy innej przynależności narodowej, rasowej, religijnej itd. zdarza się w krajach zakazujących „mowy nienawiści” (w proporcji oczywiście do wielkości ludności tych krajów), niż w Stanach Zjednoczonych, gdzie „hate speech” nie stanowi przestępstwa. Ale nie tłumaczy to też potrzeby wprowadzenia zakazu szerzenia „mowy nienawiści” z takich powodów, jak wiek, płeć, tożsamość płciowa, niepełnosprawność i orientacja seksualna – a w każdym razie nie da się tego uznać za minimalnie choćby sensowny argument za zakazaniem takiej „mowy” na temat przynajmniej niektórych grup tych osób. Sadurski (kiedyś niewątpliwie przeciwnik zakazów „mowy nienawiści” – wynika to z jego opublikowanej w 1992 r. książeczki „Racje liberała” – teraz, nie wiem) i Gliszczyńska – Grabias w sposób co najmniej sceptyczny odnieśli się do pomysłu karania za wypowiedzi nawołujące do nienawiści wobec osób otyłych bądź rudych (co mogłoby zostać uznane za przestępstwo pod rządami przepisu przewidującego odpowiedzialność karną za nawoływanie do nienawiści wobec grupy osób lub poszczególnej osoby albo za znieważanie jakiejś grupy osób lub kogoś osoby z powodu jej naturalnych lub nabytych cech osobistych) stwierdzając, że nawoływanie do nienawiści przeciwko takim osobom w naszym kręgu cywilizacyjnym raczej nie prowadziło do masowych rzezi (w przeciwieństwie do nienawiści skierowanej przeciwko pewnym np. grupom narodowościowym; zwróćmy przy okazji uwagę, że w tym akurat miejscu autorzy wspomnianego tu tekstu nie posłużyli się określeniem „nawoływanie do nienawiści” co zdaje się sugerować, że wspomniana – potencjalnie ich zdanie groźna, w przeciwieństwie do nienawiści wobec grubych bądź rudych – nienawiść nie musi w sposób konieczny wynikać z nawoływania do niej). Faktycznie, jak dotąd nie zetknąłem się z informacjami o jakichś masowych rzeziach takich osób, jak osoby grube, bądź rude – albo np. łyse. Ale nie słyszałem też nigdy o masowych rzeziach takich osób, jak np. mężczyźni, czy też kobiety, albo osoby niepełnosprawne – jeśli masowe rzezie takich osób się zdarzały (oczywiście, że się zdarzały – np. w 1995 r. bośniaccy Serbowie uprowadzili i wymordowali 7000 muzułmańskich mężczyzn z rejonu Srebrnicy; była to największa masakra ludności w Europie po II wojnie światowej) to były one raczej częścią konfliktów narodowościowych i etnicznych – takich choćby, jak konflikt w byłej Jugosławii w latach 90 XX wieku – a nie czymś wynikającym z nienawiści wobec np. mężczyzn jako takiej. Choć oczywiście zdarzają się indywidualne przestępstwa wynikające z nienawiści wobec chociażby np. kobiet – a także oczywiście osób homoseksualnych i transpłciowych – i zapewne dałyby się znaleźć przestępstwa wynikające z negatywnego nastawienia ich sprawców wobec np. osób otyłych (choć nienawiść wobec tych ostatnich raczej nie wyraża się czynach o charakterze brutalnym, lecz głównie w rozmaitych komentarzach na ich temat – lecz oczywiście, niezależnie od tego, czy przeciwko grubym osobom są popełniane przestępstwa z nienawiści i ile – oraz jakich – zdarza się takich przestępstw pewne społeczne odrzucanie takich osób, niekoniecznie będące czymś łamiącym prawo, w końcu nikt nie ma obowiązku każdego lubić – jest dla takich osób nader poważnym problemem).

 

Lecz jeśli mówimy o takich czy innych rodzajach społecznej nienawiści, to osobiście już dawno doszedłem do wniosku, że jednym z najbardziej groźnych rodzajów takiej nienawiści jest nienawiść między kibicami różnych drużyn sportowych, w tym przed wszystkim piłkarskich. Nienawiść ta, jak doskonale wiadomo, wielokrotnie była podłożem takich czynów, jak pobicia, rozboje i zabójstwa. I z pewnością też nienawiść taka nie jest u osób, które ją odczuwają czymś wrodzonym lub wysysanym z mlekiem matki (jak antysemityzm Polaków zdaniem byłego premiera Izraela Icchaka Szamira) lecz w jakimś przynajmniej stopniu  jest podsycana i podtrzymywana przez takie czy inne formy międzyludzkiej komunikacji. Jednak nigdy nie zetknąłem się z propozycją zakazania „mowy nienawiści” dotyczącej drużyn piłkarskich bądź ich kibiców, mimo, iż zakaz takiej „mowy” można byłoby uzasadnić w sposób równie dobry, jak zakaz mowy nienawiści skierowanej np. przeciwko grupom narodowym, etnicznym, rasowym czy religijnym, jeśli uzasadnieniem takich zakazów ma być to, że „mowa” taka może – choćby tylko pośrednio – prowadzić do aktów przemocy i innych przestępstw z nienawiści przeciwko osobom należącym do takich czy innych grup, do których ta „mowa” się odnosi.

 

Tak czy owak, o zakazach „mowy nienawiści” – zarówno tych, które już w Polsce istnieją, jak i tych, które są dopiero proponowane można powiedzieć to, że zakazy te mają charakter dyskryminacyjny. Karalne na ich podstawie są, czy też miałyby być pewne wypowiedzi odnoszące się do niektórych rodzajów grup społecznych – takich, jak Żydzi, Niemcy, muzułmanie, czy osoby LGBT – lecz już nie całkiem podobne do tych pierwszych (jeśli chodzi o ich formę) wypowiedzi odnoszące się do innych grup – takich, jak rolnicy, robotnicy, nauczyciele, komornicy, więźniowie, byli więźniowie, itd.

 

Dlaczego jednak proponuje się zakazanie „mowy nienawiści” wobec pewnych grup – np. osób LGBT – lecz nie innych – takich np. jak rolnicy czy mieszkańcy wsi (jeśli ktoś uważa, że „mowa nienawiści” dotycząca tej drugiej grupy po prostu nie istnieje, to niech zastanowi się choć przez chwilę nad takim określeniem, jak „wsioch” bądź stwierdzeniami tego rodzaju, jak „słoma z butów wyłazi” bądź „człowiek może wyjść ze wsi, ale wieś z człowieka nigdy” – nie przesądzam oczywiście, czy te stwierdzenia dałyby się zakwalifikować jako „nawoływanie do nienawiści” czy też „znieważanie”)? Być może jest tak po prostu dlatego, że w przypadku tych drugich nie ma jakichś ruchów, które dążyłyby do zakazania nienawistnych czy obraźliwych wypowiedzi odnoszących się do takich grup. Być może, że mało kto uważa, że takie grupy, jak – przykładowo – rolnicy, robotnicy, nauczyciele, lekarze, policjanci, prokuratorzy, sędziowie, komornicy itd. – są tak zagrożeni przez „mowę nienawiści” i ewentualne efekty tej „mowy” – w postaci np. przestępstw z nienawiści – że czegoś, co można byłoby określić mianem „mowy nienawiści” skierowanej przeciwko takim grupom osób powinno się zabronić. Być może faktycznie wspomniane tu grupy osób nie są szczególnie narażone ani na coś, co można byłoby określić mianem „mowy nienawiści”, ani na przestępstwa wynikające z takiej ewentualnej nienawiści.

 

Lecz są grupy osób, o których całkiem uczciwie należałoby powiedzieć, że są one narażone na czyny, które bez większego problemu można byłoby określić mianem „przestępstw z nienawiści”. Takimi osobami są np. bezdomni, którzy nieraz padają ofiarami czynów tego rodzaju, co np. pobicia. Jeśli chodzi o to, co jest podłożem przestępstw przeciwko takim osobom, to na zdrowy rozum można przypuszczać, że swój całkiem istotny udział mają w tym pewne przekonania na temat takich osób: np. takie, że ktoś bezdomny to narkoman, alkoholik, ktoś zagrażający zdrowiu innych, męt społeczny, śmieć. Lecz nigdy nie słyszałem o propozycji wprowadzenia zakazu wyrażania takich – przykładowo – opinii o bezdomnych, mimo, że opinie takie nie dość, że są dla bezdomnych obraźliwe, to mogą czasem w jakimś przynajmniej stopniu motywować poważne przestępstwa przeciwko takim osobom.

Dlaczego więc w sposób naprawdę poważny, mający poparcie ważnych ugrupowań na polskiej scenie politycznej (za wprowadzeniem zakazu „mowy nienawiści” przeciwko osobom LGBT od wielu lat opowiada się Lewica, opowiadał się za nim swego czasu „Twój Ruch” Janusza Palikota, obecnie natomiast z całą pewnością przeciwko takiemu zakazowi są tylko PiS i Konfederacja) proponuje się zakazy „mowy nienawiści” skierowanej przeciwko takim grupom ludzi, jak np. osoby homoseksualne – lecz już nie takiej, która dotyczy np. osób bezdomnych? Niezłej, jak mi się wydaje, odpowiedzi na to pytanie udzielił niegdyś specjalizujący się w tematyce wolności słowa duński prawnik Jacob Mchangama. Stwierdził on mianowicie, że ochrony przed „hate speech” mogą w sposób skuteczny domagać się nie te grupy, które faktycznie są najbardziej pogardzane przez społeczeństwo (do takich grup zapewne można zaliczyć bezdomnych – podobnie, jak w znacznie większym stopniu można byłoby zaliczyć do nich pedofilów, neonazistów, alkoholików, narkomanów, czy też przestępców, bądź byłych przestępców), lecz te grupy, które będąc wciąż takimi grupami, wobec których istnieją społeczne uprzedzenia, są mimo takimi grupami, które zdobyły dla siebie pewną sympatię i uznanie w społeczeństwie i wynikający z tej sympatii i uznania udział reprezentantów takich grup w życiu publicznym.

 

Niewątpliwie taką grupą są obecnie w Polsce tzw. osoby LGBT. Nikt w sposób uczciwy nie może zaprzeczyć temu, że wobec takich osób część polskiego społeczeństwa ma poważne uprzedzenia. Nikt też nie może zaprzeczyć temu, że osoby takie padają niekiedy ofiarą skierowanych przeciwko nim z powodu ich orientacji seksualnej, czy też transpłciowości przestępstw – takich np. jak pobicia. Lecz postawy wobec takich osób (pomimo istniejącej w przestrzeni publicznej „mowy nienawiści” na ich temat) mimo wszystko się zmieniają. Kiedyś było np. rzeczą praktycznie oczywistą, że homoseksualizm jest po prostu zboczeniem (choć raczej mało kto – przynajmniej w kręgach inteligenckich - uważał, że powinien być on zakazany). Obecnie, gdyby ktoś coś takiego stwierdził (nie w towarzystwie jakichś ludzi o skrajnie prawicowych poglądach) to byłoby to wielkie faux pas – choć w dalszym ciągu nie byłoby to czymś zakazanym prawnie.

 

Czy należy zabronić wyrażania takich, jak wspomniane tu powyżej opinii, w celu np. przyspieszenia przemian społecznego nastawienia wobec osób LGBT – i w rezultacie zmniejszenia prawdopodobieństwa dyskryminacji, a także przemocy wobec takich osób? Zwolennicy wspomnianych tu propozycji zmian w kodeksie karnym zapewne uważają, że tak. Lecz takim myśleniem warto uważać. Zostało bowiem stwierdzone, że zakazy wyrażania takich czy innych poglądów często skutkują wzrostem ich popularności. Na taki efekt zakazów wypowiedzi wskazują niemal wszystkie badania dotyczące cenzury. Przykładem może być tutaj wspomniany w książce Roberta Cialdiniego „Wywieranie wpływu na ludzi” eksperyment przeprowadzony na jednej z amerykańskich uczelni, który polegał na tym, że studenci tej uczelni zostali poinformowani o wprowadzeniu zakazu krytykowania na terenie jej kampusu akademików dla studentów obu płci. Mimo, że nikt nie wystąpił z rzekomo zakazaną krytyką dormitoriów dla studentów obu płci, późniejsze badanie wykazało, że wśród studentów tej uczelni wzrosła liczba negatywnie nastawionych wobec tego rodzaju miejsc ich zamieszkania.

 

Poza tym, czy zakazy wypowiedzi mają coś do pożądanych przez takie czy inne grupy osób bądź osoby zmian przekonań? Jest to bardzo wątpliwe. I tak np. w Wielkiej Brytanii wprowadzono w 1965 r. przepis przewidujący karę do 2 lat więzienia za podżeganie do nienawiści rasowej (został on później zmodyfikowany i rozszerzony, a maksymalna kara grożąca na jego podstawie podniesiona do 7 lat więzienia). Niewątpliwie miało to na celu powstrzymanie zjawisk rasizmu i nienawiści wobec rozmaitych grup narodowościowych czy etnicznych – których było w Wielkiej Brytanii coraz więcej w związku z imigracją osób głównie z krajów Trzeciego Świata do Zjednoczonego Królestwa. Jednak, jak stwierdził Kenan Malik, dekada po wprowadzeniu tego prawa była prawdopodobnie najbardziej rasistowska w brytyjskiej historii. Była to, według Malika „dekada „walenia w Paki”, kiedy rasistowscy bandyci szukali Azjatów, aby ich pobić. Była to dekada podkładania bomb zapalających, dźgnięć nożem i morderstw” (Kenan Malik wspomniał, że we wczesnych latach 80. organizował patrole uliczne w celu zapewnienia azjatyckim rodzinom ochrony przed rasistowskimi atakami) Podobnie, w Kanadzie gwałtowny wzrost liczby przestępstw z nienawiści nastąpił po tym, jak władze Kanady, korzystając z wprowadzonego w 1970 r. do kodeksu karnego przepisu przewidującego karę za świadome promowanie nienawiści wobec określonej grupy (takiej, jak grupa narodowościowa, rasowa lub religijna) postanowiły wytoczyć procesy antysemitom (zob. w Stefan Braun „Can hate laws stop hate speech?”).

Pomiędzy zakazywaniem, czy nie zakazywaniem takich czy innych wypowiedzi, a pożądanymi przez pewne środowiska zmianami postaw wobec takich czy innych grup (np. osób LGBT) co najmniej w każdym razie nie ma korelacji. Wskazuje na to chociażby wykres zawarty w dostępnym w Internecie artykule na temat społecznej akceptacji osób homoseksualnych w Holandii (zob. https://www.academia.edu/758005/Out_in_the_Netherlands_A_study_into_the_acceptance_of_homosexuality_in_the_Netherlands). Holandia od 1994 r. jest krajem, w którym „mowa nienawiści” przeciwko homoseksualistom i lesbijkom jest prawnie zakazana: za publiczne nawoływanie do nienawiści, dyskryminacji albo przemocy wobec takich osób (lub ich własności), a także za publiczne obrażanie takich osób (jako całej grupy) grozi tam kara grzywny lub więzienia do roku, a za rozpowszechnianie treści, co do których powinno się zdawać sobie sprawę z tego, że mogą one zachęcać do nienawiści, dyskryminacji bądź przemocy wobec takich osób, albo że mogą być dla takich osób obraźliwe kara grzywny, bądź pozbawienia wolności do 6 miesięcy. Maksymalne granice kar za takie zachowania ulegają podwojeniu w przypadkach, gdy ktoś popełnia przestępstwo wspólnie z inną osobą, albo czyni sobie z popełniania takich przestępstw zawód, lub zwyczaj. Lecz z wykresu, o którym jest tu mowa wynika, że radykalny spadek liczby osób negatywnie nastawionych wobec homoseksualistów nastąpił w Holandii pod koniec lat 60. oraz w latach 70 XX wieku. I tak np. procent ludzi nie zgadzających się z twierdzeniem, że geje powinni móc żyć tak swobodnie, jak jest to możliwe  zmniejszył się w latach (mniej więcej, lata i procenty są w wykresie co pięć) 1968 – 1980 z ok. 36% do jakichś 7%. Odsetek ludzi zgadzających się z twierdzeniem, że przeciwko gejom powinny zostać podjęte energiczne działania zmniejszył się w latach 1970 – 1980 z 25% do 5%. Odsetek zwolenników opinii, że geje powinni zostać usunięci ze społeczeństwa zmniejszył się w tym samym okresie z 10% do jakichś 2%. Nieco późniejszego okresu, bo lat 1980 – (mniej więcej) 1993 dotyczą dane na temat poglądu, że osoby homoseksualne nie powinny razem ze sobą mieszkać – ze wspomnianego tu wykresu wynika, że o ile w 1980 r. wyznawców takiego poglądu było w Holandii 15%, to gdzieś w 1991 było ich może z 11% (później liczba takich osób nieznacznie wzrosła). Te zmiany nastawienia Holendrów wobec osób homoseksualnych nastąpiły zdecydowanie przed tym, zanim „mowa nienawiści” przeciwko takim osobom została w tym kraju prawnie zakazana. Czy wprowadzenie zakazu „homofobicznej mowy nienawiści” doprowadziło do jakiejś zmiany w takich postawach? Ze wspomnianego wykresu nie można wyciągnąć takiego wniosku; wynika z niego zresztą w ogóle to, że zmiany postaw o które tu chodzi były po 1980 r. niewielkie. Można jednak zaobserwować (choć w żadnym wypadku nie twierdzę, że było to wynikiem zakazania „mowy nienawiści” przeciwko osobom homoseksualnym), że odsetek ludzi nie zgadzających się z poglądem, że geje powinni móc żyć tak swobodnie, jak jest to możliwe minimalnie wzrósł w latach 1997 – 2006.

Z pewnością jednak jest oczywiste, że to nie zakaz „mowy nienawiści” doprowadził w Holandii do zmniejszenia się liczby osób wykazujących negatywne postawy wobec homoseksualistów (to raczej radykalny spadek liczby osób wykazujących takie postawy ułatwił wprowadzenie zakazu takiej „mowy”). Podobnie, jak nie zakazy wypowiedzi (które w tym przypadku nie tylko, że nie zostały wprowadzone, ale zostały wręcz zniesione lub przynajmniej zredukowane – weźmy tu uznanie przez Sąd Najwyższy USA w 1969 r. że wypowiedzi propagujące przestępcze działania – a więc np. przemoc przeciwko członkom jakiejś grupy rasowej – nie mogą być karalne, chyba, że mają one na celu praktycznie natychmiastowe wzniecenie takich działań i są do wzniecenia takich działań faktycznie zdolne) doprowadziły do radykalnego zmniejszenia się nasilenia postaw rasizmu począwszy od lat 50 w USA; o tym, jak zmiany te były poważne świadczyć może zmiana nastawienia amerykańskiego społeczeństwa do kwestii międzyrasowych małżeństw, które według badań opinii publicznej przeprowadzanych co jakiś czas przez Instytut Gallupa w 1958 r były akceptowane przez 4% dorosłych Amerykanów, natomiast według badania z 2021 r. dorosłych Amerykanów nie mających nic przeciwko takim małżeństwom było 94%, a wśród osób w wieku 18 – 19 lat 98%. – zwrócenie uwagi na tą akurat zmianę jest w kontekście zakazów „mowy nienawiści”, czy może raczej nie istnienia takich zakazów w USA szczególnie ważne z tego względu, że – jak trafnie zwrócił uwagę wspomniany już tutaj Jacob Mchangama „Prawdopodobnie nie ma lepszego sposobu na zmierzenie poziomu tolerancji i zaangażowania na rzecz równości w społeczeństwie zróżnicowanym etnicznie, niż przyjrzenie się małżeństwom międzyrasowym” (zob. w https://www.hoover.org/research/harm-hate-speech-laws).   Najkrócej więc mówiąc, zakazy „mowy nienawiści” nie są konieczne do osiągnięcia celów, do których dążą ich zwolennicy.  

 

3.      Nie mam nic przeciwko wprowadzeniu ustawy o związkach partnerskich, czy też ustawy umożliwiającej zawieranie małżeństw przez osoby tej samej płci (choć wydaje mi się, że rozsądną rzeczą byłoby wprowadzenie najpierw ustawy o związkach partnerskich, po to chociażby, żeby ogół społeczeństwa przekonał się, że z możliwości prawnego formalizowania swych związków przez pary jednopłciowe nic groźnego nie wynika). Przeciwnikom możliwości zawierania jednopłciowych małżeństw warto zadać takie pytanie: jaką szkodę komuś, kto jest do takich małżeństw wrogo nastawiony – oczywiście niektórzy ludzie mogą być, tak samo jako mogą być wrogo nastawieni w ogóle wobec np. osób LGBT, czy wobec jakichkolwiek innych osób bądź ich grup – może spowodować to, że jakieś dwie panie, czy jakichś dwóch panów mają papierek mówiący o tym, że są one czy też są oni małżeństwem w świetle prawa państwowego (byłoby oczywiście absurdem i naruszeniem rozdziału Kościoła od Państwa oraz wolności religijnej zmuszenie Kościoła do udzielania ślubów parom osób tej samej płci) i że mają one, czy też oni takie prawa, jak możliwość odwiedzenia chorego współmałżonka w szpitalu, dziedziczenia po jego śmierci, czy wspólnego rozliczania podatków? Chyba wszyscy się zgodzimy, że pary osób tej samej płci istnieją i nikt poza jakimiś skrajnymi zamordystami nie jest za zakazaniem istnienia takich par. Co więc złego – poza oburzeniem niektórych osób, uważających, że coś takiego jest nienormalne – może wyniknąć z możliwości prawnego formalizowania takich związków?

 

Cokolwiek bardziej kontrowersyjną – można twierdzić – kwestią, jest możliwość adoptowania dzieci przez pary osób tej samej płci, której jak wiadomo środowiska osób LGBT (a przynajmniej część tych środowisk) się domagają. Tu oczywiście dobro dziecka, które ewentualnie mogłoby zostać przysposobione przez tego rodzaju parę jest dobrem najważniejszym – ważniejszym w każdym razie od chęci takiej pary, by mieć dziecko – którego jako osoby tej samej płci nie mogą mieć ze sobą w sposób naturalny. Prawo do adoptowania dziecka w oczywisty sposób nie jest osobistym prawem jednostki w tym samym sensie, w jakim jest nim prawo do np. wygłaszania swoich poglądów, wstępowania do jakich się chce organizacji, chodzenia lub nie chodzenia do kościoła, organizowania pokojowych zgromadzeń i uczestniczenia w nich, dysponowania swoją własnością, podejmowania wybranej przez siebie pracy, swobodnego poruszania się po ogólnie dostępnych terenach, uprawiania z inną chętną do tego osobą seksu czy też zawarcia z kimś chętnym do tego (i powiedzmy, że nie będącym już w związku małżeńskim – sorry, ale nie chce mi się tu wszczynać dyskusji o ewentualnej legalizacji bigamii i poligamii) małżeństwa. Coś, o czym tu mówimy w oczywisty sposób musi być regulowane przez władze publiczne, a regulacje te powinny – co chyba jest jasne – mieć na celu przede wszystkim dobro dziecka.

 

Czy jednak są powody do twierdzenia, że pary homoseksualne nie powinny mieć prawa do adoptowania dzieci? Powiem tu, że od razu widzę możliwość pewnych negatywnych skutków adoptowania dzieci przez takie pary. Ot, choćby np. może się zdarzyć tak (i sądzę, że nie byłyby to przypadki wyjątkowe, ale przynajmniej czasem – choć nie wiem jak często – faktycznie mające miejsce), że jakiemuś dziecku z „tęczowej rodziny” koledzy w szkole bądź w przedszkolu dokuczaliby z tego powodu, że ma dwóch tatusiów albo dwie mamusie. Ale takie dzieci można byłoby wspierać, także w sposób instytucjonalny. Poza tym, chciałbym zauważyć, dzieci potrafią dokuczać innym dzieciom z dość czasem absurdalnych powodów: u mnie w klasie byli tacy, którzy dogryzali mi z tego powodu, że miałem (i mam) trójkę rodzeństwa – co w czasie i miejscu, w którym wówczas żyłem było czymś raczej niespotykanym.

 

Generalnie jednak rzecz biorąc, nie ma dowodów na to, że wychowywanie dzieci przez pary homoseksualne szkodzi dzieciom. Było wiele badań na ten temat i żadne czegoś takiego nie wykazało. Jeśli nawet próbki par osób tej samej płci wspólnie wychowujących dzieci były w takich badaniach względnie niewielkie, to – jak zostało stwierdzone w artykule w Wikipedii na temat rodzicielstwa osób LGBT – gdyby homoseksualiści byli ze swej natury ludźmi nieodpowiednimi do odgrywania roli rodziców, to nawet małe badania oparte na dogodnych próbkach by coś takiego wykryły. Jednak nic takiego w wyniku wspomnianych powyżej badań nie zostało stwierdzone. Nie zostało stwierdzone – gdyby ktoś martwił się taką możliwością – że dzieci wychowywane przez osoby homoseksualne częściej zostają homoseksualistami, niż dzieci wychowywane przez biologicznego tatę i biologiczną mamę. Podobnie, nie zostało stwierdzone, że dzieci wychowywane przez osoby transpłciowe częściej stają się osobami transpłciowymi, niż wychowywane przez osoby cispłciowe. Nie ma więc powodów do tego, by możliwość adoptowania dzieci przez osoby homoseksualne była wykluczona. I oczywiście do tego, by homoseksualne małżeństwa, gdyby prawo pozwoliło na zawieranie takich małżeństw, były wykluczone z możliwości adoptowania dzieci.

 

Postulatem środowisk LGBT do którego nie mam natomiast całkowitego przekonania jest bezwzględne zakazanie tzw. terapii konwersyjnych – czyli takich, które mają zrobić z osób homoseksualnych osoby heteroseksualne, czy też z transpłciowych cispłciowe. Wiadomo, że terapie takie są nieskuteczne i często wyrządzają uczestniczącym w nich osobom wiele poważnych szkód. Ale czy to znaczy, że takich „terapii” – to słowo warto jest chyba wziąć w cudzysłów – należy zabronić?

 

Najprędzej, wydaje mi się, dałby się uzasadnić zakaz stosowania takich terapii wobec osób nieletnich, zależnych od swoich rodziców. Choć może być tu też problem z osobami już w świetle prawa dorosłymi – ja np. (nie będąc osobą LGBT) nie stałem się w wieku 18 lat samodzielnym, niezależnym od rodziców człowiekiem.

  

Lecz może się zdarzyć tak, że jakaś osoba np. homoseksualna, pod wpływem swoich być może niedorzecznych przekonań postanowi uczestniczyć we wspomnianego rodzaju terapii. Należy zakazać prowadzenia takich terapii, by takie, jak wspomniane tu osoby nie mogły w ich wyniku doznać krzywdy? Zważmy na to, że osoby takie mogą być ostrzegane przed takimi terapiami i informowane o ich negatywnych efektach i ostatecznej nieskuteczności.

 

Myślę jednak, że na możliwość uczestnictwa w terapiach konwersyjnych i co za tym idzie organizowania takich terapii można się patrzeć jako na część możliwości dokonywania wyborów głupich i szkodliwych dla dokonujących takich wyborów ludzkich jednostek. Rzecz jasna, taka możliwość nie powinna być całkowicie nieograniczona w sensie zwolnienia w absolutnie w każdym przypadku z prawnej odpowiedzialności kogoś, kto chcącemu tego człowiekowi pomógł zrealizować jego wybór. I tak, gdyby ktoś poprosił drugą osobę o np. ucięcie mu ręki, czy też wydłubanie oka, to ta druga osoba nie powinna być zwolniona z odpowiedzialności karnej za spowodowanie ciężkiego uszkodzenia ciała w myśl zasady volenti non fit iniuria – choćby dlatego, że ta pierwsza osoba może (choćby po niewczasie) żałować swojego wyboru, a szkoda wyrządzona przez realizację tego wyboru jest w prosty sposób nienaprawialna.

 

Możliwość wyboru uczestnictwa w terapii konwersywnej wydaje się jednak znacznie bliższa możliwości dokonywania tego rodzaju wyborów, które generalnie rzecz biorąc są akceptowane społecznie. Wyobraźmy tu sobie np. kogoś postanawiającego wstąpić do kontemplacyjnego zakonu o bardzo surowej regule. Na temat takiego wyboru z całą pewnością można twierdzić, że jest to wybór szkodliwy dla danej osoby i po prostu głupi – mógłby ktoś powiedzieć, że ktoś taki marnuje sobie życie. Lecz przecież chyba nikt nie proponuje zakazu istnienia kontemplacyjnych zakonów, mimo, że można byłoby twierdzić, że ktoś wstępujący do takiego zakonu i przebywający z własnej woli całe życie za murami klasztoru szkodzi sobie bardziej, niż homoseksualista, czy transseksualista idący na konwersywną terapię. Jeśli jednego się nie zakazuje, to myślę, że nie powinno się też zakazywać drugiego. Jakkolwiek należy przed nim ostrzegać.

 

4.      Idea ta kojarzona jest najczęściej z opinią sędziego Sądu Najwyższego Louisa Brandeisa (formalnie rzecz biorąc zgodną z opinią większości sądu, lecz de facto odrębną) w sprawie Whitney v. California z 1927 r. (zob. https://en.wikipedia.org/wiki/Whitney_v._California). 

 

5.      Moim zdaniem takie pomysły, jak pomysł umożliwienia zawierania małżeństw przez tej samej płci, czy wprowadzenia możliwości adoptowania dzieci przez takie osoby (przy czym o adopcji zawsze decydowałby sąd, mając na względzie przede wszystkim dobro dziecka) nie są pomysłami nadania osobom LGBT jakichś szczególnych praw, gdyż szczególne prawa – bądź, jak kto woli przywileje – to takie prawa, które mają niektórzy ludzi, a niektórzy nie. Prędzej za rodzaj nadania osobom LGBT szczególnych praw można byłoby uznać zakazanie dotyczącej takich osób „mowy nienawiści” – zauważmy, że w przypadku wejścia w życie zakazu takiej „mowy” osoby takie zaczęłyby się – obok grup osób wyróżniających się takimi cechami, jak przynależność narodowościowa, etniczna, rasowa, wyznaniowa i bezwyznaniowość –zaliczać się do takich, za publiczne nawoływanie do nienawiści przeciwko których bądź za publiczne znieważanie których grożą kary - w przeciwieństwie do innych grup – np. zawodowych, wyróżniających się pochodzeniem społecznym, miejscem zamieszkania, poglądami, czy też majątkiem – których znieważanie i nawoływanie do nienawiści przeciwko którym (jeśli nie stanowiłoby ono nawoływania do popełnienia przestępstwa) byłoby bezkarne. Zakazy „mowy nienawiści” tego rodzaju, co przewidziane w art. 256 i 257 polskiego k.k. – zarówno w obecnym kształcie tych przepisów, jak i w takim, jaki proponują zwolennicy wprowadzenia zakazu publicznego nawoływania do nienawiści i znieważania z powodu wieku, płci, tożsamości płciowej, niepełnosprawności całych grup osób lub określonych osób z powodzeniem mogą być też postrzegane jako dyskryminujące niektóre osoby ze względu na ich poglądy. Jest oczywiste, że z taką dyskryminacją mamy do czynienia wówczas, gdy ktoś odnoszący się z nienawiścią i pogardą wobec jakiejś grupy chronionej przez wspomniane przepisy może za szczere i nieukrywane wyrażanie swoich przekonań nawet trafić do więzienia, podczas gdy ktoś w podobny sposób odnoszący się do grupy, o której w takich przepisach nie ma mowy (a więc np. do grupy zawodowej, partii politycznej, itd.) może swoje zapatrywania wyrażać w sposób swobodny. Można więc twierdzić, że zakazy „mowy nienawiści” w rodzaju art. 256 i 257 polskiego k.k. dają szczególne prawa – lub jak kto woli przywileje – tym wszystkim, którzy wypowiadają się w sposób, który mógłby zostać uznany za przestępstwo określone w tych przepisach, lecz nie przeciwko grupom osób chronionych przez te przepisy.   

 

6.      Dodać warto, że podobne zestawienie dotyczące przestępstw z nienawiści przeciwko osobom LGBT w roku 2022 wygląda następująco:

 

Fizyczne ataki na osoby: Austria – 16,15 na milion mieszkańców, Finlandia – 11,09 na mln mieszkańców, Francja – 9,91 na milion mieszkańców, Holandia – 18,90 na mln mieszkańców, Kanada – 3,30 na mln mieszkańców, Niemcy – 3,47 na mln mieszkańców, Norwegia – 11,79 na mln mieszkańców, Szwajcaria – 4,31 na mln mieszkańców, Szwecja – brak porządnych danych, Wielka Brytania – 94,65 na milion mieszkańców, USA – 3,55 na milion mieszkańców.

 

Przestępstwa przeciwko mieniu (akty wandalizmu, kradzieże, rozboje): Austria – 17,93 na mln mieszkańców, Finlandia – 2,26 na mln mieszkańców, Francja – 2,13 na mln mieszkańców, Holandia – 3,19 na mln mieszkańców, Kanada – 5,44 na mln mieszkańców, Niemcy – 2,20 na mln mieszkańców, Norwegia – 9,21 na mln mieszkańców, Szwajcaria – 0,68 na mln mieszkańców, Szwecja – j.w., Wielka Brytania – 21,94 na mln mieszkańców, USA – 2,15 na mln mieszkańców.

 

Przypadki zastraszania: Austria – 6,68 na mln mieszkańców, Finlandia – 6,18 na mln mieszkańców, Francja – 7 na mln mieszkańców, Holandia – 17,65 na mln mieszkańców, Kanada – 3,53 na mln mieszkańców, Niemcy – 0,94 na mln mieszkańców, Norwegia – 3,68 na mln mieszkańców, Szwajcaria – 2,61 na mln mieszkańców, Wielka Brytania – 1,74 na mln mieszkańców (z tym, że odnotowanych tam w 2022 r. 13 137 zakłóceń spokoju publicznego na tle nienawiści wobec osób LGBT daje 194,6 takich przestępstw na mln mieszkańców), USA – 2,24 na mln mieszkańców.     

 

Zabójstwa osób LGBT jako przestępstwa z nienawiści: Kanada – 1 na 9 558 148 mieszkańców, Niemcy – 1 na 83,37 mln mieszkańców, Norwegia – 1 na 1 811 439  mln mieszkańców, Wielka Brytania – 1 na 67,51 mln mieszkańców, USA – 1 na 27 773 963 mln mieszkańców.

 

 

7.      Warto zwrócić uwagę, że to, co w amerykańskiej terminologii prawnej (różniącej się oczywiście w zależności od stanu; amerykańskie kodeksy karne są długie i zawiłe – zob. jako przykład kodeks karny Kalifornii) określa się jako „aggravated assault” niekoniecznie musi prowadzić do spowodowania u ofiary takiego przestępstwa obrażeń, lecz może polegać np. na bezpośrednim grożeniu komuś pistoletem czy też nożem. Z kolei „simple assault” może oczywiście polegać na uderzeniu kogoś, ale może także polegać np. na wymachiwaniu komuś pięścią przed nosem, tak, że poszkodowana takim przestępstwem osoba obawia się, że sprawca przejdzie do fizycznego ataku.

 

8.      Warto zwrócić uwagę, że z danych OBWE wynika, że w 2022 r. na milion mieszkańców Niemiec przypadało ok. 17,46 wszelkich przestępstw z nienawiści o charakterze fizycznych napaści na takie osoby, podczas gdy na milion mieszkańców USA przestępstw takich było 13,85. Przestępstw z nienawiści skierowanych  bezpośrednio przeciwko mieniu było w 2022 r. w Niemczech 13,87 na milion mieszkańców, natomiast w USA 12,21 na milion mieszkańców. Jeśli chodzi o wyjątkowo niewątpliwie groźne przestępstwa z nienawiści, jakimi są podpalenia, to w USA jedno takie przestępstwo przypadało w 2022 r. na ok. 7 mln 250 tys. mieszkańców, podczas gdy w Niemczech na ok. 3 mln 200 tys. mieszkańców (w Kanadzie jedno tego rodzaju „hate crime” przypadało na ok. 3 mln 475 tys. mieszkańców). Względnie natomiast mniej, niż w USA było w 2022 r. w Niemczech zabójstw, uznanych za przestępstwa z nienawiści. Pięć takich zbrodni na ok. 83,37 mln mieszkańców Niemiec w 2022 r. daje jedno takie przestępstwo na16,674 mln mieszkańców, podczas gdy 33 takie przestępstwa na ok. 333,29 mln mieszkańców USA w 2022 r. dają jeden taki czyn na ok. 10,1 mln mieszkańców. Jeśli jednak już mówimy o zabójstwach jako przestępstwach z nienawiści – są to niewątpliwie najcięższe z tych przestępstw, lecz jednocześnie najrzadsze – to warto zauważyć, że 3 takie zbrodnie odnotowane w 2022 r. w liczącej ok. 8,98 mln mieszkańców Austrii dają jedno takie przestępstwo na ok. 2,99 na mln mieszkańców, 3 takie czyny (skierowane przeciwko osobom LGBT) w liczącej w 2022 r. ok. 5,434 mln mieszkańców Norwegii dają jedno takie przestępstwo na ok. 1,811 mln mieszkańców, zaś 16 tego rodzaju zbrodni, które w 2022 r. odnotowano w mającej wówczas ok. 38,232 mln mieszkańców Kanadzie dają jedną taką zbrodnię na ok. 2,39 mln mieszkańców. Zarówno Austria, jak i Kanada, oraz Norwegia są krajami, które w przeciwieństwie do USA zakazują rasistowskiej, antysemickiej, ksenofobicznej, skierowanej przeciwko takim czy innym grupom wyznaniowym, czy odnoszącej się do osób LGBT „mowy nienawiści”.  

 

9.      Wilders został ostatecznie uniewinniony od postawionych mu zarzutów z tego powodu, że sąd w Amsterdamie uznał, że według przepisów holenderskiego kodeksu karnego na temat „mowy nienawiści” (tj. art. 137c i 137d) przestępstwo stanowią tylko takie wypowiedzi, które odnoszą się bezpośrednio do grup osób chronionych przez te przepisy (a więc np. mniejszości narodowych, religijnych, czy homoseksualistów), ale nie takie, które bezpośrednio odnoszą się do np. wyznawanej przez takie osoby religii (czyli w przypadku wypowiedzi Wildersa islamu). 

 

10.  Warto zwrócić uwagę, że za wspomniane zachowania grożą naprawdę poważne kary. I tak np. według art. 190 par. 1 k.k. „Kto grozi innej osobie popełnieniem przestępstwa na jej szkodę lub na szkodę osoby dla niej najbliższej, jeżeli groźba wzbudza w osobie, do której została skierowana lub której dotyczy, uzasadnioną obawę, że będzie spełniona, podlega karze pozbawienia wolności do lat 3”. Według z kolei art.190a par. 1 „Kto przez uporczywe nękanie innej osoby lub osoby dla niej najbliższej wzbudza u niej uzasadnione okolicznościami poczucie zagrożenia, poniżenia lub udręczenia lub istotnie narusza jej prywatność, podlega karze pozbawienia wolności od 6 miesięcy do lat 8”. Zgodnie natomiast z art. 191 par. „Kto, stosując przemoc wobec osoby lub groźbę bezprawną, zmusza ją lub inną osobę do określonego działania, zaniechania lub znoszenia, podlega karze pozbawienia wolności do lat 3”.

 

11.  Zob. w https://fee.org/resources/hate-speech-laws-the-best-arguments-for-them-and-against-them/

 

12.  Jak wynika z opublikowanego w „G.W.” w dniu 8 listopada 2023 r. artykułu Iwony Szpali „"Wyborcza" ma szczegóły umowy koalicyjnej opozycji” w umowie tej znalazło się wprowadzenie do kodeksu karnego przepisów przewidujących kary za „mowę nienawiści” na temat osób LGBT (i zapewne też, domyślam się tego, osób wyróżniających się z ogółu społeczeństwa takimi cechami, jak wiek, płeć, niepełnosprawności i tożsamość płciowa). Postulat, o którym wspomniałem na początku tego tekstu (poniekąd, oczywiście, zgłaszany już od wielu lat przez niektóre środowiska) został więc potraktowany bardziej serio, niż się tego spodziewałem; przypuszczałem bowiem, że jeśli nawet środowiska polityczne mające tworzyć nową koalicję rządową nie są generalnie rzecz biorąc przeciwne rozszerzeniu zakazów „mowy nienawiści” na wypowiedzi dotyczące np. osób LGBT, to podjęcie działań zmierzających do zmiany w tym kierunku takich przepisów, jak art. 256 i 257 k.k. nie znajduje się wśród ich priorytetów. Być może, że jednak do nich należy. Niewykluczone, że w tej kwestii się myliłem.  

 

Jest więc całkiem możliwe, że za jakiś czas do Sejmu wpłynie projekt ustawy, w myśl którego wspomniane powyżej przepisy miałyby zostać zmienione tak, że na mocy pierwszego z nich kara (obecnie do 3 lat więzienia) miałaby grozić nie tylko za „publiczne nawoływanie do nienawiści na tle różnic narodowościowych, etnicznych, rasowych, wyznaniowych, albo ze względu na bezwyznaniowość” (oraz za publiczne propagowanie nazistowskiego, komunistycznego lub faszystowskiego ustroju państwa), ale także za publiczne nawoływanie do nienawiści ze względu na wiek, płeć, tożsamość płciową, niepełnosprawność lub orientację seksualną jakiejś grupy osób, czy też osoby, zaś na podstawie drugiego taka sama kara groziłaby nie tylko – jak ma to miejsce teraz – za publiczne znieważenie grupy ludności albo poszczególnej osoby z powodu jej przynależności narodowej, etnicznej, wyznaniowej albo z powodu jej bezwyznaniowości, lecz także z powodu takich cech owej grupy ludności lub osoby, jak jej wiek, płeć, tożsamość płciowa, niepełnosprawność czy orientacja seksualna (to samo tyczyłoby się też publicznego naruszania nietykalności konkretnych osób z takich powodów, które obecnie jest surowiej karane, niż zwykłe naruszenie nietykalności cielesnej, będące przestępstwem ściganym z oskarżenia prywatnego, jeśli ma miejsce z powodu przynależności narodowej, etnicznej, rasowej, wyznaniowej, albo z powodu bezwyznaniowości danej osoby). I jest też nader prawdopodobne, że prawo zostanie zmienione we wskazany tu sposób.

 

Lecz jaki może być skutek takiej, jak wspomniana tu, zmiany przepisów o „mowie nienawiści”? Otóż, pomijając to, co już zostało tu wcześniej powiedziane, efektem podjęcia działań w celu rozszerzenia zakazów „hate speech” może być pojawienie się działań w celu jeszcze większego rozszerzenia takich zakazów. To prawda, że o ile od lat pojawiają się w Polsce żądania ochrony przed „mową nienawiści” osób LGBT, a także kobiet, osób w starszym wieku i niepełnosprawnych, to jak dotąd (o czym wspomniałem w przypisie 2) nie pojawiły się propozycje, by taką samą ochronę przed „hate speech” zapewnić grupom społecznym wyróżniającym się z ogółu społeczeństwa takimi cechami, jak np. wykonywany zawód, pozostawanie bez pracy, wykształcenie, stan majątkowy, miejsce zamieszkania, bezdomność, przynależność do takich czy innych organizacji, poglądy, czy nawet jakieś nałogi typu alkoholizmu bądź narkomanii, albo cechy osobiste w rodzaju np. otyłości (pomińmy tu propozycję Platformy Obywatelskiej z 2012 r. która spotkała się z negatywną oceną środowisk zmierzających do wpisania do kodeksu karnego zakazów „mowy nienawiści” ze względu na takie cechy, jak wiek, płeć, niepełnosprawność, tożsamość płciowa i orientacja seksualna, a także propozycję Otwartej Rzeczypospolitej z 2011 r. w myśl której zakazana miałaby być nie tylko „mowa nienawiści” – w tym ze wspomnianych powyżej powodów - oraz publiczne propagowanie faszystowskiego lub innego totalitarnego ustroju państwa - ale także publiczne rozpowszechnianie informacji – nawet absolutnie prawdziwych! – mogących doprowadzić do formułowania takich wypowiedzi, z którego to projektu O.Rz. po cichu się wycofała i usunęła ze swych stron wszelkie informacje na jego temat). Lecz podjęcie poważnych prac nad wprowadzeniem do k.k. zakazów „mowy nienawiści” na temat osób LGBT, a także takich, które wyróżniają się z ogółu społeczeństwa takimi cechami, jak wiek, płeć, oraz niepełnosprawność może stanowić zachętę do formułowania postulatów zakazania „mowy nienawiści” skierowanej przeciwko jeszcze innym grupom. I postulaty takie nie byłyby po prostu całkiem bezpodstawne – w sferze publicznej pojawiają się przecież niekiedy obraźliwe i nienawistne wypowiedzi na temat członków takich grup, jak policjanci, strażnicy graniczni, żołnierze, prokuratorzy, sędziowie, komornicy sądowi, lekarze, nauczyciele, rolnicy, czy biznesmeni – a także oczywiście członków takich bądź innych partii politycznych i ludzi o zasługujących zdaniem niektórych na potępienie poglądach. Oczywiście, nie można być w tej chwili pewnym, czy żądania wprowadzenia zakazu „mowy nienawiści” na temat takich, jak wspomniane tu powyżej grup się pojawią, a tym bardziej, czy – w razie pojawienia się ich - zostaną one spełnione. Niemniej jednak, wcześniejsze czy też późniejsze pojawienie się wspomnianego tu rodzaju żądań jest w przypadku zrealizowania pomysłu zakazania „mowy nienawiści” na temat osób LGBT, a także wyróżniających się ze społeczeństwa swym wiekiem, płcią, bądź niepełnosprawnością nader prawdopodobne. I absolutnie prawdopodobne jest też to, że żądania takie zostaną zrealizowane – jeśli nie w najbliższym czasie (tj. w okresie najbliższej kadencji parlamentu) to za ileś lat. Jest to sytuacja tego rodzaju, że jeśli powiedziało się „a” (poprzez które możemy określić obowiązujące już zakazy nawoływania do nienawiści oraz znieważania wobec czy to konkretnych osób, czy też całych grup z powodu ich przynależności narodowościowej, etnicznej, rasowej, wyznaniowej, albo z powodu ich bezwyznaniowości), to pojawiają się naciski, żeby powiedzieć „b” (czyli wprowadzić podobne zakazy wypowiedzi przeciwko jakimś innym grupom – np. osobom LGBT, czy też ludziom niepełnosprawnym, osobom w podeszłym wieku i kobietom). A jeśli powiedziało się „b” to czymś nawet wręcz bardziej naturalnym i łatwiejszym od wcześniejszego powiedzenia „b” może być powiedzenie „c” – czyli w naszym przypadku zakazanie „mowy nienawiści” odnoszącej się do jakichś jeszcze innych grup ludzi.

 

Do czego to wszystko może prowadzić? Otóż, zupełnie wyobrażalnym (aczkolwiek póki co względnie odległym i dalekim od pewności) skutkiem dążenia do rozszerzenia zakazów „hate speech” może być wprowadzenie do polskiego prawa takiego mniej więcej przepisu, jak art. 130 niemieckiego kodeksu karnego, o którym poniekąd wspomniałem w innym swoim niedawnym tekście – zob. w nim przypis 7. Jakkolwiek przepis ten w porównaniu z jego pierwotną wersją z 1960 r. według której przestępstwem było podżeganie do nienawiści, przemocy bądź arbitralnych działań przeciwko „części populacji” a także znieważenie, złośliwe oczernianie bądź zniesławienie jakiejś „części populacji” uległ pewnym zmianom – tak, że obecnie w sposób wyraźny zakazuje on podżegania do nienawiści przeciwko grupom narodowym, rasowym, religijnym i etnicznym, a także znieważania, złośliwego oczerniania bądź zniesławiania takich grup – to jednak w dalszym ciągu określonym w nim przestępstwem jest podżeganie do nienawiści, przemocy, lub arbitralnych działań przeciwko „części populacji” jak również znieważanie, złośliwe oczernianie bądź zniesławienie jakiejś części populacji (przepis ten umożliwia też obecnie – co pierwotnie nie było możliwe na jego podstawie - karanie za „mowę nienawiści” przeciwko konkretnym osobom, jeśli jest ona motywowana przynależnością tej osoby do wskazanych w tym przepisie grup lub części populacji).

 

Użycie w art. 130 niemieckiego k.k. określenia „część populacji” logicznie rzecz biorąc wskazuje na to, że za przestępstwo określone w tym przepisie może być – teoretycznie przynajmniej rzecz biorąc – uznane podżeganie do nienawiści, przemocy bądź arbitralnych działań przeciwko właściwie jakiejkolwiek części ludności Niemiec; podobnie też, jak za przestępstwo może zostać uznane znieważenie, złośliwe oczernianie, bądź zniesławienie w gruncie rzeczy dowolnego segmentu ludności tego kraju. Z całą bowiem pewnością za „części populacji” w rozumieniu art. 130 ust. 1 niemieckiego k.k. można uznać takie grupy społeczne, jak np. rolników, robotników, nauczycieli, lekarzy, policjantów, prokuratorów, sędziów, komorników, czy biznesmenów. Gdyby być całkiem konsekwentnym to za „część populacji” – przeciwko której zgodnie z tym przepisem nie wolno podżegać do nienawiści, przemocy bądź arbitralnych działań, a także jej znieważać, złośliwie oczerniać bądź zniesławiać – należałoby uznać niemieckich neonazistów, czyli grupę, przeciwko której wymierzony jest między innym właśnie wspomniany tu przepis.

 

Podoba się komuś rozwiązanie polegające na zakazaniu „mowy nienawiści” przeciwko jakimkolwiek rodzajom grup ludzi w społeczeństwie? Wydaje mi się, że rozwiązanie takie może – zdaniem przynajmniej niektórych ludzi – mieć jakiś swój urok. W przypadku istnienia takiego, jak wspomniane powyżej rozwiązania nie ma takiego problemu, jak nierówne traktowanie przez prawo różnego rodzaju „nienawistników” – co niewątpliwie jest problemem pod rządami takich przepisów, jak art. 256 i 257 polskiego k.k. – zarówno w ich obowiązującej, jak i w ich proponowanej przez przynajmniej część (m.in.) osób LGBT wersji. Nie ma też takiego problemu, że pewne grupy społeczne są chronione przed „hate speech”, a inne nie.

 

Lecz odnośnie przepisu przewidującego karę za „mowę nienawiści” przeciwko teoretycznie rzecz biorąc jakiejkolwiek grupie społecznej warto jest jednak zadać pytanie, jak przepis taki jest stosowany w praktyce. Przyznam, że nie do końca wiem, jaka jest praktyka stosowania wspomnianego tu wcześniej art. 130 k.k. w Niemczech. Z całą pewnością bardzo zdecydowanie ścigane są na jego podstawie wypowiedzi skierowane przeciwko pewnym grupom – takim, jak choćby Żydzi, co do których można dodać, że są oni w pewnym sensie chronieni przed mogącymi ich obrażać, czy też wywoływać negatywne emocje wobec nich wypowiedziami nie tylko poprzez wspomniane tu wcześniej zakazy podżegania do nienawiści, przemocy lub arbitralnych działań, oraz znieważania, złośliwego oczerniania lub znieważania grup narodowych i religijnych (które i tak mieściłyby się w pojęciu „części populacji”), ale także przez zakaz negowania, umniejszania czy też bagatelizowania Holocaustu – o którym również jest mowa w art. 130 niemieckiego k.k. (ochrona Żydów przed „mową nienawiści”, czy „kłamstwem oświęcimskim” – bądź – co ewentualnie też można byłoby traktować jako pewną co najmniej pośrednią formę „mowy nienawiści” skierowanej przeciwko nim – eksponowaniem nazistowskich symboli czy szerzeniem pronazistowskiej propagandy, która od kilku lat realizowana jest nie tylko na podstawie kodeksu karnego, ale także na podstawie ustawy nakazującej usuwanie w ciągu 24 godzin bezprawnych treści z Internetu i zgłaszanie takich treści policji – nie powoduje tego, że Żydzi są w Niemczech bezpieczniejsi, w sensie narażenia ich na rzeczywiste przestępstwa z nienawiści w rodzaju fizycznych napaści, niż w USA, gdzie „mowa nienawiści” przeciwko Żydom, jak przeciwko zresztą jakiejkolwiek innej grupie nie jest karalna. Jak wynika z raportu Antidefamation League, a więc organizacji, która z pewnością nie traktuje antysemityzmu i motywowanych nim działań lekką ręką, w 2021 r. w USA miało miejsce 88 fizycznych napaści na Żydów z powodów antysemickich, których ofiarami padło łącznie 131 osób, które albo były Żydami, albo też były przez sprawców takich przestępstw postrzegane jako Żydzi (przestępstwa te nie pociągnęły za sobą ofiar śmiertelnych, a tylko 11 z nich polegało na jakimś użyciu potencjalnie zabójczego narzędzia). Biorąc pod uwagę, że ludność Stanów Zjednoczonych wynosiła w 2021 r. 331,9 mln osób, a liczebność, jak to zostało określone w artykule w Wikipedii na temat liczby Żydów w poszczególnych krajach „eligible jewish population” 12 mln osób można policzyć, że na milion mieszkańców USA przypadało w 2021 r. mniej, jak 0,27 wspomnianego rodzaju napaści i ponad 0,39 ofiar takich napaści, a także, że jedno wspomnianego rodzaju przestępstwo przypadało na (blisko) 136 364 Żydów (w sensie „eligible jewish population). Z kolei w Niemczech według raportu Agencji Praw Podstawowych UE o przejawach antysemityzmu w krajach członkowskich UE w latach 2011 – 2021 w 2021 r. odnotowano 64 politycznie motywowane akty przemocy przeciwko Żydom z przypuszczalnych powodów antysemickich – podłożem 40 spośród nich była ideologia skrajnie prawicowa, powodem 8 ideologia „obca”, powodem również 8 ideologia religijna, zaś 8 ze wspomnianych czynów nie można było zaklasyfikować do żadnej z powyższych kategorii. Biorąc pod uwagę, że Niemcy miały w 2021 r. 83,2 mln mieszkańców, a wielkość „eligible jewish population” w tym kraju wynosiła 275 tys. osób można policzyć, że na milion mieszkańców Niemiec przypadało w 2021 r. 0,77 antysemickich napaści – niemal  3 razy więcej, niż na milion osób w USA; zauważmy też, że bezwzględna liczba takich przestępstw była w 2021 r. w Niemczech tylko o niecałe 28% mniejsza od liczby takich przestępstw w mających niemal 4 razy większą ludność i blisko 44 razy większą „eligible jewish population” Stanach Zjednoczonych. Można też na podstawie wspomnianych danych policzyć, że jedno wspomnianego tu rodzaju antysemickie przestępstwo przypadło w 2021 r. w Niemczech na 4297 osób z „eligible jewish population”, czyli na blisko 32 razy mniejszą grupę wspomnianego rodzaju ludzi, niż w USA). Przypuszczam jednak, że o ile na podstawie wspomnianego przepisu faktycznie ścigane i karane są nienawistne wypowiedzi odnoszące się do pewnych grup, to wypowiedzi odnoszące się do innych grup już niekoniecznie. Tak więc, jeśli nawet z przepisu tego rodzaju, co art. 130 niemieckiego k.k. – gdy się go widzi na papierze (bądź na ekranie komputera) – można wyciągnąć wniosek, że przewiduje on kary za „mowę nienawiści” przeciwko jakimkolwiek grupom, a zatem – w przeciwieństwie do np. art. 256 i 257 polskiego k.k. – nie dyskryminuje on pewnych nienawistników ze względu na podłoże ich nienawiści – to w rozsądny sposób można przypuszczać, że jest on stosowany w sposób dyskryminacyjny, a także arbitralny – co stanowi – można tak twierdzić – jeszcze większe naruszenie zasad państwa prawa, niż przepisy zakazujące pewnych wypowiedzi na temat wyraźnie określonych w nich grup.

 

Żądania rozszerzenia zakazów „mowy nienawiści” mogą się też nie ograniczać do żądań rozszerzenia zakresu grup społecznych chronionych przed taką „mową”. Mogą też one obejmować pomysły rozszerzenia zakazów rodzajów działań zakazanych przez przepisy wymierzone przeciwko „hate speech”. Niektórzy ludzie mogą przecież rozumować, że jeśli istniejące przepisy przeciwko „mowie nienawiści” są nieefektywne, jeśli chodzi o zwalczanie zjawisk społecznych typu rasizm, antysemityzm, ksenofobia, czy homofobia, to należy zmienić te przepisy tak, by np. zakazywały one „nawoływania” czy też „podżegania” nie tylko do nienawiści, ale także do uczuć tego rodzaju, co uprzedzenie bądź niechęć. Albo, by warunkiem skazania kogoś za „hate speech” nie musiało być wykazanie, że ten ktoś chciał wywołać, lub przynajmniej podsycić lub podtrzymać nienawiść (albo – w przypadku stosownej zmiany prawa – inną negatywną emocję wobec jakiejś grupy ludzi), ale by możliwe było skazanie kogoś za wypowiedź, odnośnie której można byłoby powiedzieć, że jej autor godził się z możliwością wywołania u swych słuchaczy jakiegoś negatywnego uczucia wobec jakiejś grupy ludzi, lub nawet za taką wypowiedź, odnośnie której jej autor, bądź ktoś, kto wypowiedź taką rozpowszechnia powinien zdawać sobie sprawę, że może ona wywołać wobec jakiejś grupy ludzi negatywne uczucia, albo że może być dla niektórych ludzi obraźliwa. Są tu poniekąd niestety, pewne wzorce. I tak np. art. 137e kodeksu karnego Holandii przewiduje karę do 6 miesięcy więzienia (a w przypadku kogoś działającego wspólnie z inną osobą lub czyniącego sobie z takiego postępowania zawód lub zwyczaj karę więzienia do 1 roku) lub karę grzywny dla każdej osoby, która „z jakiejkolwiek przyczyny innej niż podanie informacji faktycznych: 1°. upublicznia oświadczenie, o którym wie ona lub powinna zasadnie podejrzewać, że jest ono obraźliwe dla grupy osób ze względu na ich rasę, religię lub przekonania, ich orientację hetero- lub homoseksualną, niepełnosprawność fizyczną, umysłową lub intelektualną, lub, że nawołuje ono do nienawiści lub dyskryminacji wobec osób osób lub przemocy wobec ich osoby lub mienia ze względu na ich rasę, religię lub przekonania, płeć, orientację hetero- lub homoseksualną lub niepełnosprawność fizyczną, umysłową lub intelektualną” a także dla takiej, która „wysyła lub rozpowszechnia bez prośby przedmiot, o którym wie lub powinien zasadnie podejrzewać, że zawiera takie oświadczenie, lub przechowuje taki przedmiot w celu jego publicznego ujawnienia lub rozpowszechniania”. Jak zatem widać, prawo obowiązujące w Holandii przewiduje kary za nieumyślną „mowę nienawiści”: ukarany grzywną, bądź nawet trafić do więzienia może w Niderlandach nie tylko ten, kto publicznie, ustnie, pisemnie lub za pomocą obrazu, umyślnie wypowiada się znieważająco na temat grupy osób ze względu na ich rasę, religię lub przekonania, ich orientację heteroseksualną lub homoseksualną albo niepełnosprawność fizyczną, umysłową lub intelektualną, a także ten, kto publicznie, ustnie, pisemnie lub za pomocą obrazu, nawołuje do nienawiści lub dyskryminacji osób albo przemocy wobec ich osoby lub mienia ze względu na rasę,

religię lub przekonania, płeć, orientację hetero - lub homoseksualną lub niepełnosprawność fizyczną, umysłową lub intelektualną (kary za coś takiego, zgodnie z art. 137c i 137e holenderskiego kodeksu karnego sięgają roku więzienia, a w przypadku współdziałania z inną osobą lub zrobienia sobie z tego rodzaju działań zawodu lub zwyczaju dwóch lat więzienia), ale także ten, kto z jakiegokolwiek innego powodu, jak w celu podania prawdziwej informacji o faktach upublicznia oświadczenie, o którym powinien on zasadnie podejrzewać, że jest ono obraźliwe dla grupy osób ze względu na ich rasę, religię lub przekonania, ich orientację hetero- lub homoseksualną, niepełnosprawność fizyczną, umysłową lub intelektualną, lub, że nawołuje ono do nienawiści lub dyskryminacji wobec osób osób lub przemocy wobec ich osoby lub mienia ze względu na ich rasę, religię lub przekonania, płeć, orientację hetero- lub homoseksualną lub niepełnosprawność fizyczną, umysłową lub intelektualną. „Powinien zasadnie podejrzewać” to znaczy, że wiedzieć o czymś takim wcale nie musi – choć, owszem, powinien coś takiego przypuszczać (nawiasem mówiąc, zakazująca „mowy nienawiści Holandia jest krajem o znacznie wyższym – w stosunku do liczby ludności – poziomie przestępczości motywowanej nienawiścią wobec członków takich, czy innych grup – np. osób należących do mniejszości narodowych, lub rasowych bądź osób LGBT, niż Stany Zjednoczone, w których „mowa nienawiści” nie jest karalna. Jak można się dowiedzieć z dokumentu w języku holenderskim w 2022 r. policja w Holandii odnotowała łącznie 753 przestępstwa z nienawiści polegające na użyciu przemocy przeciwko osobie. Biorąc pod uwagę, że ludność Holandii wynosiła w 2022 r. 17,7 mln ludzi, na milion mieszkańców Holandii przypadało w 2022 r. 42,54 takich przestępstw. W USA w 2021 r. według danych przedstawionych na stronie OBWE o przestępstwach z nienawiści odnotowano  4 569 „hate crimes” polegających na użyciu wobec kogoś przemocy (względnie groźby natychmiastowego użycia przemocy – pojęcie „assault” obejmuje tego rodzaju zachowania). Jako że w USA w 2021 r. mieszkało 331,9 mln ludzi, można policzyć, że przestępstw takich na milion mieszkańców tego kraju było 13,76 – a więc ponad 3 razy mniej, niż w Holandii. Jeśli chodzi o przestępstwa o charakterze antysemickim, to w silnie tępiącej „mowę nienawiści” skierowaną przeciwko Żydom Holandii w 2021 r. według raportu Fundamental Right Agency miało miejsce 41 takich przestępstw polegających na bezpośrednim użyciu przeciwko komuś przemocy. Łatwo zauważyć, że jest to ponad 46% bezwzględnej liczby tego rodzaju przestępstw, którą – według ADL – odnotowano w 2021 r. w ok. 18, 75 razy ludniejszych i mających ponad 190 razy większą „eligible jewish population” Stanach Zjednoczonych). Fizyczny atak o podłożu antysemickim przypadał w 2021 r. w Holandii na blisko 8,74 razy mniejszą liczbę ludności, oraz na prawie 89 razy mniejszą liczbę Żydów – w sensie „eligible jewish population” - niż w tym samym roku w USA. Odnośnie zakazów „mowy nienawiści” nie ma więc dobrego rozwiązania. Oprócz jednego: zniesienia takich zakazów. Wraz z oczywiście innymi ograniczeniami wolności słowa (np. zakazem obrażania uczuć religijnych, znieważania Narodu, Państwa i jego władz i symboli, produkowania i rozpowszechniania pornografi w sposób fikcyjny prezentującej przemoc czy też seks z udziałem nieletnich, itd.).

 

 

Strona główna