Wersja PDF
Bartłomiej
Kozłowski
Kodeksem w patstreamerów? - II
Sejm postanowił rozprawić się ze zjawiskiem tzw.
patostreamingu. W związku z tym uchwalona została ustawa o zmianie kodeksu
karnego, przewidująca, że do kodeksu tego zostanie dodany nie istniejący w nim
dotąd art. 255b o następującym brzmieniu:
„Art. 255b. § 1. Kto, w celu osiągnięcia korzyści majątkowej
lub osobistej, za pośrednictwem sieci teleinformatycznej publicznie
rozpowszechnia treści przedstawiające: 1) popełnienie czynu zabronionego
zagrożonego karą pozbawienia wolności, jeżeli przedmiotem zamachu jest dobro
osobiste; 2) przemoc wobec zwierzęcia z naruszeniem przepisów ustawy; 3)
poniżające traktowanie innej osoby, nawet za jej zgodą, podlega karze
pozbawienia wolności do lat 3.
§ 2. Tej samej karze podlega, kto, w celu osiągnięcia
korzyści majątkowej lub osobistej, za pośrednictwem sieci teleinformatycznej
publicznie rozpowszechnia treści mogące wywołać przekonanie, że przedstawiają
zachowania określone w § 1.
§ 3. Jeżeli sprawca dopuszcza się czynu określonego w § 1 lub
2 wobec treści z udziałem małoletniego, podlega karze pozbawienia wolności od 3
miesięcy do lat 5.
§ 4. Nie stanowi przestępstwa określonego w § 1–3 czyn
podjęty w ramach działalności artystycznej, edukacyjnej, informacyjnej,
prasowej lub naukowej albo w celu ochrony interesu publicznego.”.
Uchwalona obecnie ustawa – za którą zagłosowało 419 posłów
(przeciwko było 19 – z obu Konfederacji – 1 poseł, tj. Krzysztof Bosak
wstrzymał się od głosu, a 21 posłów nie wzięło udziału w głosowaniu) nie jest
pierwszą próbą prawnego uderzenia w „patostreaming”. W 2023 r. – a więc w
Sejmie poprzedniej kadencji – grupa posłów „Suwerennej Polski” Zbigniewa Ziobry
wniosła do laski marszałkowskiej projekt ustawy, który podobnie jak ustawa
uchwalona obecnie przez Sejm przewidywał wprowadzenie do kodeksu karnego art.
255b sformułowanego tamtym przypadku w sposób następujący:
Art. 255b.
§1. Kto za pośrednictwem sieci teleinformatycznej, poprzez
transmisję obrazu lub dźwięku albo udostępnienie zapisu obrazu lub dźwięku,
rozpowszechnia treści przedstawiające popełnienie czynu zabronionego:
1) zagrożonego karą pozbawienia
wolności, której górna granica wynosi co najmniej 5 lat, jako umyślne
przestępstwo przeciwko życiu lub zdrowiu, wolności, wolności seksualnej,
obyczajności, rodzinie lub opiece lub popełnione z użyciem przemocy;
2) polegającego na znęcaniu się nad
zwierzęciem lub zabiciu zwierzęcia, określonym w art. 35 ustawy z dnia 21
sierpnia 1997 r. o ochronie zwierząt (Dz. U. z 2022 r. poz. 572 i 2375)
3) stanowiącego naruszenie
nietykalności cielesnej, w sposób prowadzący do poniżenia lub upokorzenia innej
osoby, podlega karze pozbawienia wolności od 6 miesięcy do lat 8.
§2. Tej samej karze podlega, kto w sposób określony w § 1
rozpowszechnia treści przedstawiające, jako czyn rzeczywiście popełniony,
pozorowane popełnienie czynu zabronionego wskazanego w § 1 pkt 1-3.
§3. Jeżeli sprawca czynu określonego w § 1 lub 2 działa w
celu osiągnięcia korzyści majątkowej lub osobistej albo taką korzyść osiąga,
podlega karze pozbawienia wolności od roku do lat 10.
§ .4 Nie podlega karze za przestępstwo określone w § 1, kto,
nie będąc sprawcą, podżegaczem lub pomocnikiem do czynu zabronionego wskazanego
w § 1 pkt 1-3, działa w celu obrony interesu publicznego lub zasługującego na
uwzględnienie interesu prywatnego.
Nad projektem ziobrystów trochę się
poznęcałem (nad ludźmi czy też zwierzętami bardzo nie lubię się znęcać i nie
robię takich rzeczy, natomiast nad przepisami prawnymi, które są moim zdaniem
głupie, szkodliwe, czy niepotrzebne – jak najbardziej) w swym tekście „Kodeksem w patostreamerów?”,
teraz pora na „poznęcanie” się nad tym, co już niedługo najprawdopodobniej
będzie obowiązującym prawem. Jak łatwo można zauważyć, projekt partii Z. Ziobry
sprzed 3 lat i ustawa uchwalona ostatnio przez Sejm są do siebie w dużej mierze
podobne, ale jednak nie identyczne. Ich porównanie zacznijmy od wskazania występujących
w nich podobieństw. Jeśli chodzi akurat o te, to w obu przypadkach mowa jest o
zakazie rozpowszechniania via internet – bo to oznacza określenie „za pośrednictwem sieci teleinformatycznej” – treści
przedstawiających popełnianie pewnych czynów zakazanych przez prawo karne.
W obu przypadkach występuje zakaz rozpowszechniania treści przedstawiających
przemoc wobec zwierząt, aczkolwiek w uchwalonej ustawie zakaz ten jest
potencjalnie szerszy i może obejmować treści przedstawiające bezprawną przemoc
wobec zwierząt, która jednak nie jest przez prawo traktowana jako przestępstwo,
a tylko jako wykroczenie. Zarówno w jednym, jak i w drugim przypadku
przewidziana jest możliwość karania za rozpowszechnianie w internecie treści
przedstawiających przestępstwa, które tak naprawdę nie zostały popełnione, ale
w których faktyczne dokonanie ktoś oglądający np. jakiś film miałby zgodnie z
intencją autora nagrania, czy też mógłby uwierzyć. Ponadto, w obu przypadkach
przewidziane zostały kontratypy określające to, jakie działania mieszczące się
w zakresie opisu czynu określonego w art. 255b §§ 1, 2 lub 3 k.k. nie stanowią
przestępstwa z takiego np. powodu, jak działanie w celu ochrony interesu
publicznego.
Pomimo istnienia podobieństw między
projektem partii Ziobry z 2023 r., a uchwaloną obecnie przez Sejm ustawą są też
między nimi różnice, i to znaczące. Jakie? Otóż, według pomysłu ziobrystów
przestępstwem miało być po prostu rozpowszechnianie w internecie treści
wskazanych w art. 255b § 1 i § 2 k.k., a robienie czegoś takiego w celu
osiągnięcia korzyści majątkowej lub osobistej miało być kwalifikowanym typem
określonego w tym artykule przestępstwa. Według ustawy uchwalonej przez Sejm,
niezbędnym warunkiem zaistnienia przestępstwa z art. 255b k.k. ma być działanie
w celu osiągnięcia takowej korzyści. Pod tym akurat względem uchwalona przez
Sejm ustawa jest cokolwiek mniej restrykcyjna w porównaniu z projektem „Suwerennej
Polski” sprzed 3 lat. Również fakt, że projekt z 2023 r. mówił o po prostu
rozpowszechnianiu za pomocą sieci teleinformacyjnej pewnych rodzajów treści,
podczas gdy ustawa o zmianie k.k. mówi o rozpowszechnianiu via internet
takich treści w sposób publiczny wskazuje na to, że w pewnym przynajmniej
aspekcie zakres przestępstwa określonego w art. 255b k.k. w przypadku wejścia
tego przepisu w życie w uchwalonym przez Sejm brzmieniu będzie cokolwiek węższy
od tego, który proponowali ziobryści: o ile według uchwalonej przez Sejm ustawy
za przestępstwo będzie mogło zostać uznane umieszczanie pewnych treści na
ogólnie dostępnych stronach internetowych – takich np. jak YouTube – to nie
będzie jednak można uznać za przestępstwo np. wysyłania linków do jakichś filmików
konkretnym osobom, gdyż coś takiego, jeśli nawet jest rozpowszechnianiem
pewnych treści, to nie jest jednak rozpowszechnianiem publicznym – pod projekt
partii Ziobry mogłyby podpadać również takie działania.
Nie pod każdym jednak względem ustawa uchwalona
przez Sejm ma węższy zakres od projektu „Suwerennej Polski” z 2023 r. I tak np.
w sposób nieporównanie szerszy określony został w niej zakres czynów, których w
internecie – z wyjątkiem przypadków określonych w art. 255b §4 k.k. (kontratyp)
- nie będzie wolno pokazywać. O ile bowiem w projekcie partii Ziobry była mowa
o treściach przedstawiających popełnienie czynu
zabronionego zagrożonego karą pozbawienia wolności, której górna granica wynosi
co najmniej 5 lat, jako umyślne przestępstwo przeciwko życiu lub zdrowiu,
wolności, wolności seksualnej, obyczajności, rodzinie lub opiece lub popełnione
z użyciem przemocy, to ustawie uchwalonej przez Sejm jest mowa o treściach
przedstawiających popełnienie przestępstwa zagrożonego karą pozbawienia
wolności, o ile przedmiotem zamachu w przypadku przedstawionego przestępstwa
jest dobro osobiste. Wynika zatem z tego, że po wejściu w życie omawianej tu
ustawy za przestępstwo, w przypadku działania w celu osiągnięcia korzyści
majątkowej lub osobistej (a propos tego ostatniego – za coś takiego w
wyobrażalny sposób mogłoby zostać uznane wrzucenie jakiegoś filmiku np. na
YouTube w celu dostania lajków, które zazwyczaj sprawiają człowiekowi jakąś
przyjemność, a więc korzyść osobistą) i – przynajmniej w przypadku nie
istnienia kontratypu określonego w art. 255b §4 - mogłoby zostać uznane
publiczne rozpowszechnianie w internecie treści przedstawiających faktyczne
popełnienie niemal wszelkich przestępstw niemal wszystkich przestępstw na
szkodę konkretnych osób – wyjątkiem byłyby tu zniesławienie oraz znieważanie
nie dokonane za pomocą środka masowego przekazu, za które to przestępstwa grozi
jedynie kara grzywny albo ograniczenia wolności. O ile więc według projektu
„Suwerennej Polski” przestępstwem miało być rozpowszechnianie w internecie
treści przedstawiających popełnienie czynów o charakterze najczęściej brutalnym,
o tyle według ustawy uchwalonej obecnie przez Sejm za przestępstwo będzie mogło
zostać uznane rozpowszechnianie treści przedstawiających takie czyny, jak np. kradzieże,
oszustwa, czy włamania do komputerów – o ile chodziłoby o włamanie do komputera
jakiejś konkretnej osoby.
Wyraźnie szerzej, niż w projekcie
ziobrystów określone zostało w obecnie uchwalonej ustawie przestępstwo
polegające na rozpowszechnieniu w internecie treści przedstawiających poniżanie
innej osoby. O ile bowiem projekt z 2023 r. mówił o treściach przedstawiających
popełnienie czynu zabronionego, stanowiącego naruszenie nietykalności cielesnej, w sposób
prowadzący do poniżenia lub upokorzenia innej osoby, o tyle w ustawie
uchwalonej przez Sejm mowa jest o treściach przedstawiających poniżające traktowanie
innej osoby, nawet za jej zgodą. Tak więc o ile pod art. 255b § 1 pkt. 3 k.k. w
wersji zaproponowanej przez „Suwerenną Polskę” podpadałyby treści
przedstawiające popełnienie przestępstwa naruszenia nietykalności cielesnej
(albo np. spowodowania lekkiego uszkodzenia ciała) i to nie w każdym przypadku
takiego przestępstwa – aby rozpowszechnianie treści przedstawiających taki
akurat czyn mogło zostać uznane za przestępstwo osoba będąca ofiarą takiego
czynu musiałaby zostać poniżona lub upokorzona, o tyle pod przepis o tej samej
numeracji w tej jego wersji, która najprawdopodobniej stanie się obowiązującym
prawem będą podpadały treści nie przedstawiające w ogóle żadnego rzeczywistego
przestępstwa. Chciałbym tu przy okazji zauważyć, że w fabularnych filmach czymś
zupełnie normalnym są sceny przedstawiające poniżające traktowanie jednej osoby
przez drugą, za oczywiście zgodą tej pierwszej jako odgrywającego swoją rolę
aktora.
Istotne różnice dotyczą też art. 255b § 2.
W projekcie ziobrystów przepis ten mówił, że „Tej
samej karze podlega, kto w sposób określony w § 1 rozpowszechnia treści
przedstawiające, jako czyn rzeczywiście popełniony, pozorowane popełnienie
czynu zabronionego wskazanego w § 1 pkt 1-3”. W ustawie, która faktycznie
została uchwalona przepis ten mówi, że „Tej samej karze podlega, kto za
pośrednictwem sieci teleinformatycznej publicznie rozpowszechnia treści mogące
wywołać przekonanie, że przedstawiają zachowania określone w § 1”.
Widać jaka jest różnica między tymi
zapisami? Myślę, że w miarę rozgarnięty człowiek powinien ją zauważyć, ale dla
porządku napiszę o niej. Różnica jest taka, że według projektu „Suwerennej
Polski” aby ktoś mógł zostać skazany za rozpowszechnienie w internecie treści
przedstawiającej udawane, symulowane popełnienie przestępstwa, to sąd musiałby
uznać, że autor tej treści (czyli np. jakiegoś filmu) chciał oszukać swoich
widzów w kwestii rzeczywistego charakteru przedstawionego na filmie czynu i w
sposób kłamliwy przekonać ich, że fikcyjne w rzeczywistości przestępstwo
zostało popełnione naprawdę. Jednak sformułowanie, jakie zostało zawarte w
uchwalonym art. 255b § 2 wskazuje na to, że kryterium oceny tego, czy
rozpowszechnianie w internecie filmu przedstawiającego udawane popełnienie
przestępstwa będzie nie zamiar jego autora, polegający na chęci przekonania
widzów, że przestępstwo to zostało popełnione naprawdę, ale możliwy odbiór tego
rodzaju treści. Jeśli więc treść, w jej kontekście, będzie miała taki
charakter, że nikt nie będzie w stanie uwierzyć w to, że przedstawia ona
faktyczne przestępstwo, o naruszeniu art. 255b § 2 k.k. nie będzie mogło być
mowy. Jeśli jednak jakaś scena – znów, w jej kontekście – będzie miała taki
charakter, że niektórzy widzowie zdaniem prokuratora, a następnie sędziego –
mogliby uznać, że przedstawia ona rzeczywiste popełnienie przestępstwa, to
ktoś, kto umieściłby film zawierający wspomnianego rodzaju scenę w internecie może
mieć poważne kłopoty – z perspektywą trafienia na trzy lata za kraty włącznie. (1)
Myślę więc, że zapis w art. 255b § 2 k.k. w jego faktycznie uchwalonej wersji
jest potencjalnie dużo bardziej niebezpieczny dla twórczości artystycznej (w
końcu sceny przemocy w filmach są czymś raczej powszechnym i uchodzącym
zazwyczaj za rzecz normalną), niż zapis, który istniał w projekcie partii
Ziobry.
Dużo bardziej hojny dla osób, których
czyny mogłyby skądinąd zostać uznane za naruszające zakazy przewidziane w §§ 1,
2 i 3 art. 255b k.k. jest natomiast w przypadku ustawy uchwalonej przez Sejm §
4 tego artykułu. O ile bowiem w projekcie ziobrystów przepis ten mówił, że „Nie podlega karze za przestępstwo określone w § 1, kto, nie
będąc sprawcą, podżegaczem lub pomocnikiem do czynu zabronionego wskazanego w §
1 pkt 1-3, działa w celu obrony interesu publicznego lub zasługującego na
uwzględnienie interesu prywatnego”, o tyle przepis, który najprawdopodobniej
zacznie za jakiś niezbyt już długi czas obowiązywać stanowi, że „Nie
stanowi przestępstwa określonego w § 1–3 czyn podjęty w ramach działalności
artystycznej, edukacyjnej, informacyjnej, prasowej lub naukowej albo w celu
ochrony interesu publicznego”. To jest potencjalnie naprawdę szerokie ujęcie
kontratypu wobec przestępstw przewidzianych w § 1–3 art. 255b k.k. Zauważmy, że
w przepisie tym nie ma mowy o tym, że aby rozpowszechnienie w internecie treści
wskazanych w art. 255b § 1–3 nie mogło zostać uznane za przestępstwo, to treści
te muszą mieć jakąś poważną, czy istotną wartość artystyczną, edukacyjną,
informacyjną, prasową, czy też naukową – wystarczające będzie (przynajmniej
teoretycznie) po prostu dokonanie czynu polegającego na rozpowszechnieniu w
internecie jakiejś podpadającej pod § 1–3 art. 255b k.k. treści w ramach
któregoś ze wspomnianych w art. 255b §4 k.k. rodzajów działalności. Fakt
uprawiania choćby nawet kiepskiej sztuki czy kiepskiego dziennikarstwa może więc
– teoretycznie przynajmniej – o praktyce nic przecież jeszcze nie wiadomo – być
obroną przed oskarżeniem czy skazaniem za przestępstwo określone w art. 255b §
1-3 k.k.
Porównując przepisy proponowane przez
partię Ziobry w 2023 r. i przepisy uchwalone teraz trzeba też zauważyć, że te
pierwsze przewidywały znacznie wyższe kary za ich naruszenie – w podstawowym
typie określonego w art. 255b k.k. przestępstwa od 6 miesięcy do 8 lat
więzienia, a w przypadku typu kwalifikowanego, którym według projektu
„Suwerennej Polski” miało być działanie w celu osiągnięcia korzyści majątkowej
lub osobistej od roku do 10 lat. Przepis uchwalony przez Sejm za naruszenie
zawartych w nim zakazów przewiduje (co najwyżej) „skromne” 3 lata pozbawienia
wolności i od 3 miesięcy do 5 lat w przypadku kwalifikowanego typu określonego
w nim przestępstwa, jakim ma być rozpowszechnianie via internet zakazanych w
myśl art. 255b k.k. treści z udziałem małoletniego.
Zostawmy jednak w spokoju porównywanie
uchwalonego przez Sejm art. 255b k.k. z wersją tego przepisu zaproponowaną 3
lata temu przez „Suwerenną Polskę” i przejdźmy do takich kwestii, jak to, jakie
będą skutki wejścia w życie tego przepisu, oraz tego, po co właściwie został on
w ogóle uchwalony.
Jeśli chodzi o pierwszą z nich, to tu –
jak myślę – można się odwołać do (co najmniej rzekomego) stwierdzenia duńskiego
fizyka Nielsa Bohra, że „przewidywanie jest bardzo trudne, zwłaszcza
jeśli chodzi o przyszłość”. Treści potencjalnie podpadających pod art. 255b §
1-3 tego przepisu jest mnóstwo; są to – przypomnę nagrania wszelkich
przewidzianych w polskim prawie przestępstw zagrożonych karą pozbawienia
wolności, w których przedmiotem naruszania jest czyjeś dobro osobiste, obrazy tego
rodzaju fikcyjnych przestępstw, które u widza (tu się pojawia pytanie – czy miałyby
chodzić o jakiegoś „przeciętnego widza”, albo np. o „rozsądnego widza” – czy
może choćby o kogoś wyjątkowo naiwnego i łatwowiernego?) mogą wywołać
przekonanie, że przedstawiają prawdziwe przestępstwa (potencjalnie w zakresie
tego pojęcia mieszczą się zatem sceny po prostu dobrze odegranych i udawanych
czynów karalnych), a także obrazy poniżającego traktowania innej osoby, nawet
za jej zgodą – które, jak już wspomniałem, zdarzają się przecież fabularnych
filmach, których jako takich nikt raczej nie proponuje zakazać. Z drugiej
jednak strony określony w art. 255b § 4 kontratyp przestępstw, o których jest
mowa w pierwszych trzech paragrafach tego artykułu jest niewątpliwie szeroki –
teoretycznie przynajmniej rzecz biorąc, wystarczyłoby, aby czyn, o którym można
powiedzieć, że podpada pod paragrafy 1-3 art. 255b k.k. został dokonany w
ramach działalności artystycznej, edukacyjnej, informacyjnej, prasowej lub
naukowej albo w celu ochrony interesu publicznego, by nie stanowił on
przestępstwa.
To może cokolwiek uspokajać tych, którzy
mogliby się jakoś bardzo obawiać skutków wprowadzenia do kodeksu karnego art.
255b w zakresie jego wpływu na wolność rozpowszechniania w Internecie np.
filmów fabularnych, w których pojawiają się przecież odgrywane przez aktorów
sceny przemocy (co zapewne byłoby chronione jako „działalność artystyczna”)
albo relacjonowania zdarzeń typu uliczne bójki, czy zamieszki - odnośnie czego
z powodzeniem można byłoby argumentować, że stanowi to działalność
informacyjną, albo działalność w celu ochrony interesu publicznego – gdyby
chodziło np. o to, by sprawcy przestępstw zostali zidentyfikowani przez widzów,
a następnie ujęci i ukarani. Z drugiej jednak strony, jest czymś zupełnie
możliwym, że prokuratorzy oskarżający o przestępstwo z art. 255b i sędziowie
sądzący w takich sprawach rozpatrując problem tego, czy czyn odpowiadający swym
charakterem temu, co zostało zapisane w trzech pierwszych paragrafach tego
artykułu został dokonany w ramach któregoś z określonych w § 4 rodzajów
działalności będą koncentrować się na takich sprawach, jak artystyczna wartość
filmu (której ocena jest przecież zawsze czymś subiektywnym), czy też na tym,
kim jest podejrzany bądź oskarżony – czy jest on np. jakimś uznanym (choćby
trochę) reżyserem, dziennikarzem, albo społecznikiem, czy też nie. Reasumując,
na podstawie art. 255b k.k. z największym, jak mi się wydaje,
prawdopodobieństwem ścigane będzie rozpowszechnianie w Internecie tego, co
popularnie określa się mianem patostreamów – a więc nagranych filmów czy też
bezpośrednich transmisji pokazujących, jak ktoś się nad kimś znęca – bije,
kopie, opluwa – w przypadku których kimś dokonującym transmisji, bądź autorem
nagrania czy umieszczającym je w Internecie jest bezpośredni sprawca
pokazywanego przestępstwa, lub ktoś działający za jego wiedzą i zgodą (np.
kolega sprawcy przebywający z nim w jednym pokoju i transmitujący bądź
nagrywający jego wyczyny kamerą video). Sformułowania zawarte w art. 255b k.k.
są jednak na tyle szerokie, że w ich zakresie może się mieścić
rozpowszechnianie w Internecie treści, które raczej nie są uważane za
„patostreamy”. Bo nie jest przecież uznawane za patrostreamy rozpowszechnianie
w Internecie przypadkowo dokonanych nagrań bójek, pobić, napadów, kradzieży,
czy podpaleń – stanowiących zagrożone karą pozbawienia wolności przestępstwa, w
przypadku których przedmiotem zamachu jest dobro osobiste.
Z kolei pewne treści przedstawiające
symulowane, nie popełnione naprawdę przestępstwa, albo udawane w rzeczywistości
poniżanie jednej osoby przez drugą (wyobraźmy tu sobie, że dwóch dobrych
kolegów, z których żaden normalnie drugiego w żaden sposób nie poniża wpada na
pomysł nagrania filmiku, który pokazuje, jak jeden z nich drugiego np. popycha,
czy też obrzuca obelgami) mogą być czymś, co zwyczajowo zalicza się do
kategorii „patostreamów”. Problem z takimi treściami jest jednak taki, że
pokazują one zachowania, które nikomu nie wyrządzają realnej krzywdy.
Jakiś wyjątkowo twardy zwolennik tępienia
patostreamów mógłby - z drugiej strony - zauważyć, że art. 255b k.k. nie będzie
obejmował rozpowszechniania w internecie pewnych treści uznawanych zwykle za
patostreamy. Nie będzie bowiem można na jego podstawie karać za
rozpowszechnianie w tym medium np. treści przedstawiających zachowania, które
są niebezpieczne czy też szkodliwe (przynajmniej bezpośrednio – możliwy wpływ
takich zachowań na oglądające je via internet osoby to oddzielny problem)
tylko dla ich sprawców – a więc np. takich, jak ktoś się upija do
nieprzytomności, jedzie na dachu samochodu albo pociągu, wchodzi w miejsce,
skąd przy odrobinie nieuwagi czy też po prostu pecha można łatwo spaść i się
zabić, albo np. okalecza się, czy nawet popełnia samobójstwo (w polskim prawie
przestępstwem jest, owszem, nakłanianie innej osoby do popełnienia samobójstwa
czy też udzielenie jej w tym pomocy, ale usiłowanie popełnienia samobójstwa i z
oczywistych względów również samo samobójstwo nie jest karalne). To, że
rozpowszechnianie w internecie treści pokazujących takie akurat zachowania nie
będzie mogło być karane na podstawie art. 255b k.k. – to – można twierdzić
(przynajmniej z wolnościowego punktu widzenia) jest rzeczą dobrą – wskazującą w
każdym razie na to, że ci, którzy zadecydowali o wprowadzeniu do kodeksu
karnego tego przepisu nie chcieli tego, by karalne stało się rozpowszechnianie
w internecie wszelkich treści przedstawiających zachowania niebezpieczne dla
osób będących sprawcami takich zachowań, czy też (tym bardziej) wszelkich
treści przedstawiających zachowania np. po prostu głupie. Niemniej jednak,
jeśli art. 255b k.k. ma być swego rodzaju „batem na patostreamerów” to nie
trudno jest zauważyć, że użycie tego „bata” będzie musiało być niekonsekwentne
– będzie można przy jego pomocy uderzyć w kogoś, kto rozpowszechniał w
internecie treść nie zaliczaną według społecznych kryteriów do kategorii
„patostreamów” czy też wątpliwą z tego punktu widzenia, i jednocześnie nie
będzie się dało uderzyć w nim w ludzi, którzy rozpowszechniają w internecie
pewne treści powszechnie uważane za patrostreamy. (2)
Pozostaje wreszcie najważniejsze chyba
pytanie: po co ten art. 255b k.k. został w ogóle uchwalony? Jakiemu złu, jakim
szkodom twórcy tego przepisu postanowili przy jego pomocy zapobiegać i
przeciwdziałać?
Jeśli chodzi o tą kwestię, to można
powiedzieć, że szkody mogące wynikać z rozpowszechnienia w internecie treści
popadających pod art. 255b k.k. są dwojakie. Pierwszym rodzajem tych szkód są
szkody dla bezpośrednich ofiar przestępstw ukazywanych w takich treściach.
Drugim – szkody, do których może się pośrednio przyczynić wpływ takich treści
na przynajmniej niektóre z oglądających je osób.
Czy jednak to, że zachowania, które już
zapewne niedługo będzie można karać na podstawie art. 255b k.k. mogą prowadzić
do wspomnianych powyżej typów krzywd i szkód uzasadnia w przekonujący sposób
wprowadzenie do kodeksu karnego tego przepisu? Próbując odpowiedzieć na to
pytanie przyjrzyjmy dwóm rodzajom wspomnianych powyżej szkód oddzielnie. Jeśli
chodzi o pierwszy z nich, to jest rzeczą praktycznie oczywistą, że dla kogoś,
kto jest np. bity, kopany, opluwany czy w inny sposób poniżany (bez swojej
niewymuszonej niczym zgody) świadomość tego, że osoby inne, niż on sam i jego
oprawca mogą oglądać via internet to, jak ktoś się nad nim znęca może być
źródłem traumy wykraczającej poza tą, która jest wynikiem samego tylko
zachowania pokazanego w rozpowszechnionym w internecie filmie. Można zatem
powiedzieć, że tego rodzaju szkody powodowane przez rozpowszechnianie w
internecie niektórych przynajmniej treści podpadających pod art. 255b k.k. są w
gruncie rzeczy niewątpliwe.
Czy jednak fakt, że niektóre zachowania stypizowane
w art. 255b k.k. mogą prowadzić do wspomnianych powyżej szkód może uzasadniać
ten przepis? Z udzieleniem pozytywnej odpowiedzi na to pytanie są oczywiste
problemy. Jednym z nich jest to, że opisane w art. 255b § 1 k.k. zachowania,
których prezentowanie via internet może prowadzić do np. dodatkowej traumy u
ich ofiar są i tak przestępstwami. Jeśli więc ktoś np. bije kogoś przed kamerą
video i rozpowszechnia obraz takiego czynu przez internet to w oczywisty sposób
może on zostać skazany za takie przestępstwo, jak naruszenie nietykalności
cielesnej drugiej osoby, czy spowodowanie uszczerbku na jej zdrowiu. To prawda,
że popełniających przestępstwa tego rodzaju, co np. pobicia patostreamerów
niełatwo jest wykryć. Lecz mimo wszystko kogoś, kto popełnione przez siebie
przestępstwo pokazuje w internecie łatwiej jest wykryć, a następnie złapać i
ukarać, niż kogoś, kto popełnia analogiczne przestępstwo w czterech ścianach
swojego domu, tak, że nie jest ono widoczne dla nikogo, poza nim samym i jego
ofiarą. Oczywiste jest też, że fakt, iż ktoś popełnione przez siebie
przestępstwo transmitował w internecie – czy też umieścił w nim film pokazujący
popełnienie przez siebie tego przestępstwa – może być traktowany jako
okoliczność obciążająca przy ustalaniu przez sąd wymiaru kary za takie
przestępstwo. Ponadto, jeśli kogoś do popełnienia przestępstwa pobudza
świadomość tego, że inni będą mogli zobaczyć jego wyczyn w internecie, to inna
osoba, która wiedząc o tym fakcie nagrywa film przedstawiający popełnienie
przez niego czynu zabronionego prawem karnym, albo która obiecuje mu
rozpowszechnienie w internecie takiego filmu może ponieść odpowiedzialność za
psychiczne pomocnictwo (i ewentualnie także za podżeganie) do popełnienia
przestępstwa.
Co z ewentualnymi szkodami, do których
może się przyczynić wpływ treści określonych w art. 255b k.k. na niektóre z
oglądających takie treści osób? Jeśli chodzi o to, to jasne jest, że szkody
takie – w odróżnieniu od tych, o których była mowa powyżej – nie są
bezpośrednie. Jest oczywiste, że bardzo zdecydowana (czy raczej znakomita) większość
ludzi oglądających patostreamy nie wyrządzi komuś, w następstwie ich wpływu na
nich, jakiejś krzywdy. Niemniej jednak, obawa o możliwość złego wpływu treści
wskazanych w art. 255b k.k. na niektóre osoby mające kontakt z takimu treściami
nie jest po prostu absurdalna. Ostatecznie rzecz biorąc, coś np. takiego, jak
tzw. copycat crimes, czyli przestępstwa będące naśladownictwem prawdziwego, czy
też fikcyjnego przestępstwa przedstawionego np. na filmie są czymś doskonale
znanym nauce kryminologii. Jak można przeczytać w artykule „Copycat
crimes: exploring the intersection of violent media, technology, and digital
culture on criminal behavior” „na całym świecie morderstwa naśladowcze
zostały zainspirowane kultowymi filmami, takimi jak Urodzeni mordercy,
Taksówkarz i Matrix; grami wideo, takimi jak Grand Theft Auto, które zyskały
kultowe grono fanów; serialami telewizyjnymi, takimi jak Dexter; oraz
literaturą, taką jak Tajny agent, Buszujący w zbożu i Mechaniczna pomarańcza”.
Lecz jeśli jednak celem wprowadzenia do
kodeksu karnego art.255b k.k. miałoby być zapobieganie wspomnianym tu „copycat
crimes”, to trzeba zauważyć, że przepis ten jest środkiem mało adekwatnym do
osiągnięcia takiego akurat celu. Dlaczego (jeśli już idziemy tą drogą
rozumowania – na ile takie przestępstwa są w ogóle istotnym problemem
społecznym)? Otóż, np. dlatego, że wspomniane tu powyżej treści, które
przyczyniały się do popełniania „copycat crimes” nie podpadałyby pod art. 255b
k.k. – nie przedstawiają one bowiem ani naprawdę popełnionych przestępstw, ani
też przestępstw udawanych, odnośnie których ktokolwiek przy zdrowych zmysłach
mógłby uznać, że zostały one faktycznie dokonane. Treści takie niekoniecznie
też zawierają przedstawienia poniżającego traktowania jednej osoby przez drugą,
nawet za zgodą tej pierwszej jako odgrywającego swą rolę aktora. A jeśli nawet
zawierają takie sceny – w tym kontekście wspomnieć można np. o amerykańskim
serialu „Korzenie” (o historii niewolnictwa w USA), którego oglądanie
wywoływało u niektórych amerykańskich Murzynów emocje popychające ich do bicia
Białych na ulicach miast i który zmotywował pewnego Murzyna z Jamajki do
zgwałcenia w Londynie białej kobiety, gdyż wywołał w nim chęć spowodowania tego,
by poczuła się ona tak, jak czuły się kiedyś czarne kobiety traktowane w
podobny sposób przez białych mężczyzn – to sceny takie, przynajmniej w filmach
będących klasyką gatunku, z praktyczną pewnością zostałyby uznane mieszczące
się w ramach działalności artystycznej. Przepraszam bardzo, ale żaden
prokurator czy sędzia nie będący szaleńcem nie uznałby umieszczenia w
Internecie „Korzeni” za przestępstwo z art. 255b k.k. – podobnie, jak nie
uznałby za czyn określony w tym artykule rozpowszechniania jakiegoś np. dramatu
obyczajowego, w którym pojawiają się sceny poniżającego traktowania jakiejś
osoby (rozpowszechnianie w internecie takich treści mogłoby ewentualnie zostać
uznane za naruszenie cudzych praw autorskich, ale to jest zupełnie inny
problem).
I oczywiście do popełniania wyjątkowo
brutalnych nieraz przestępstw przyczyniają się czasem treści, które nie
przedstawiają czynów zakazanych prawem karnym, ani poniżającego traktowania
jednej osoby przez drugą. Scena tańca żydowskich kobiet wokół Złotego Cielca w
nakręconym w 1956 r. amerykańskim filmie „Dziesięcioro Przykazań” nie
przedstawia przemocy – z pewnością nie stanowi ona też np. nawoływania do popełnienia
przestępstwa, nawoływania do nienawiści, zniesławienia czy znieważania
kogokolwiek, względnie np. pornografii. A jednak pod wpływem obejrzenia tej
właśnie z pozoru zupełnie niewinnej sceny niejaki Heinrich Pommerenke doznał
nagłego „olśnienia” i pojął, że kobiety są źródłem wszelkiego zła na tym
świecie, a jego powierzoną mu przez Boga misją jest ich karanie i dokonywanie
na nich egzekucji. Nakręcony niejako przez wspomnianą scenę Pommerenke niedługo
po wyjściu z kina zamordował kobietą w miejskim parku w Karlsruhe, a później
zabił jeszcze trzy inne kobiety, dwanaście próbował zamordować i dwadzieścia
zgwałcił. Publikacje o dzikiej przyrodzie, o życiu ludzi pierwotnych, czy też
książki francuskiego filozofa Jacquesa Ellul’a wyrażające pogląd, że współczesna technika niszczy ludzi, robiąc z nich swoich
niewolników nie zawierają żadnych znanych polskiemu prawu przestępstw, z
przestępstwem określonym w art. 255b k.k. włącznie. A jednak niejaki Theodore
Kaczynski pod wpływem naczytania się takich właśnie treści nabrał nienawiści do cywilizacji opartej na technice, w
następstwie czego postanowił mordować jej „agentów” za pomocą wysyłanych do
nich z jego ukrytej w lasach Montany chatki bomb. Treści zawarte w
Apokalipsie Św. Jana Apostoła i w przepowiedniach Nostradamusa też nie
zawierają w sobie żadnych przestępstw. A jednak, jak w swojej książce „Od kultu
do zbrodni”, odwołując się do ataku przy użyciu sarinu, którego w marcu 1995 r.
japońska apokaliptyczna sekta Aum Śinrikjo dokonała na tokijskie metro pisał
Jacek Sieradzan „dopiero zetknięcie z chrześcijańskim millenaryzmem
(proroctwami Nowego Testamentu, Apokalipsą Jana i proroctwami Nostradamusa)
skierowało (guru tej sekty) Ashaharę na drogę przemocy” i sprawiło, że „Aum
Śinrikjo” z grupy praktykujących jogę i medytację przekształciła się w jedną z
najbardziej gwałtownych i morderczych organizacji religijnych współczesności”.
Ponadto warto zauważyć, że pewne
przestępstwa na zdrowy rozum nie miałyby się szansy zdarzać, a w każdym razie byłyby
one bez porównania mniej prawdopodobne, bez wpływu, jaki pewne niezakazane
bynajmniej treści wywarły na ich sprawców. I tak np. nie
byłoby podpalania klinik aborcyjnych i zabójstw wykonujących zabiegi przerwania
ciąży lekarzy, gdyby nikt nie głosił idei świętości życia ludzkiego od chwili
poczęcia i nie przedstawiał aborcji jako wołającej o pomstę do nieba zbrodni.
Podobnie, przypadki fizycznych ataków na rzeczników zakazu aborcji nie miałyby
miejsca, gdyby nikt nie głosił twierdzeń, że zakaz aborcji jest oburzającym moralnie
zamachem na podstawowe prawo kobiety do decydowania o swoim ciele i
macierzyństwie. Nie byłoby podpalania rzeźni, firm futrzarskich, pojazdów
do przewozu zwierząt rzeźnych i laboratoriów, gdzie eksperymentuje się na
zwierzętach, gdyby nikt nie mówił i nie pisał o cierpieniach zwierząt
zabijanych na żywność i futra lub wykorzystywanych w laboratoryjnych
doświadczeniach; czyny te byłyby też mniej prawdopodobne bez przekonania ich
sprawców do poglądu, że eksploatacja zwierząt jest moralną zbrodnią. Nie
byłoby podpalania laboratoriów prowadzących eksperymenty genetyczne i badania w
dziedzinie bio i nanotechnologii, gdyby nikt nie głosił twierdzeń o
potencjalnej zgubności manipulacji genetycznych i bio lub nanotechnologii.
Członkowie działającej w Meksyku grupy „Individualidades Tendiendo a lo
Salvaje” nie mordowaliby naukowców zajmujących się bio i nanotechnologią bez
przekonania ich do opinii o niebezpieczeństwie bio i nanotechnologii.
Podpalania obwinianych o nadmierną emisję CO2 i przyczyniających się jakoby w
sposób szczególny do efektu cieplarnianego samochodów typu SUV nie byłoby bez
szerzenia katastroficznych wizji skutków globalnego ocieplenia. Francisco
Lotero i Miriam Coletti z Argentyny nie zamordowaliby swojego dziecka, nie
usiłowaliby zabić drugiego i nie popełniliby samobójstwa ze strachu przed
skutkami globalnego ocieplenia, gdyby o skutkach tych nikt nie pisał i nie
mówił. Ekoterroryzm – stosowanie przemocy w obronie zagrożonego przez ludzką
działalność środowiska nie istniałby w świecie, w którym w kwestii zagrożeń
środowiska ze strony ludzkiej działalności panowałaby cisza. Zdarzających się
pod koniec lat 90 XX w. i w pierwszej dekadzie XXI w. rozruchów podczas obrad
WTO, MFW, Banku Światowego i tzw. grupy G8 nie byłoby, gdyby nie obwiniano tych
ciał o wyzysk, nędzę i niszczenie środowiska w krajach (głównie) III Świata.
Antyrządowe rozruchy nie zdarzałyby się w społeczeństwie, w którym o rządzie
mówiono i myślano by wyłącznie dobrze. Kryminalne wyczyny skrajnych grup
antyfaszystowskich w rodzaju Antify, takie, jak brutalne pobicia osób
składających kwiaty na grobie przywódcy przedwojennej „Zadrugi” Jana Stachniuka
11 listopada 2005 r. na warszawskich Powązkach, osób jadących na tzw. marsz
niepodległości w 2010 r. Warszawie, czy też uczestników obchodów Dnia Żołnierzy
Wyklętych w 2013 r. w Lublinie nie miałyby miejsca bez przekonania ich sprawców
do opinii o narastającym czy odradzającym się faszystowskim zagrożeniu, o tym,
że dla osób o „faszystowskich” poglądach (rozumianych przez nich niezmiernie
szeroko) nie może być tolerancji, nawet jeśli nie stosują one przemocy i do
tego, że państwo jest wobec takich ludzi nadmiernie tolerancyjne lub zwyczajnie
bezradne – krótko mówiąc, do poglądów, jakie głoszą antyfaszystowskie i
antyrasistowskie organizacje typu „Otwartej Rzeczypospolitej” czy
stowarzyszenia „Nigdy Więcej”. Podpaleń masztów telekomunikacyjnych
wykorzystujących czy to faktycznie, czy tylko rzekomo tzw. technologię 5G nie
byłoby bez przekonania sprawców takich czynów do opinii o szkodliwości tej
technologii dla ludzkiego zdrowia lub nawet życia. Podpalania kościołów, do
którego doszło w Kanadzie w 2021 r. po odkryciach grobów indiańskich dzieci na
terenach prowadzonych niegdyś przez instytucje wyznaniowe tzw. szkół
rezydencjalnych nie byłoby, gdyby media nie rozpowszechniły informacji o tych
odkryciach i o tym, jak wspomniane dzieci były w tych szkołach traktowane.
Zamieszki, do jakich w 2020 roku doszło w USA po śmierci uduszonego przez
białego policjanta Afroamerykanina George’a Floyd’a nie miałyby szansy
wybuchnąć, gdyby ludzie nie usłyszeli lub nie przeczytali o popełnionej przez
Dereka Chauvine’a zbrodni. Z kolei islamski terroryzm nie istniałby bez islamu,
którego główną podstawą jest Koran, a dodatkową – dla Sunnitów – tzw. Hadisy,
czyli opowieści o czynach Mahometa.
Ponadto, jeśli mówimy o
treściach, których rozpowszechnianie w Internecie już niedługo będzie mogło być
karane na podstawie art. 255b k.k., to zachodzi pytanie o to, na ile treści te są
faktycznie niebezpieczne? Oczywiście, treści potencjalnie mogące podpaść pod
ten przepis mogą mieć zły wpływ na niektórych ludzi – podobnie jak wiele innych
(w tym akurat kontekście warto zwrócić na zdanie sędziego Sądu Najwyższego USA
O.W. Holmesa, że „każda idea jest podżeganiem”). (3) Czy gdyby jednak treści te
– pod np. groźbą kar za ich rozpowszechnianie – zostały wyeliminowane to mniej
by wówczas było pobić, napadów, gwałtów, morderstw czy też poniżającego
traktowania jednych ludzi przez drugich? Otóż, to jest, delikatnie mówiąc,
bardzo wątpliwe. Dlaczego? Otóż np. dlatego, że na coś takiego wskazują badania
dotyczące ogólnego wpływu mediów na przestępczość. Byli tacy, którzy szerzyli
tezę, że gdyby nie media i przedstawiana w nich przemoc, to przestępczość
byłaby znacznie niższa, niż faktycznie jest – np. amerykański psychiatra Brandon Centerwall w 1992 r. przedstawił
teorię, że gdyby nie telewizja – i pokazywane w niej zbrodnie – to w USA każdego roku zdarzałoby się o 10 000 mniej zabójstw, o
70 000 mniej gwałtów i o 700 000 mniej napaści z uszkodzeniem ciała, niż zdarzało
się w rzeczywistości (w której istniała pokazująca mnóstwo przemocy telewizja).
Jednak profesorowie uniwersytetu Kalifornijskiego w Berkeley, Franklyn A.
Zimmring i Gordona Hawkins w wydanej przez nich w roku 1997 książce „Crime Is
Not The Problem: Lethal Violence in America” przetestowali teorię Centerwalla
poprzez przeanalizowanie zmian dotyczących liczb zabójstw w innych
demokratycznych i uprzemysłowionych krajach - Francji, Niemczech,
Włoszech oraz Japonii - i korelacji między tymi zmianami a stopniem rozwoju
telewizji w danym kraju. Z przeprowadzonej przez nich analizy wynikało, że
przeciętna liczba zabójstw na 100 000 mieszkańców w tych krajach albo
pozostawała na względnie stabilnym (jak np. we Włoszech) poziomie, albo
zmniejszyła się wraz ze wzrostem ekspozycji ludności danego
kraju na telewizję (jak miało to miejsce we Francji, Niemczech i Japonii). We
Francji np. liczba morderstw wzrosła w latach 1980 - 1985, zaś następnie
spadła, lecz i tak liczba zabójstw na 100 000 mieszkańców była we Francji w
roku 1990 o 35 % niższa niż w roku 1960. Jeśli chodzi o USA, to na wykresie przestawionym
w artykule „Homicide Rates in the US, 1900 – 2006” (otwiera się jako plik PDF) można
zobaczyć, że liczba zabójstw w USA była wysoka (przynajmniej około 7, a często
nawet ponad 9 na 100 000 mieszkańców rocznie) gdzieś do lat 30-tych,
później liczba zabójstw zmalała, tak, że 50-tych było ich jakieś 4 -5 na
100 000 mieszkańców rocznie, potem ostro poszła w górę – do poziomu ponad
10 na 100 000 mieszkańców rocznie w latach 80-tych, zaś w latach 90-tych
spadła do poziomu ok. 6 na 100 000 mieszkańców rocznie. W trendach
dotyczących liczb zabójstw w USA w XX i częściowo XXI wieku raczej trudno jest
dopatrzeć się statystycznie istotnego wpływu treści obecnych w mediach na takie
przestępstwa: nie ulega wątpliwości, że Amerykanie żyjący w pierwszych dekadach
XX wieku mieli dużo mniej okazji do zapoznawania się z przemocowymi treściami
obecnymi w środkach masowego przekazu (choćby dlatego, że nie było wówczas
telewizji), niż Amerykanie żyjący w czasach współczesnych, którzy mają do
dyspozycji nie tylko telewizję (nie mówiąc oczywiście o kinie, książkach,
itd.), ale także internet – z pewnością zawierający mnóstwo potencjalnie
niebezpiecznych treści, a którego jeszcze nie było w czasie wysokiej fali
przestępczości datującej się od lat 60-tych do początku lat 90-tych.
Dalej, jeśli poruszamy problem tego, czy
zakazy szerzenia pewnych treści mogą zapobiegać złu, które jakoby może wynikać
z wpływu tych treści na stykające się z nimi osoby, to warto wziąć na warsztat
problem tzw. „mowy nienawiści”. Jak wiadomo, w krajach europejskich – i wielu
innych – obowiązują przepisy przewidujące poważne kary, z kilkuletnim
więzieniem włącznie, dla ludzi, którzy znieważają lub zniesławiają grupy
społeczne tego (zwłaszcza) rodzaju, co mniejszości narodowościowe, etniczne,
rasowe, religijne, lub osoby LGBT, czy też grożą takim grupom – co
niekoniecznie musi polegać na wypowiadaniu gróźb użycia przestępczej przemocy (4)
– bądź usiłują wywoływać i podsycać wrogie emocje wobec nich – co absolutnie
nie musi polegać na nawoływaniu do popełniania przestępstw przeciwko członkom
takich grup. W USA zakazów hejtspiczu jak wiadomo nie ma – dozwolone jest tam
nawet nawoływanie do przemocy (czy w ogóle przestępstw), z wyjątkiem sytuacji,
w których takie nawoływanie ma na celu praktycznie natychmiastowe spowodowanie
złamania prawa i w sytuacji, w jakiej ma ono miejsce jest istotnie
prawdopodobne, że faktycznie osiągnie ono taki skutek (taką zasadę ustalił Sąd
Najwyższy USA w sprawie Brandenburg v. Ohio
z 1969 r.). Jeśli zakazy „hate speech” miałyby redukować rasistowską,
ksenofobiczną, antysemicką, czy homofobiczną przemoc to w Europie po
dziesiątkach już w tej chwili lat obowiązywania i egzekwowania takich zakazów
przestępstw z nienawiści, tego rodzaju, co fizyczne napaści na ludzi z powodu
takich ich cech, jak przynależność narodowa, etniczna, rasowa, religijna, czy
orientacja seksualna powinno być per capita mniej, niż w USA, gdzie
„mowa nienawiści” jest bezkarna (oczywiście „mowa” taka może być w USA karana
prywatnie – np. zwolnieniem z pracy – czy nawet ostracyzmem społecznym – ale
nie wytacza się tam za nią procesów mogących skończyć się wyrokiem grzywny, czy
też więzienia). Jednak brutalnych „hate crimes” w krajach karzących za „hate
speech” jest per capita więcej, niż w USA, gdzie na „mowę nienawiści”
nie ma żadnych paragrafów. Szczególnie uderzające jest to w przypadku
antysemickich przestępstw przeciwko Żydom – a więc grupie, w przypadku której
odnosząca się do niej „mowa nienawiści” jest w tych krajach, które zabraniają
takiej „mowy” tępiona szczególnie zaciekle (zauważmy, że da się zaryzykować
twierdzenie, iż ta akurat „grupa ludności” jest w wielu krajach europejskich
chroniona nie tylko przed „nawoływaniem do nienawiści” przeciwko niej, czy też
jej znieważaniem, ale także przed negowaniem, aprobowaniem, czy nawet tylko
„bagatelizowaniem” Holocaustu, a także przed propagowaniem nazizmu – w tym
również poprzez np. prezentowanie nazistowskich lub podobnych do nich gestów i
symboli – jako systemu politycznego odpowiedzialnego za Holocaust). W każdym
razie, według Google AI „kiedy z danych ODIHR OBWE oraz powiązanych raportów
wyspecjalizowanych instytutów (np. Uniwersytetu w Tel Awiwie czy Anti-Defamation League)
całkowicie odsiejemy mowę nienawiści, nękanie oraz wandalizm (graffiti,
niszczenie mienia), krajobraz najcięższych przestępstw staje się jednoznaczny:
w kategorii „fizyczne napaści na zdrowie i życie” (pobicia, uszkodzenia ciała,
ataki z użyciem niebezpiecznego narzędzia oraz zabójstwa) wskaźniki per
capita bezwzględnie dowodzą, że do najcięższych pobić i ataków fizycznych
dochodzi najczęściej w krajach Europy Zachodniej (oraz Wspólnoty Narodów), a
nie w USA”. Jak dalej podaje AI „Raporty statystyczne podsumowujące ostatnie
pełne lata (2024–2025) wskazują na uderzającą prawidłowość w kategorii Assaults/Gewalttaten
(czysta przemoc fizyczna)”. Liderem antysemickiej przemocy jest w tych
zestawieniach Wielka Brytania (gdzie prawo zabrania m.in. wypowiedzi grożących,
obelżywych lub znieważających, które mają na celu pobudzanie do nienawiści
rasowej – tj. nienawiści wobec grupy wyróżniającej się z ogółu społeczeństwa
takimi cechami, jak narodowość – w tym kraj pochodzenia – a także kolor skóry,
przynależność etniczna, lub rasowa – albo które mogą pobudzać do takiej
nienawiści). W każdym razie, według AI oficjalne brytyjskie statystyki (np.
bazy organizacji CST raportującej
bezpośrednio do OBWE) odnotowały 170 do 202 czystych napaści fizycznych
rocznie, co przy populacji żydowskiej wynoszącej ok. 300 tysięcy osób, oznacza,
że 1 na ok. 1500–1700 brytyjskich Żydów rocznie pada ofiarą fizycznego pobicia
na ulicy. Kolejne miejsca w statystykach najcięższej przemocy fizycznej o
antysemickim podłożu zajmują Francja i Niemcy. W pierwszym z tych krajów notuje
od 45 do 85 ciężkich pobić rocznie - przy populacji żydowskiej ok. 440 tysięcy.
Francja wyróżnia się przy tym najwyższym w Europie wskaźnikiem napaści o
charakterze skrajnie brutalnym (użycie noży, uprowadzenia). Z kolei w Niemczech
oficjalne bazy rejestrują rocznie od 60 do ponad 100 fizycznych aktów przemocy
(antisemitische Gewalttaten), co przy mikro-populacji ok. 100 tysięcy
Żydów daje porażający wskaźnik per capita (ok. 1 napaść fizyczna na 1000
członków żydowskiej mniejszości). Natomiast USA plasują się na samym dole tego
zestawienia, jeśli weźmie się pod uwagę proporcje demograficzne. Według AI jest
prawdą, że w ostatnich latach liczba fizycznych napaści na Żydów (od pobić
prostych po użycie broni) osiągnęła historyczne maksima i wynosiła od 196 do
203 incydentów rocznie (dane ADL / FBI). Jednak choć
liczba ta jest podobna do brytyjskiej, to w USA mieszka od 6,3 do 7,5 miliona
Żydów (na obecnie około 349 mln mieszkańców – ludność Wielkiej Brytanii wynosi
obecnie blisko 70 mln mieszkańców, ludność Francji niecałe 67 mln mieszkańców,
a ludność Niemiec niecałe 84 mln mieszkańców). Oznacza to, że
prawdopodobieństwo, iż amerykański Żyd zostanie fizycznie pobity na tle
nienawiści, wynosi około 1 do 35 000, a ryzyko stania się ofiarą fizycznej
przemocy antysemickiej jest w Europie Zachodniej średnio od 20 do 25 razy
wyższe niż w USA – podobnie, jest też ono wielokrotnie wyższe w Kanadzie, gdzie
w 2024 r. odnotowano oficjalnie 77 antysemicko motywowanych napaści na Żydów, przy
liczbie ludności Kanady wynoszącej nieco ponad 41 mln mieszkańców i liczbie
tamtejszych Żydów wynoszącej ok. 400 tys. – Kanada jest krajem w odróżnieniu od
USA karzącym za „mowę nienawiści” (powyższe liczby wskazują też na to, że
wspomnianego rodzaju antysemickich przestępstw jest w takich krajach, jak
Wielka Brytania, Francja, Niemcy, czy Kanada per capita więcej w stosunku do
liczby ludności tych krajów jako takiej w ogóle – nawet kilkukrotnie – niż w
USA, pomimo tego, że Żydzi, a więc potencjalne ofiary antysemickiej przemocy
stanowią w tych krajach od około dwóch do nawet ponad siedemnastu razy mniejszą
część część populacji tych krajów, niż Żydzi w USA).
Weźmy też inne kategorie „hate crimes”
takie jak przestępstwa antymuzułmańskie, przestępstwa typowo rasistowskie
(przeciwko czarnoskórym) i przestępstwa przeciwko osobom LGBT. Jeśli chodzi o
pierwsze z tych przestępstw, to w Wielkiej Brytanii według danych Home Office
oraz organizacji
Tell MAMA (zgłaszającej dane do OBWE), liczba fizycznych napaści na
muzułmanów (szczególnie kobiety noszące hidżab) w ostatnich latach drastycznie
wzrosła. W każdym razie brytyjska policja rejestruje rocznie od 800 do ponad
1200 fizycznych incydentów o charakterze antymuzułmańskim (pobicia, oplucia,
zrywanie zasłon). Przy populacji ok. 3,9 miliona muzułmanów daje to bardzo
wysoki wskaźnik codziennego zagrożenia w przestrzeni miejskiej. W Niemczech
policja (dane PMK) notuje rocznie od 60 do 120 fizycznych aktów przemocy o
podłożu islamofobicznym. Jeśli chodzi natomiast o USA, to FBI w swoich rocznych
raportach rejestruje zazwyczaj od 60 do 90 fizycznych napaści antymuzułmańskich
rocznie w całych Stanach, co przy populacji muzułmańskiej szacowanej na 3,5–4,5
miliona osób oznacza, że wskaźnik liczby fizycznych pobić muzułmanów na tle
wrogości wobec nich jest w USA per capita kilkukrotnie niższy niż w
Wielkiej Brytanii czy Niemczech. Najwyższy wskaźnik najcięższych
przestępstw z użyciem przemocy fizycznej per capita w stosunku do
liczby muzułmanów według AI utrzymuje się na stałym, bardzo wysokim poziomie w Kanadzie (wynika to m.in.
z wysokiego współczynnika brutalności czynów, gdzie niemal co drugie
przestępstwo z nienawiści wiąże się z przemocą). Jeśli chodzi o najbardziej
klasyczne przestępstwa o charakterze rasistowskim, tj. przestępstwa
antymurzyńskie to według AI dane dla krajów Europy Zachodniej wskazują na to,
że 4% osób czarnoskórych doświadczyło fizycznego ataku na tle rasowym w
ciągu 5 lat przed badaniem, a 2% w roku poprzedzającym badanie. Aż
64% ofiar nie zgłasza tych incydentów policji, co sprawia, że oficjalne
statystyki rządowe w Europie są drastycznie zaniżone. Jeśli chodzi o konkretne
kraje, to w Niemczech – gdzie Murzynów żyje od 1 do 1,2 miliona - 9%
czarnoskórych respondentów przepytywanych przez FRA (European Union Fundamental
Rights Agency) zadeklarowało, że padło ofiarą fizycznego ataku o podłożu
rasistowskim w ciągu 5 lat. Przekładając ten
odsetek na całą populację afro-niemiecką, szacuje się, że w ciągu 5 lat
fizycznie zaatakowanych zostało ok. 90 000–108 000 osób (średnio ok. 18 000–21
600 rocznie, co dawałoby bardzo wysoki wskaźnik rzędu 1500–1800 napaści
rocznie na 100 000 czarnoskórych mieszkańców w ujęciu
deklaratywnym). W Danii, gdzie Murzynów jest ok. 40 000 – 50 000
według danych FRA 8% czarnoskórych mieszkańców doświadczyło
fizycznego ataku na tle rasowym w ciągu 5 lat. Szacunkowo daje to ok. 3 200–4
000 osób zaatakowanych w ciągu 5 lat (ok. 640–800 rocznie). Deklaratywny
wskaźnik dla Danii – kraju jak najbardziej karzącego za „hate speech” - to zatem ok. 1600 napaści rocznie na 100 000
czarnoskórych mieszkańców. Jeśli chodzi z
kolei o Wielką Brytanię (gdzie Murzynów jest ok. 2,4 miliona), to oficjalne statystyki policyjne mówią o ok. 140–180
zarejestrowanych przestępstwach na tle rasowym
rocznie na 100 000 czarnoskórych mieszkańców (z czego ok. 40-50 to napaści
fizyczne). Badania ankietowe (Crime Survey for England and Wales) sugerują
jednak, że realna liczba jest 4-krotnie wyższa ze względu na niechęć do
zgłaszania spraw służbom. W Kanadzie – gdzie „mowa nienawiści” - inaczej
jak w USA jest karalna - w 2024 r. według oficjalnych danych policyjnych
odnotowano 873 antymurzyńskie incydenty ogółem na 1,6 mln czarnoskórych
mieszkańców. Wskaźnik ogólny liczby takich czynów wynosił więc 54,5
zgłoszonych „hate crimes” na 100 000 czarnoskórych mieszkańców, zaś (szacunkowy)
wskaźnik liczby fizycznych napaści ok. 24,5 fizycznych ataków i gróźb
karalnych rocznie na 100 000 czarnoskórych obywateli. Przestępstw
takich było jednak prawdopodobnie kilkukrotnie więcej, gdyż wyraźnie
zaznacza się, że oficjalne liczby reprezentują jedynie „wierzchołek góry
lodowej”. Z cyklicznych badań ankietowych nad bezpieczeństwem obywateli
(General Social Survey) wynika, że około 80% ofiar przestępstw motywowanych
nienawiścią w Kanadzie nie zgłasza sprawy policji (najczęstsze powody to brak
zaufania do organów ścigania lub przekonanie, że incydent był dla policji zbyt
błahy). Natomiast jeśli chodzi o USA, to według danych FBI w 2024 r.
odnotowano tam 3 672 ofiary przestępstw na
tle nienawiści wobec osób czarnoskórych (których w tym kraju jest ok. 47,9 miliona, tj.
ok. 14,4% ogółu populacji). Według ogólnych
statystyk FBI ds. przestępstw z nienawiści, około 64-65%
zgłoszonych czynów to przestępstwa przeciwko osobie (przestępczość z użyciem
przemocy, w tym pobicia proste, kwalifikowane oraz groźby karalne). Przekłada
się to na ok. 2 300–2 400 fizycznych incydentów rocznie. Przyjmując dane
za 2024 rok (3 672 ofiary), wskaźnik liczby antymurzyńskich „hate crimes” per
capita wynosi w USA ok. 7,67 ofiar na 100 000 czarnoskórych mieszkańców – a
więc jest wielokrotnie mniej, niż w krajach Europy Zachodniej, czy w Kanadzie. Jeśli
chodzi wreszcie o przestępstwa z nienawiści przeciwko osobom LGBTQ+ to, jak
podaje AI „Niemieckie MSW (BMI) w swoich raportach bije na alarm – liczba
fizycznych aktów przemocy (Gewalttaten) wobec takich osób wzrosła do
ponad 300-400 potwierdzonych pobić rocznie. We Francji organizacje takie jak SOS
Homophobie raportują regularne, brutalne pobicia na ulicach dużych miast. W
USA natomiast FBI rejestruje rocznie ok. 500 do 700 fizycznych napaści z
nienawiści ze względu na orientację seksualną lub tożsamość płciową – nieco
więcej, niż (np.) w Niemczech, tyle tylko, że ludność USA jest ok. 4 większa od
ludności Niemiec, a odsetek lesbijek, gejów, biseksualistów i transseksualistów
– inaczej, jak np. odsetek Żydów, Murzynów, czy muzułmanów – w każdej
odpowiednio dużej społeczności jest mniej więcej taki sam.
Ponadto, zdecydowana większość
„przestępstw z nienawiści” nie rodzi się bynajmniej na podłożu „mowy
nienawiści” – takiej, którą można byłoby podciągnąć pod art. 256 czy 257
polskiego k.k. (5) czy podobne do nich przepisy w ustawodawstwach krajów
zachodnich. Jak podaje AI ok. 60–65% sprawców „hate crimes” to „poszukiwacze
wrażeń” (thrill-seekers). Ich motywacją nie jest głęboka nienawiść
doktrynalna, lecz nuda, chęć zaimponowania rówieśnikom, poszukiwanie adrenaliny
oraz poczucie władzy. Atakują oni swoje ofiary w sposób czysto sytuacyjny i
impulsywny – ponieważ „nadarzyła się okazja”, a ofiara była bezbronna i
„wyróżniała się z tłumu” (np. miała inny kolor skóry, nietypowy ubiór,
ortodoksyjny strój religijny lub trzymała za rękę osobę tej samej płci).
Sprawcy tacy rzadko czytają podpadające pod „hate speech laws” manifesty
polityczne. Działają na poziomie prymitywnych stereotypów kulturowych, które są
powszechne w społeczeństwie. Wybór grupy ofiary legitymizuje w ich własnych
oczach przemoc (uważają, że atakują kogoś „gorszego” lub „obcego”, więc
społeczeństwo przymknie na to oko). Dalsze 25% sprawców „hate crimes” to sprawcy
„defensywni” (defensive offenders). Ta grupa odpowiada za pobicia, do których
dochodzi w wyniku poczucia zagrożenia własnego terytorium lub statusu
ekonomicznego. Jeśli chodzi o to, co wpływa na takie osoby i przyczynia się do
popełnienia przez nich „przestępstw z nienawiści” to tutaj akurat kluczowy
wpływ mają treści całkowicie legalne, ale specyficznie zinterpretowane lub
zradykalizowane. Sprawcy ci karmią się legalnymi wiadomościami telewizyjnymi,
publicystyką polityczną głównego nurtu oraz debatami internetowymi na temat
„kryzysu migracyjnego”, „zagrożenia dla tradycyjnych wartości” czy „wzrostu
przestępczości wśród mniejszości”. Te legalne, nierzadko podsycane
populistycznie informacje wywołują u nich lęk i poczucie, że „muszą bronić
swojej społeczności”. Wypowiedzi te nie łamią art. 256 (czy 257) k.k., ale dla
zdestabilizowanego emocjonalnie sprawcy stanowią moralne przyzwolenie na
fizyczny atak jako „obronę konieczną”. 8-10% sprawców „hate crimes” to sprawcy „odwetowi” (retaliatory). Są to osoby, które
dopuszczają się fizycznego ataku w reakcji na inne, prawdziwe lub rzekome
przestępstwo popełnione przez członka danej mniejszości. Klasycznym przykładem
jest gwałtowny wzrost liczby pobić przypadkowych muzułmanów na ulicach
bezpośrednio po zamachu terrorystycznym przeprowadzonym przez islamistów w
Europie. Impulsem do działania jest w ich przypadku ślepy gniew i chęć odwetu
na kimkolwiek, kto reprezentuje tę samą grupę. Podłożem są tu emocje wzmagane
przez natychmiastowy przekaz medialny (legalne relacje z miejsc tragedii),
wyzwalające odruch zbiorowej odpowiedzialności. Wreszcie, mniej niż 1% sprawców
„przestępstw z nienawiści” stanowią tzw. misjonarze, traktujący przemoc jako
swoją „misję życiową” polegającą na oczyszczeniu społeczeństwa z danej grupy.
Sprawcy ci, będący najczęściej członkami podziemnych organizacji neonazistowskich,
rasistowskich lub dżihadystycznych jak najbardziej czytają i piszą teksty
podpadające pod (np.) art. 256 k.k. Tyle tylko, że jak pokazują analizy
terroryzmu prawicowego (np. raporty prof. Tore Bjørgo), zakazy prawne
nie powstrzymują ich przed tą lekturą – szukają jej w zakamarkach sieci Darknet
lub szyfrowanych grupach na Telegramie, gdzie prawo państwowe nie sięga
skutecznie. Zresztą, odnośnie tej ostatniej, naprawdę wąskiej kategorii
sprawców „hate crimes” zachodzi pytanie, czy jest tak, że to (zakazana w
krajach, w których obowiązują przepisy w rodzaju art. 256 i 257 polskiego k.k.)
„mowa nienawiści” wywołuje u nich nienawiść wobec osób należących do grup
atakowanych przez taką „mowę” – i ta nienawiść motywuje ich do popełniania
przestępstw typu pobicia lub zabójstwa - czy może raczej jest tak, że odczuwana
wobec nich nienawiść – czy też pogarda – wobec pewnych grup ludzi -
niekoniecznie będąca, lub nawet po prostu nie będąca efektem wpływu na nich
„mowy nienawiści” - motywuje ich zarówno do uprawiania „mowy nienawiści” jak i do
popełniania przestępstw z nienawiści. (6)
Dalej, w USA, po tym (choć oczywiście nie
natychmiastowo, raczej w przeciągu szeregu lat) jak tamtejszy w 1969 r. Sąd
Najwyższy ogłosił, że Pierwsza Poprawka do Konstytucji nie pozwala na karanie
za (nawet) nawoływanie do popełnienia przestępstwa, z wyjątkiem sytuacji, w
których takie nawoływanie ma na celu natychmiastowe wzniecenie przestępczego
działania i faktycznie jest w stanie takie działanie wzniecić bardzo znacząco
zmniejszyła się liczba przestępstw o charakterze terrorystycznym. W każdym
razie o ile w 1970 r. terrorystycznych przestępstw
odnotowano w USA 468, to w roku kolejnym przestępstw takich stwierdzono w tym
kraju 247, w roku 1972 terrorystycznych ataków odnotowano w USA 68, zaś w 1973
r. 58 (w późniejszych latach liczba aktów terroru w USA wzrosła – dochodząc do
149 w 1975 r., 105 w 1976 r. i 130 w 1977 r. – później jednak liczba
takich przestępstw zmalała i wynosiła kilkadziesiąt, kilkanaście , bądź
nawet tylko kilka w ciągu roku – dopiero od 2011 r. liczba terrorystycznych
ataków zaczęła się w USA piąć w górę, by dojść do 103 w 2020 r. – a następnie
spaść do 26 w 2021 r.).Tymczasem w Wielkiej Brytanii, gdzie nawoływanie do
popełnienia przestępstwa jest karalne bez względu na prawdopodobieństwo jego
skuteczności i gdzie obowiązują także m.in. zakazy „mowy nienawiści” (węższe co
prawda w odniesieniu do wypowiedzi na temat grup religijnych i osób
charakteryzujących się określoną orientacją seksualną, niż w odniesieniu do
wypowiedzi dotyczących grup narodowościowych, etnicznych, czy rasowych – o ile
te drugie mogą być karane, jeśli są grożące, obelżywe lub znieważające i albo mające
na celu pobudzanie do nienawiści, albo mogące pobudzić nienawiść, to te te
drugie karalne są tylko wówczas gdy są grożące i mają na celu pobudzanie
nienawiści; istnieją też pewne wyjątki od karalności takich wypowiedzi – nie
można karać za np. znieważanie religii jako takiej, czy też krytykę związków
osób tej samej płci – zakazy takie pojawiły się zresztą w brytyjskim prawie
dopiero w XXI wieku, w odróżnieniu od zakazów „hate speech” o charakterze rasistowskim,
które sformułowane zostały po raz pierwsze w Racial Relations Act z 1965 r.)
liczba aktów terroru wzrosła od 12 w 1970 r. do 292 w 1972 r. i przez całe lata
70 i 80 zeszłego wieku nigdy nie spadła ona poniżej 67 (w 1985 r.), a
przeważnie utrzymywała się w tym okresie na poziomie grubo powyżej 100, lub
nawet 200 rocznie. Warto przy tym zauważyć, że istotny wzrost przestępstw o
charakterze terrorystycznym (od 6 do 136) nastąpił w Wielkiej Brytanii w latach
2006 – 2013, czyli po tym, jak brytyjskie prawo zaczęło zabraniać nie tylko
nawoływania do dokonywania takich przestępstw, ale także ich „gloryfikowania”.
W każdym razie, o ile w latach 1970 – 2021 w USA odnotowano łącznie 3147
terrorystycznych przestępstw, to w Wielkiej Brytanii – będącej blisko 5 razy
mniej ludnym krajem 5553 takie przestępstwa. We Francji w tym samym okresie
aktów terroru odnotowano 2640 – nieco mniej niż w USA, tyle tylko, że Francja
jest krajem o ludności blisko 5 razy mniejszej, niż USA. W Niemczech –
określanych często jako najbardziej ograniczająca wolność słowa demokracja na
świecie - w latach 1990 – 2021 (dane dotyczące liczb przestępstw
terrorystycznych odnotowanych w tym kraju dostępne są dopiero od 1990 r.)
przestępstw, o których jest tu mowa stwierdzono 829. (7) W USA przestępstw
takich odnotowano w tym samym czasie 945 – trochę więc więcej – tyle tylko, że ludność
USA jest około 4 razy większa, niż ludność Niemiec. Patrząc się na dane
przedstawione na stronie https://ourworldindata.org/terrorism - skąd zresztą wziąłem przedstawione tu wcześniej
informacje - łatwo też można zauważyć, o ile liczba śmiertelnych ofiar aktów
terroru w latach 1970 – 2021 w USA wynosiła przeważnie kilka, czy kilkananaście
rocznie, bądź nawet 0 (w latach 2003 – 2005 i w 2011 r.) – za dwa wyraźne
„piki” na stosownym wykresie odpowiedzialne są ataki na budynek władz
federalnych w Oklahoma City w 1995 r., oraz zamachy na World Trade Center i
Pentagon w 2001 r - to w Wielkiej Brytanii w latach 1971 – 1994 liczba zabitych
w terrorystycznych atakach nigdy nie spadła poniżej 66, a kilku przypadkach
sięgnęła powyżej 200 lub nawet 250. W Niemczech liczby śmiertelnych ofiar
terroryzmu w latach 1990 – 2021 wynosiły od 0 do 27 rocznie, natomiast w USA od
0 do 98 (pominąwszy lata 1995, kiedy to wskutek wysadzenia budynku federalnego
w Oklahoma City przez Timothy’ego McVeigha zginęło 168 osób spośród 178
odnotowanych wówczas w USA śmiertelnych ofiar terroryzmu i 2001, kiedy to w
następstwie ataków Al Kaidy zginęło 2996 spośród 3014 osób, które zginęły
wówczas w USA w następstwie wszelkich aktów terroru). Jak więc widać, w
okresie, o którym była mowa w USA w następstwie terrorystycznych przestępstw
zginęło cokolwiek więcej ludzi, niż w Niemczech – ale pamiętajmy o wspomnianej
już tutaj różnicy liczby ludności tych państw. Patrząc się na stronę https://ourworldindata.org/terrorism nie trudno jest też stwierdzić, że najwięcej aktów
terroru zdarza się w tych krajach, gdzie specjalnie dużo wolności słowa nie ma
– takich np. jak Afganistan, Pakistan, Irak, Turcja czy Nigeria.
Jeśli weźmiemy z kolei inny
rodzaj ekspresji uważanej często za szkodliwą i niebezpieczną, a mianowicie
pornografię to tu akurat uderzające są zwłaszcza dane dotyczące Japonii. Jeszcze gdzieś na początku lat 80-tych (i oczywiście
wcześniej) Japonia była krajem do tego stopnia restrykcyjnym wobec pornografii,
że zakazana była tam sprzedaż takiego pisma, jak amerykański „Playboy”. Później
jednak podejście do pornografii stało się w tym kraju bardziej swobodne i od
mniej więcej 1990 r. wszelkiego rodzaju pornografia stała się w Japonii łatwo
dostępna, w tym także dla osób nieletnich. Co jest charakterystyczną cechą
japońskiej pornografii to to, że dużo częściej, niż pornografia wytwarzana w
innych krajach łączy ona seks ze scenami gwałtów i przemocy – a więc stanowi
ten rodzaj pornografii, odnośnie którego stosunkowo najprędzej można wysuwać
„zdroworozsądkowe” obawy, że może mieć ona niebezpieczny wpływ na niektórych
swoich odbiorców. Czy jednak niewątpliwy fakt, że w latach 90. więcej
Japończyków naoglądało się pornografii – w tym także takiej, która ukazuje
sceny gwałtów, seksualnych tortur i seksu z dziećmi – niż w czasach
wcześniejszych sprawił, że w Japonii wzrosła faktyczna liczba seksualnych przestępstw?
Odpowiedzi na to pytanie dostarczają dane przedstawione w opublikowanym w 1999
r. artykule Miltona Diamonda z Uniwersytetu Hawajów i Ayako Uchiyamy z
Narodowego Instytutu Badawczego Nauk Policyjnych w Tokio „Pornography, Rape and Sex
Crimes in Japan”. Co
wynika z tych danych? Otóż to, że o ile w 1972 r. – kiedy to pornografia była w
Japonii praktycznie niedostępna – japońska policja odnotowała 4677 gwałtów
(dokonanych przez 5464 sprawców), to w roku 1995 – kiedy wszelkiego rodzaju
pornografia dostępna była tam bez trudu – gwałtów odnotowano w Japonii 1500,
przy czym popełnione zostały one przez 1160 zidentyfikowanych przestępców. W
okresie o którym jest tu mowa w sposób szczególny zmniejszyła się liczba
gwałtów dokonanych przez osoby nieletnie – tj. mające mniej, niż 20 lat. O ile
bowiem osoby takie dokonały 33% z 4677 gwałtów stwierdzonych przez japońską
policję w 1972 r., to spośród 1500 gwałtów odnotowanych w 1995 r. osoby takie
popełniły tylko 18% tego rodzaju przestępstw – co w liczbach bezwzględnych
oznacza spadek liczby takich czynów dokonanych przez osoby w wieku poniżej 20
lat z ok. 1543 do 270 (liczba gwałtów dokonanych przez osoby nieletnie w
Japonii spadła zatem w latach 1972 – 1995 ok. 5,71 razy, podczas gdy liczba
gwaltów w ogóle „tylko” ok. 3,12 razy). Na ten akurat fakt warto zwrócić uwagę
z tego względu, że jeśli pornografia może mieć niebezpieczny wpływ na jakieś
osoby, to na zdrowy rozum może się wydawać, że najprędzej może mieć ona taki
wpływ na kilkunastoletnich chłopaków – którzy zapewne też częściej, niż
jakiekolwiek inne osoby w praktyce interesują się pornografią (zazwyczaj nie w
celach naukowych). Badania Diamonda i Uchiyamy nie wykazują jednak jakiegoś
zgubnego wpływu pornografii na takie osoby – przeciwnie sugerują rzecz
dokładnie odwrotną. Inną rzeczą jaką zauważyli Diamond i Uchiyama jest spadek –
we wspomnianym tu okresie - liczby przestępstw seksualnych przeciwko dzieciom.
I tak np. o ile w 1972 r. 8,3 % ofiar gwałtów miało mniej niż 13 lat, to w roku
1995 osoby w tym wieku stanowiły tylko 4 % wszystkich ofiar takich przestępstw
(bezwzględna liczba gwałtów na takich osobach spadła zatem w tym czasie w
Japonii 6,46 razy). Z punktu poruszonego tu problemu – tj. tego, czy dostępność
pornografii przyczynia się do wzrostu liczby przestępstw o podłożu seksualnym
jest to ważna informacja z takiego choćby względu, że w okresie w którym w
Japonii nastąpił bardzo znaczący spadek liczby gwałtów dokonanych na osobach w
wieku do 13 lat w kraju tym nie było żadnego prawa specyficznie skierowanego
przeciwko pornografii dziecięcej (choć podejrzewam, że mimo wszystko była ona
cokolwiek zwalczana w oparciu o istniejący w japońskim kodeksie karnym przepis
o „obsceniczności”) zaś rzeczą po prostu powszechnie wiadomą jest to, że
Japonia wręcz słynie z produkcji materiałów ukazujących (w sposób fikcyjny)
seks z udziałem osób młodocianych, czy nawet po prostu dzieci – takich, jak
kreskówki typu hentai (które w Polsce można byłoby podciągnąć pod art.
202 §4b k.k. – według tego przepisu „Kto produkuje, rozpowszechnia,
prezentuje, przechowuje lub posiada treści pornograficzne przedstawiające
wytworzony albo przetworzony wizerunek małoletniego uczestniczącego w czynności
seksualnej podlega karze pozbawienia wolności do lat 3”). Sprawdziłem też, przy okazji, ile gwałtów odnotowano w
Japonii w najnowszych czasach (1995 r. to – można twierdzić – była inna epoka).
Z danych dostępnych w Internecie wynika, że w 2012 r. w Japonii
stwierdzono 1266 gwałtów, w 2013 – 1409, w 2014 - 1250, w 2015 – 1167, w 2016 –
989, w 2017 – 1109, w 2018 – 1307, w 2019 – 1405, w 2020 – 1332 i w 2021 –
1388. (8) To prawda, że są to dane policyjne – z całą pewnością nie
odpowiadające rzeczywistej liczbie gwałtów w Japonii – o większości których
policja się po prostu nie dowiaduje. Lecz aby teza, że kilkukrotny spadek
liczby gwałtów w Japonii wykazywał korelację w czasie z wybitnym wzrostem
dostępu do pornografii mogła być de facto fałszywa (z powodu nie
zmniejszenia się – lub jeszcze gorzej, wzrostu rzeczywistej liczby gwałtów w
okresie, o którym jest tu mowa) to w latach 1972 – 1995 i jeszcze późniejszych
musiałby w Japonii nastąpić bardzo znaczący spadek liczby doniesień na policję
o faktycznie dokonanych gwałtach. Jakkolwiek japońska policja (podobnie, jak
policje w innych krajach) o większości gwałtów się nie dowiaduje, to co jak co,
ale kilkukrotne (przynajmniej) zmniejszenie doniesień o rzeczywistych gwałtach
we wspomnianym tu okresie nie wydaje się – na zdrowy rozum – czymś
prawdopodobnym. Podobnie też w krajach takich,
jak Niemcy Zachodnie, Dania, Szwecja i USA
liczba gwałtów po zalegalizowaniu pornografii czy też faktycznemu ułatwieniu
dostępu do niej nigdy nie wzrosła bardziej niż liczba nie-seksualnych
przestępstw z użyciem przemocy i ponadto w krajach tych istniała ogólna
tendencja do stagnacji lub nawet spadku wskaźników gwałtów dokładnie w tych
latach, kiedy pornografia stała się bardziej wszechobecna niż kiedykolwiek wcześniej
dzięki wideo i telewizji kablowej lub kodowanej (stwierdzenie przytaczam za
George C. Thomas III „A Critique of the Anti-pornography Syllogism”, który powołuje się na Berl
Kutchinsky „PORNOGRAPHY, SEX CRIME, AND
PUBLIC POLICY”).
Tak więc, podobnie jak zakazy
„hate speech” nie powodują zmniejszenia liczby „hate crimes”, zakazy
propagowania przemocy nie redukują terroryzmu, a zakazy pornografii nie zmniejszają
liczby przestępstw seksualnych, tak samo zakaz rozpowszechniania w Internecie
treści określonych w art. 255b k.k. nie spowoduje tego, że mniej będzie pobić,
gwałtów, napadów czy zabójstw – przynajmniej jako takich w ogóle. W tym
zakresie przepis ten nie ma szansy być skutecznym środkiem zapobiegania tego
typu zjawiskom. Warto też przy okazji zauważyć, że – jak w swej książce „Hate:
why we should resist it with free speech, not censorship” pisała Nadine
Strossen (emerytowana profesor prawa na Uniwersytecie Nowojorskim i była
przewodnicząca American Civil Liberties Union) - „wyczerpujący przegląd badań
społecznych na temat potencjalnych związków między przekazami ze strony mediów,
a zachowaniami ich odbiorców wskazuje na to, że wpływy mediów na te zachowania
są słabe i dotyczą one tylko drobnego odsetka odbiorców”. (9)
Co natomiast pozytywnego – z
punktu widzenia intencji autorów art. 255b k.k. – wprowadzenie tego przepisu
może (stosunkowo najprędzej) osiągnąć, to odstraszyć – w jakiejś mierze – od
publikowania w internecie filmów pokazujących, jak ktoś – najogólniej mówiąc –
znęca się nad kimś, czyli tego, co zazwyczaj określa się mianem patostreamów i
co faktycznie podpadałoby pod ten przepis. Poniekąd, przepis ten może
odstraszyć również od rozpowszechnienia tych patostreamów, które przestępstwa z
art. 255b k.k. nie będąc stanowić (jako że nie przedstawiają przestępstw, ani
poniżania kogoś nawet za jego zgodą) – patostreamerzy i potencjalni
patostreamerzy (tj. ludzie nie tworzący jeszcze patostreamów, ale noszący się,
czy mogący się nosić z myślą o ich tworzeniu) raczej nie zapoznają się z
dokładnym brzmieniem art. 255b k.k., lecz raczej za pośrednictwem mediów dotrze
do nich ogólny przekaz, że za patostreamy można pójść do więzienia.
Lecz jeśli nawet art. 255b
k.k. może stanowić skuteczny środek przeciwdziałania patostreamom – i to tym
najbardziej szkodliwym – to pojawia się jeszcze pytanie, czy jest to środek niezbędny
do osiągnięcia tego celu, a także, czy jest on proporcjonalny.
Jakie są (rozsądne moim
zdaniem) odpowiedzi na te pytania? Otóż, jeśli chodzi o jego konieczność, to
chciałbym zauważyć, że patostreamy – w zakresie, w jakim miałby ich zabraniać
art. 255b k.k. – są generalnie rzecz biorąc treściami tworzonymi przez osoby,
które popełniają przestępstwa – w rodzaju np. naruszenia czyjejś nietykalności
cielesnej (a niekiedy poważniejsze) - przed kamerą video i chcą się swymi
wyczynami pochwalić innym via internet. Co do takich osób jest oczywiste, że
mogą one zostać pociągnięte do odpowiedzialności za własne czyny, pokazywane
przez nie w internecie. To prawda, że osoby takie niełatwo jest zazwyczaj
wykryć. Lecz mimo wszystko fakt, że jakieś przestępstwo zostało pokazane w
internecie, tak, że wiele osób mogło je zobaczyć, powoduje to, że
prawdopodobieństwo wykrycia jego sprawcy staje się cokolwiek większe, niż
byłoby wówczas, gdyby było ono widoczne wyłącznie dla tego, kto je popełnił i
jego ofiary. Ponadto, jak już wcześniej wspomniałem, ktoś współdziałający z
kimś popełniającym przestępstwo przed kamerą w celu stworzenia i
rozpowszechnienia patostreamu, jeśli nie zawsze (wyobraźmy sobie kogoś
umieszczającego w internecie film przedstawiający przestępstwo, z którego
dokonaniem nie miał on osobiście nic wspólnego) to mimo wszystko bardzo często
mógłby zostać pociągnięty do odpowiedzialności za np. psychiczne pomocnictwo do
dokonania czynu, pokazanego w „patostreamie”.
Nasuwa się też na myśl pytanie
o to, czy możliwość bezkarnego – jak dotąd (per se, w każdym razie) –
pokazywania przestępstw w internecie napędza jakoś takie czyny i czy zakazanie
rozpowszechniania patostreamów spowodowałoby to, że przestępstwa związane z ich
tworzeniem przestałby (w jakiejś mierze) być popełniane, dzięki czemu jakaś
część ludzi zostałaby uratowana przed związaną z tworzeniem patostreamów
krzywdą. Tu przychodzi na myśl potencjalna – celowo podkreślam to słowo
– analogia „patostreamów” do pornografii dziecięcej (tej z udziałem prawdziwych
dzieci – tzw. wirtualna, czy jak kto woli pozorowana pornografia dziecięca nie
powinna moim zdaniem być prawnie zakazana) (10) – kategorii ekspresji, która ma
z patostreamami to wspólnego, że również przedstawia zakazane przez prawo – i
wyrządzające krzywdę osobom innym, niż ich sprawcy – czyny zakazane przez
prawo. Dlaczego nie tylko tworzenie, ale także rozpowszechnianie i nawet samo
tylko posiadanie pornografii z udziałem dzieci jest prawnie zabronione i zakaz
ten jest praktycznie powszechnie popierany (w przypadku dziecięcej pornografii
nie ma takiej sytuacji, jak w przypadku np. hejtspiczu, że jedne kraje jej
zakazują, a inne nie – Stany Zjednoczone są np. pod tym względem wyjątkowo
surowe – czytałem np. o tym, że w Arizonie jakiś facet za posiadanie iluś tam
pornograficznych zdjęć z udziałem dzieci dostał 200 lat więzienia)? (11) Otóż,
jest tak z tego m.in. powodu, że pornografia dziecięca – z uwagi przede
wszystkim na to, że czyny, bez dokonywania których pornografia taka by nie
powstała zagrożone są karami wielu lat więzienia – produkowana jest w głębokim
„podziemiu”. Pornograficzne zdjęcia czy filmy z udziałem dzieci z oczywistych
powodów nie noszą prawdziwych imion i nazwisk autora, producenta, reżysera, czy
aktorów, ani informacji na temat tego, gdzie takie zdjęcia czy też filmy
powstały. Bardzo więc trudno jest wykryć, a następnie złapać i ukarać osoby
produkujące pornografię dziecięcą i bezpośrednio krzywdzące przy tej okazji
dzieci. Aby zatem zapobiegać krzywdzeniu dzieci przy okazji produkowania
dziecięcej pornografii trzeba zakazać nie tylko jej wytwarzania (i molestowania
dzieci przy tej okazji), ale także jej dystrybucji – czy nawet samego tylko nabywania
i posiadania. Rozumowanie w tej kwestii jest takie, że jeśli zabroni się
rozpowszechniania (czy również nabywanie czy posiadania) pornografii dziecięcej
pod groźbą takich kar, że mało kto będzie chciał się „bawić” w taką
działalność, to ludzie zajmujący się produkcją pornografii dziecięcej i chcący
na niej zarobić stracą do tego motywację z tego powodu, że produktów swojej
działalności najprawdopodobniej nie będą mogli sprzedać. W każdym razie, jak w
uzasadnieniu (zasadzie jednomyślnego; były zdania zbieżne, ale nie było żadnego
zdania odrębnego) wyroku Sądu Najwyższego USA z 1982 r. w sprawie New York v. Ferber napisał jego autor sędzia Byron White „sieć dystrybucji pornografii dziecięcej musi zostać
zamknięta, aby skutecznie kontrolować produkcję materiałów, które wymagają
seksualnego wykorzystywania dzieci. W istocie nie ma poważnego zarzutu, że
ustawodawca niesłusznie uważał, iż jest trudne, o ile nie jest po prostu
niemożliwe powstrzymanie wykorzystywania dzieci poprzez ściganie tylko tych,
którzy produkują fotografie i filmy. Podczas gdy produkcja materiałów
pornograficznych jest mało znanym, sekretnym przemysłem, potrzeba wprowadzenia
na rynek powstałych w ten sposób produktów wymaga widocznego mechanizmu
dystrybucji. Najszybszą, jeśli nie jedyną praktyczną, metodą egzekwowania prawa
może być osuszenie rynku dla tych materiałów poprzez nałożenie surowych kar
kryminalnych na osoby sprzedające, reklamujące lub w inny sposób promujące
produkt”. (12)
Jest jakieś
podobieństwo między tym, o czym była powyżej mowa w odniesieniu do dziecięcej
pornografii, a „patostreamami”? Otóż, jeśli chodzi o to, to chciałbym zauważyć,
że w uzasadnieniu opinii w sprawie Ferbera była mowa o tym, że produkcja
dziecięcej pornografii jest potajemnym przemysłem, który bardzo trudno jest
zwalczać w sposób całkiem bezpośredni – to znaczy aresztując i karząc tych,
którzy tworzą dziecięcą pornografię. Czy istnieje jednak analogiczny „przemysł”
produkcji „patostreamów”? W to akurat bardzo wątpię. „Patostreamy” nie są
dziełem ludzi chcących na nich zarobić ciężkie pieniądze, lecz raczej dziełem
osób, które chcą się popisać przed innymi swoją bezczelnością i głupotą. Poza
tym, patostreamy najczęściej rozpowszechniane są w internecie przez osoby,
które je produkują i przy tej okazji popełniają przestępstwa lub współdziałają
w ich popełnianiu. Nie istnieje tu więc (a przynajmniej nie ma wielkiego
znaczenia) problem wspomnianego przez sędziego White’a w odniesieniu do
pornografii dziecięcej „aparatu” dystrybuującego takie treści (tj. w tym
przypadku osób, które same nikogo przed kamerą video nie biją, itp. i nie
nagrywają patostreamów, ale które rozpowszechniają takie już zarejestrowane
wcześniej treści) – który to problem zapewne był bardzo istotny w odniesieniu
do pornografii dziecięcej w czasach sprzed powszechnego dostępu do internetu i
bez zwalczania którego powstrzymywanie produkcji pornografii dziecięcej i
związanego z nią seksualnego wykorzystywania dzieci było praktycznie niemożliwe.
Przyjrzyjmy się też jeszcze
jednej potencjalnej analogii pomiędzy pornografią dziecięcą, a patostremami.
Jak można przeczytać w przypisie do opinii sędziego White’a w sprawie Ferbera „pornografia
może prześladować (dziecko wykorzystane w jej produkcji) w przyszłości, długo
po popełnieniu pierwotnego czynu. Dziecko, które pozowało do kamery, musi
przejść przez życie ze świadomością, że nagranie krąży w systemie masowej
dystrybucji pornografii dziecięcej. To strach przed ujawnieniem i napięcie
związane z utrzymaniem tego czynu w tajemnicy zdają się mieć najgłębsze
reperkusje emocjonalne (…) Tym samym, rozpowszechnianie (dziecięcej
pornografii) narusza „indywidualny interes w uniknięciu ujawniania spraw
osobistych”.
Czy patostreamy mogą wyrządzać
ofiarom czynów, które są w nich ukazywane szkody tego rodzaju, jak te, o
których była mowa powyżej? Na zdrowy rozum, jest to jak najbardziej możliwe.
Może tak być zwłaszcza w przypadkach, gdy ofiara przestępstwa ukazanego w patostreamie
okazała słabość – np. błagała swego oprawcę o litość – czy też była obiektem
jakichś powszechnie postrzeganych jako zawstydzające zachowań – takich na
przykład, jak plucie na nią, czy też jej… obsikanie (no już o obsr… nie mówiąc).
(13) Nikt raczej nie chce tego, by inni – via internet, czy w jeszcze inny
sposób – oglądali tego rodzaju sceny z jego udziałem. Takie akurat osoby
ukazywane w patostreamach, podobnie jak dzieci wykorzystane w produkcji
pornografii, mają „indywidualny interes w uniknięciu ujawniania spraw
osobistych” – który rozpowszechnianie patostreamów narusza.
Czy jednak zapobieganie tym
akurat krzywdom, o których była tu mowa uzasadnia zakaz rozpowszechniania
patostreamów jako zakaz niezależny od zakazu dokonywania przedstawianych w nich
przestępstw? Nie jest to moim zdaniem oczywiste. Po pierwsze bowiem, wspomniany
w odniesieniu do dziecięcej pornografii argument, że pornografia taka może
prześladować jej ofiarę w przyszłości, długo po popełnieniu pierwotnego czynu
nie ma zastosowania do tych ukazywanych ramach patostreamów treści, które są
wyłącznie transmitowane na żywo i nie są rejestrowane w sposób trwały – co
zresztą stanowi istotę zjawiska patostreamingu (zwróćmy uwagę na jego nazwę).
Po drugie, czy to w odniesieniu do treści, które można obejrzeć wyłącznie na
żywo, czy też takich, które można odtwarzać później zachodzi pytanie o
proporcjonalność pomiędzy karą grożącą za czyny pokazywane w takich treściach,
a karą, która na podstawie art. 255b k.k. miałaby grozić za rozpowszechnianie
via internet takich treści. W przypadku pornografii dziecięcej jakiejś wyraźnej
dysproporcji pomiędzy karami grożącymi za jej rozpowszechnianie i karami
grożącymi za czyny przedstawiane w takiej pornografii przynajmniej w prawie
polskim nie ma – zarówno za jedno, jak i za drugie grozi od 2 do 15 lat
więzienia (w pierwotnej wersji kodeksu karnego z 1997 r. za seksualne
wykorzystanie osoby poniżej 15 lat groziło od roku do 10 lat pozbawienia
wolności, a za rozpowszechnianie treści pornograficznych z udziałem takiej
osoby od 3 miesięcy do 5 lat). W przypadku „patostreamów” wyglądałoby to – z
reguły przynajmniej – odwrotnie. Przestępstwo z art. 255b k.k. miałoby być
zagrożone karą od miesiąca do 3 lat więzienia – i od 3 miesięcy do 5 lat w
przypadku ukazywania treści z udziałem osoby poniżej 18 lat. Tymczasem
zdecydowana większość czynów ukazywanych w patostreamach – takich np. jak
naruszenie nietykalności cielesnej, czy spowodowanie lekkiego uszczerbku na
zdrowiu zagrożonych jest niższymi karami (w pierwszym przypadku do roku
więzienia, w drugim do 2 lat; pewnym w miarę typowym wyjątkiem od tej reguły
może być fizyczne lub psychiczne znęcanie się nad osobą najbliższą lub nad inną osobą
pozostającą w stałym lub przemijającym stosunku zależności od sprawcy, za które w podstawowym typie tego przestępstwa grozi od 3
miesięcy do 5 lat więzienia, natomiast w przypadku znęcania się nad osobą
nieporadną ze względu na jej wiek, stan psychiczny lub fizyczny od 6 miesięcy
do 8 lat, zaś jeśli taki czyn jest połączony ze stosowaniem szczególnego
okrucieństwa od roku do 10 lat). Czym można byłoby uzasadnić zagrożenie
rozpowszechniania patostreamów karą wyższą od tej, która (z reguły) grozi za
popełnianie czynów ukazywanych w patostreamach?
Jedną z wyobrażalnych odpowiedzi na to
pytanie jest odpowiedź, że patostreamy są czymś mającym jakiś szczególnie
niebezpieczny wpływ na osoby, które je oglądają i w konsekwencji na całe
społeczeństwo, lecz to twierdzenie należy odrzucić – nie wytrzymuje ono
krytyki, którą przeprowadziłem tu już wcześniej odwołując się do przykładów
przemocy w mediach, „mowy nienawiści” i pornografii – zresztą, gdyby twórcy
art. 255b k.k. rozumowali w jakiś tego rodzaju sposób, to powstaje pytanie,
dlaczego nie postanowili oni zakazać np. wszelkiej przemocy, czy poniżającego
traktowania jednej osoby przez drugą, nawet za jej zgodą czy to w internecie
czy w mediach w ogóle – bądź co bądź, przemocowe treści zawarte czy to w
fabularnych filmach czy w programach informacyjnych, oglądanych przez wiele
milionów ludzi z większym prawdopodobieństwem mogą mieć niebezpieczny wpływ na
niektóre ze stykających się z takimi treściami osób (i wyrażający się np.
popełnieniem przez te osoby takich czy innych przestępstw), niż patostreamy, których
widownia jest mimo wszystko znacznie mniejsza.
Drugą potencjalnie możliwą
odpowiedzią jest w tej kwestii odpowiedź, że rozpowszechnianie patostreamów
wyrządza ofiarom ukazywanych w nich czynów większą krzywdę, niż same tylko
takie czyny, i dlatego zasługuje na surowszą, od takich czynów, karalność. Może
taki argument być prawdziwy? Jeśli o to chodzi, to taki argument został
przedstawiony odnośnie wspomnianej tu już dziecięcej pornografii. Jak pisał
pewien autor przytoczony przez sędziego White’a w sprawie Ferbera „pornografia
stanowi nawet większe zagrożenie dla dziecka będącego ofiarą, niż seksualne
wykorzystanie bądź prostytucja”. Jednak ten argument opierał się na tym, że
pornografia dziecięca stanowi trwały zapis seksualnego wykorzystania dziecka,
które będzie musiało przejść przez życie wiedząc, że nagranie krąży w systemie
masowej dystrybucji pornografii dziecięcej - i świadomość tego, że tak właśnie
jest będzie utrwalała i nawet zwiększała wyrządzoną mu wskutek seksualnego
wykorzystania krzywdę. To twierdzenie traci jednak swoją moc w odniesieniu do
tych treści, które można zobaczyć wyłącznie „na żywo” – a więc klasycznych
patostreamów.
Trzecią odpowiedzią, jaka w
związku z postawionym tu wcześniej pytaniem przychodzi mi do głowy jest
odpowiedź, że autorzy art. 255b k.k. chcą przede wszystkim chronić ofiary
czynów ukazywanych w patostreamach przed wyrządzaną im wskutek tych czynów
krzywdą i wierzą przy tym w to, że zakaz rozpowszechniania nagrań takich czynów
zapobiegnie wyrządzaniu takiej krzywdy skuteczniej, niż sam tylko zakaz
dokonywania takich czynów. Czy w oparciu o takie rozumowanie można jednak
uzasadnić art. 255b k.k. w takim choćby tylko zakresie, w jakim tyczyłby się on
klasycznych patostreamów, czyli filmów, w których ktoś np. kogoś bije po to, by
via internet pochwalić się swoim wyczynem?
Takie rozumowanie mogłoby,
owszem, mieć zastosowanie w stosunku do osób myślących (mniej więcej w każdym
razie) tak: „chętnie bym temu gościowi obił facjatę, żeby to pokazać w
internecie. Ale ponieważ za pokazanie czegoś takiego grozi wyższa kara, niż za
samo tylko zrobienie tego, to tego nie zrobię”.
Ma takie rozumowanie jakiś
sens? Jeśli chodzi o to, to chciałbym zauważyć, że zakaz rozpowszechniania – i
posiadania - pornografii dziecięcej w dużej mierze opiera się na rozumowaniu,
że zakaz taki przyczyni się do zmniejszenia skali seksualnego wykorzystywania
dzieci, w każdym razie tego związanego z produkowaniem takiej pornografii. Lecz
mimo wszystko jest pewna istotna różnica pomiędzy dziecięcą pornografią, a
patostreamami. Różnica ta polega na tym, że na pornografię dziecięcą jest
przynajmniej potencjalny rynek – tworzą go pedofile, którym oglądanie takiej
pornografii sprawia przyjemność i którzy gotowi są za to płacić – a „osuszenie”
którego to rynku poprzez zagrożenie rozpowszechniania pornografii dziecięcej
odpowiednio surowymi karami może, jak stwierdził sędzia White, dostarczyć
ekonomicznego antybodźca do produkowania pornografii dziecięcej i dzięki temu
uchronić dzieci przed krzywdą związaną z jej wytwarzaniem. Ale czy istnieje
analogiczny rynek na treści ukazywane w patostreamach – którego „osuszenie”
poprzez groźbę kar za ich rozpowszechnianie mogłoby powstrzymać ich tworzenie i
zapobiec dokonywaniu popełnianych przy tej okazji przestępstw? Myślę, że
różnice między pornografią dziecięcą, a patostreamami są w tej kwestii poważne.
Wynikają one przed wszystkim z tego, że treści obecne w pornografii dziecięcej
są rzadkie. Seksu z dziećmi nie da się zobaczyć w „normalnych”, powszechnie
dostępnych filmach, programach publicystycznych, itp. (oczywiście,
zapotrzebowanie pedofilów na oglądanie seksualnych scen z udziałem dzieci może
być w sposób przynajmniej częściowy zaspokojone przez tworzenie tzw. wirtualnej
pornografii dziecięcej, w której żadne realnie istniejące dzieci nie są
przedstawiane – mając do wyboru pomiędzy groźbą wielu lat więzienia za
produkowanie, czy rozpowszechnianie – bądź posiadanie - prawdziwej pornografii
dziecięcej, a możliwością bezkarnego produkowania, rozpowszechniania czy
nabywania i posiadania pozorowanej pornografii dziecięcej, której produkcja
nikogo nie krzywdzi, zdecydowana większość ludzi, dla których mogłaby istnieć
potencjalna alternatywa między jednym, a drugim, na zdrowy rozum zdecyduje się
na to drugie). Jednak treści obecne w patostreamach rzadkie nie są. Wizualnie
nie odbiegają one od tego, co można zobaczyć w kryminałach, filmach akcji,
horrorach, czy (niekiedy przynajmniej – dokładny moment popełnienia
przestępstwa, takiego, jak np. pobicie, rzadko kiedy udaje się sfilmować komuś
nie mającemu nic wspólnego z jego popełnieniem) w materiałach dziennikarskich.
To prawda, że między brutalnymi treściami obecnymi w legalnych filmach
fabularnych, a patostreamami jest taka różnica, że te drugie przedstawiają
autentyczne, faktycznie popełnione przestępstwa. Lecz mimo wszystko treści
obecne w patostreamach w porównaniu z treściami w legalnych filmach są po
prostu (na ogół przynajmniej) słabsze – mniej efektowne. To nie są jakieś
spektakularnie wyglądające walki wręcz, strzelaniny, eksplozje, czy (pozorowane
oczywiście w normalnych filmach) zabójstwa, ale raczej amatorskie bicie, kopanie,
opluwanie, obrzucanie obelgami, itp. Bardzo więc wątpię w to, by istniał jakiś
rynek na takie treści, napędzający ich produkcję. Poza tym, jest też kwestia
wykazywanej jak się zdaje przez twórców art. 255b k.k. wiary w to, że groźba
zaostrzenia kar za przestępstwa (przynajmniej te ukazywane w patostreamach –
ale wiara ta ma prawdopodobnie charakter bardziej ogólny) odstraszy od ich
popełniania. Czy ktoś nie popełni przestępstwa pokazanego w patostreamie z tego
powodu, że grozi za nie nie – jakby to było „normalnie” – np. rok, czy dwa lata
więzienia, lecz trzy lata, a w przypadku, gdy osobą poszkodowaną przestępstwem
ukazanym w patostreamie jest nieletni pięć lat? Rozumowanie, że art. 255b k.k.
tak właśnie będzie działał opiera się na założeniu, że przestępcy kalkulują,
jaką karę mogą dostać za dokonany przez siebie czyn. Ale czy tak rzeczywiście jest?
Jeśli chodzi o to, to tak – owszem – bywa. I tak np. zostało zauważone, że
młode osoby zaczynają (czasowo przynajmniej) popełniać mniej czynów karalnych
po wejściu w wiek, w którym za takie czyny grozi już pełna, „dorosła”
odpowiedzialność karna. (14) Kierowcy, którzy na stacjach benzynowych tankują
paliwo i odjeżdżają bez zapłacenia za nie często uważają, żeby wartość tego
paliwa nie była na tyle wysoka, by mógł się nimi zająć prokurator. Szacunkowego
bilansu wielkości potencjalnych zysków i prawdopodobieństwa ryzyka złapania (i ewentualnie
też tego, czym złapanie przez policję może się skończyć) na zdrowy rozum często
dokonują też sprawcy tych przestępstw, na których popełnieniu można dużo
zarobić i których popełnienie wymaga przemyślanych, podejmowanych „na zimno”
działań – a więc osoby dokonujące wyrafinowanych oszustw, przestępstw
gospodarczych, czy handlujące dużymi ilościami narkotyków. Lecz mimo wszystko
większość przestępców nad czymś takim, jak „ile mogę za to dostać?” w ogóle się
nie zastanawia. Do jakiej kategorii przestępców – kalkulujących, czy nie
kalkulujących – należą patostreamerzy? Jeśli chodzi o to, to na zdrowy rozum
można przypuszczać, że dokonanie przestępstwa – takiego np. jak pobicie kogoś –
w celu stworzenia patostreama wymaga nieco większego przemyślenia, niż po
prostu popełnienie takiego przestępstwa samego w sobie – no, trzeba włączyć
kamerę video (najczęściej w telefonie komórkowym) i ewentualnie ustawić też
transmisję wydarzenia. Lecz mimo wszystko można przypuszczać, że generalnie
rzecz biorąc prymitywni i nie wyrafinowani umysłowo ludzie, jakimi w olbrzymiej
większości są patostreamerzy przed rozpoczęciem nagrywania patostreamu i
popełnieniem pokazanego w nim przestępstwa raczej nie zastanawiają się nad tym,
jaka kara może im za to grozić, a już szczególnie nie zastanawiają się nad
różnicą między karą grożącą za sam tylko czyn pokazany w patostreamie, a karą
grożącą za dokonanie tego czynu oraz rozpowszechnianiem jego obrazu w formie
patostreamu. Poza tym, jak już była mowa, rejestrowanie przez sprawcę
przestępstwa obrazu tego przestępstwa, czy też jego bezpośrednie transmitowanie
– np. via internet – z powodzeniem może zostać uznane przez sąd za okoliczność
obciążającą przy ustalaniu wymiaru kary za to przestępstwo – i zwiększa też
cokolwiek szansę na to, że sprawca rzeczonego przestępstwa zostanie wykryty, a
następnie złapany i skazany.
Nie od rzeczy będzie też
zauważyć, że rozpowszechnianie „patostreamów” już obecnie może być w niektórych
przypadkach karane na podstawie przepisów obowiązującego prawa. I tak np. szerzenie,
czy to w internecie, czy gdziekolwiek indziej, treści pornograficznych z udziałem
małoletniego czy też treści pornograficznch związanych z prezentowaniem
przemocy (nawet udawanej – w tym akurat zakresie art. 202 § 3 k.k. jest dla
mnie nader wątpliwy, jako że zabrania tworzenia i rozpowszechniania treści,
których produkcja nie wyrządza nikomu krzywdy) lub posługiwaniem się
zwierzęciem zagrożone jest karą od 2 do 15 lat
więzienia. W przypadku treści pornograficznych z udziałem małoletniego
przestępstwem jest samo uzyskanie dostępu do takich treści – zgodnie z art. 202
§ 4a k.k. „Kto przechowuje, posiada lub uzyskuje dostęp do treści
pornograficznych z udziałem małoletniego, podlega karze pozbawienia wolności od
3 miesięcy do lat 5”. (15) Wobec niektórych patostreamów zastosowanie może mieć
art. 191a § 1 k.k., zgodnie z którym „Kto utrwala wizerunek nagiej osoby lub
osoby w trakcie czynności seksualnej, używając w tym celu wobec niej przemocy,
groźby bezprawnej lub podstępu, albo wizerunek nagiej osoby lub osoby w trakcie
czynności seksualnej bez jej zgody rozpowszechnia, podlega karze pozbawienia
wolności od 3 miesięcy do lat 5” (zgodnie z § 2 tego artykułu jest to
przestępstwo ścigane na wniosek pokrzywdzonego). Zmuszanie kogoś do tego, by
coś konkretnego zrobił, czegoś konkretnego nie zrobił, lub wobec czegoś
konkretnego był bezczynny pod groźbą rozpowszechnienia treści ukazującej go w
jakiejś wstydliwej dla niego sytuacji podpada pod art. 191 § 1 k.k. zgodnie z którym
„Kto, stosując przemoc wobec osoby lub groźbę bezprawną, zmusza ją lub inną
osobę do określonego działania, zaniechania lub znoszenia, podlega karze
pozbawienia wolności do lat 3” – w tym kontekście istotne jest to, że według
art. 115 § 12 k.k. „Groźbą bezprawną jest zarówno groźba, o której mowa w art.
190 (przepis ten mówi o tym, że „Kto grozi innej osobie popełnieniem
przestępstwa na jej szkodę lub na szkodę osoby dla niej najbliższej, jeżeli
groźba wzbudza w osobie, do której została skierowana lub której dotyczy,
uzasadnioną obawę, że będzie spełniona, podlega karze pozbawienia wolności do
lat 3”; jest to przestępstwo ścigane na wniosek pokrzywdzonego), jak i groźba
spowodowania postępowania karnego lub innego postępowania, w którym może zostać
nałożona administracyjna kara pieniężna, jak również rozgłoszenia wiadomości
uwłaczającej czci zagrożonego lub jego osoby najbliższej – istotne tu jest
to, że wiadomość, o którą w tym akurat przypadku chodzi może być jak
najbardziej prawdziwa – pod art. 191 § 1 k.k. podpada zatem zmuszanie, czy też
usiłowanie (tu wchodzi w grę przepis ogólnej części k.k.) zmuszenia kogoś do
czegoś poprzez groźbę rozpowszechnienia filmu pokazującego, jak ten ktoś np.
zachowuje się w sposób głupi, albo np. w sposób wskazujący na to, że jest
ofermą, niedorajdą, czy ofiarą, co zwłaszcza w środowisku w którym panuje kult
siły, zaradności i męskości mogłoby zagrozić jego reputacji). Uporczywe
grożenie komuś opublikowaniem filmu (zwłaszcza kłopotliwego dla niego) z jego
udziałem mogłoby podpadać pod art. 190a § 1 k.k., zgodnie z którym „Kto przez
uporczywe nękanie innej osoby lub osoby dla niej najbliższej wzbudza u niej
uzasadnione okolicznościami poczucie zagrożenia, poniżenia lub udręczenia lub
istotnie narusza jej prywatność, podlega karze pozbawienia wolności od 6
miesięcy do lat 8”. Patostream, w którym ktoś podszywałby się pod kogoś,
zachowując się w sposób, w jaki ten ktoś się w rzeczywistości nie zachowuje, a
narażający go na wyrządzenie szkody w zakresie reputacji, czy spraw majątkowych
mógłby z kolei podpadać pod art. 190a § 2, według którego „Tej samej karze
podlega, kto, podszywając się pod inną osobę, wykorzystuje jej wizerunek, inne
jej dane osobowe lub inne dane, za pomocą których jest ona publicznie
identyfikowana, przez co wyrządza jej szkodę majątkową lub osobistą”.
Konieczność wprowadzenia do kodeksu karnego art. 255b jako środka zapobiegania
szkodom, do jakich może prowadzić rozpowszechnianie w Internecie „patostreamów”
jest zatem mocno wątpliwa.
Jeśli chodzi natomiast o kwestię
proporcjonalności rzeczonego przepisu jako środka mającego zapobiegać szkodom,
do jakich rozpowszechnianie – i tworzenie - patostreamów może prowadzić to
przypomnę to, o czym była tu już mowa, i co odnosi się głównie do literalnej
treści art. 255b k.k. – a nie tylko jego możliwych zastosowań wobec treści,
które popularnie określa się mianem patostreamów. Pod art. 255b k.k. wstępnie
przynajmniej podpada rozpowszechnianie via internet – w celu osągnięcia
korzyści majątkowej lub osobistej - wszelkich treści pokazujących popełnienie
rzeczywistego przestępstwa, o ile przestępstwo to narusza czyjeś dobro
osobiste. Wstępnie też podpada pod niego rozpowszechnianie w tym samym celu za
pomocą internetu treści, które ktoś mógłby uznać za przedstawiające takie
przestępstwo, czy też za zakazaną prawem przemoc wobec zwierzęcia, lecz
przedstawiające w rzeczywistości czyny udawane, odgrywane przez aktorów, czy
też stworzone np. za pomocą sztucznej inteligencji. Podpada pod niego
rozpowszechnianie via internet treści, w których ktoś poniża kogoś, nawet jeśli
to poniżanie (i zgadzanie się na poniżanie ze strony poniżanego) jest w
rzeczywistości symulowane i odgrywane przez aktorów – a także stworzonych przy
użyciu komputera treści przedstawiających poniżanie osoby, która w
rzeczywistości nie istnieje, przez również nie istniejącą faktycznie osobę.
Jakie przykłady konkretnych, rzeczywiście
istniejących treści mogłyby podpadać pod art. 255b k.k.? Otóż, wstępnie
przynajmniej podpadałoby pod to słynne dokonane w 2020 r. w Minneapolis
nagranie, pokazujące jak biały policjant Derek Chauvin przydusza kolanem szyję
czarnoskórego George’a Floyd’a, podczas gdy ten mówi do niego „błagam”, „nie
mogę oddychać” i „nie zabijaj mnie”. Nagranie to pokazywało popełnienie
faktycznie popełnionego przestępstwa, zagrożonego – również w Polsce – karą
pozbawienia wolności i naruszającego dobro osobiste jego ofiary. To, że osoby,
które zrobiły to nagranie i rozpowszechniły je w Internecie nie miały nic
wspólnego z popełnieniem przedstawionego w nim przestępstwa (czyli w istocie
rzeczy to, że nagranie to nie było tym, co w potocznym sensie tego słowa
określa się mianem patostreamu) nie wyłączałoby czynu polegającego na
rozpowszechnianiu via internet tego nagrania z zakresu zakazu określonego w
art. 255b k.k. – w przepisie tym nie ma mowy o tym, że przestępstwo, o którym
jest mowa w tym przepisie popełnia tylko ten, kto rozpowszechnia nagranie
takiego przestępstwa, które sam popełnił, współdziałał w jego popełnieniu, czy
nawet – powiedzmy – otrzymał nagranie tego przestępstwa od kogoś, kto miał z
jego dokonaniem bezpośredni związek. Wskazane w art. 255b k.k. jako warunek
karalności określonego w nim czynu działanie w celu osiągnięcia korzyści
majątkowej byłoby spełnione wówczas, gdyby ktoś rozpowszechniający w internecie
wspomniane tu nagranie – czy może lepiej mówiąc jakieś nagranie do niego
podobne - umożliwiłby internautom oglądającym to nagranie wpłacanie pieniędzy
na jego konto (a szczególnie już, gdyby uzależnił możliwość jego oglądania od
dokonania stosownej wpłaty); działaniem w celu osiągnięcia korzyści majątkowej
byłoby też udostępnienie w internecie takiego nagrania przez np. dziennikarza,
dla którego byłoby to częścią pracy zawodowej, za wykonywanie której dostaje on
pensję. Działaniem w celu osiągnięcia korzyści osobistej może być z kolei
działanie zmierzające do osiągnięcia, zwiększenia, czy też utrzymania zainteresowania
lub popularności, za działanie w celu osiągnięcia takiej korzyści można byłoby
– jak już wspomniałem – uznać wrzucenie jakiegoś filmu do któregoś z serwisów
społecznościowych, gdzie można za coś takiego dostać „lajki” – ponieważ
otrzymywanie lajków zazwyczaj sprawia ludziom przyjemność, to wobec tego
umieszczenie jakiegoś filmu w internecie w takim choćby celu (oczywiście,
podejrzany czy też oskarżony o przestępstwo z art. 255b mógłby przekonywać
prokuratora, czy też sędziego, że wcale mu nie zależało na osiągnięciu korzyści
osobistej w postaci „lajków”, ale nie wiem, czy ktoś taki przekonałby jednego
lub drugiego do tego, że nie działał w celu osiągnięcia takiej korzyści, jeśli
umieszczając dany film np. na YouTube mógł taką korzyść osiągnąć) mogłoby
zostać uznane za wskazane w art. 255b k.k. działanie w celu osiągnięcia
korzyści osobistej.
Dalej, sceny pokazujące poniżanie jednej
osoby przez drugą za zgodą tej pierwszej jako odgrywającego swą rolę aktora
istnieją w niezliczonych filmach fabularnych. Rozpowszechnianie w internecie „w
celu osiągniecia korzyści majątkowej lub osobistej” filmów zawierających takie
sceny wstępnie podpada pod drugi paragraf art.255b k.k. Rozpowszechnianie w
takim celu w internecie fabularnych filmów zawierających realistycznie
wyglądające sceny pozorowanych w rzeczywistości – odgrywanych przez aktorów lub
stworzonych poprzez użyciu technik komputerowych przestępstw, o ile byłyby to
zagrożone karą pozbawienia wolności przestępstwa, w przypadku których
przedmiotem naruszenia jest czyjeś dobro osobiste (w tym przypadku oczywiście
najczęściej zupełnie fikcyjnej osoby) też z punktu widzenia art. 255b §2 k.k.
niekoniecznie byłoby czymś bezpiecznym, nie narażającym sprawcy takiego czynu
na interwencję organów ścigania, a w ostateczności nawet skazujący wyrok sądu: zwróćmy
uwagę na to, że – inaczej, jak w projekcie ziobrystów z 2023 r. według którego
rozpowszechnianie w internecie treści przedstawiających pewne fikcyjne, udawane
przestępstwa miało być karalne wówczas, gdyby intencją kogoś
rozpowszechniającego via internet takie treści było przekonanie odbiorców co do
tego, że przestępstwa te zostały popełnione naprawdę – w myśl uchwalonego
brzmienia art. 255b §2 kryterium decydującym o tym, czy treść przedstawiająca
udawane popełnienie przestępstwa podpada pod ten przepis ma być to, czy może
ona wywołać przekonanie, że przedstawia zachowania określone w art. 255 §1 tj.
popełnienie czynu zabronionego zagrożonego karą pozbawienia wolności, jeżeli
przedmiotem zamachu jest dobro osobiste, przemoc wobec zwierzęcia z naruszeniem
przepisów ustawy, lub poniżające traktowanie innej osoby, nawet za jej zgodą.
Intencja przekonania odbiorów danej treści, że przedstawione w niej zachowania
są czynami naprawdę łamiącymi prawo – czyli inaczej mówiąc niejako okłamania
ich w tej kwestii – nie jest, inaczej jak w projekcie Suwerennej Polski z 2023
r. niezbędnym warunkiem popełnienia przestępstwa określonego w tym przepisie –
co, zgodnie z ogólnymi regułami prawa karnego może być wymagane, to to, by ktoś
rozpowszechniający w internecie sceny przedstawiające pozorowane dokonanie
czynów określonych w art. 255b § 1 k.k. zdawał sobie sprawę z tego, że jacyś
ludzie oglądający te sceny mogą uwierzyć w to, że przedstawiane w nich czyny są
autentyczne i godził się z możliwością takiego akurat ich odbioru. Potencjalnie
podpadają więc pod ten przepis sceny po prostu realistycznie wyglądającej,
dobrze odegranej, choć w rzeczywistości zupełnie udawanej przemocy. Choć w
przypadku scen fikcyjnych w rzeczywistości przestępstw – takich, jak zabójstwa,
napady, podpalenia, powodowanie eksplozji, kradzieże, oszustwa itp. –
przedstawianych w fabularnych filmach będzie można, możliwe nawet, że z dużym
powodzeniem, twierdzić, że nikt rozsądny nie będzie w stanie uznać, że sceny te
przedstawiają faktyczne przestępstwa – jakkolwiek trzeba pamiętać, że to zawsze
sędzia (a wcześniej prokurator) będzie decydował o tym, czy rozpowszechniona w
internecie treść miała taki charakter, że mogła wywołać u niektórych
przynajmniej jej odbiorców przekonanie, że przedstawia ona faktyczne naruszenie
prawa, a ocena tego, czy miała ona taki charakter czy też nie jest – co tu dużo
mówić – podatna na dokonanie jej poprzez pryzmat subiektywnego widzimisię.
Ale o ile jeszcze można jakoś próbować rozdzielić niezakazane per se przez art.
255b § 2 k.k. rozpowszechnianie w internecie scen realistycznie wyglądającej –
choć w rzeczywistości udawanej – przemocy w np. fabularnych filmach od
rozpowszechniania w nim treści przedstawiających przemoc fikcyjną, lecz mogącą
sprawiać wrażenie prawdziwej – kryterium oddzielającym jedno od drugiego
mogłoby (hipotetycznie rzecz biorąc) być np. to, czy przemocowa scena była
częścią filmu, w którym wiadomo, kto występował (i wiadomo np. że osoba zabita
w tej scenie nie zginęła w niej naprawdę), to rozdzielenie rozpowszechniania w
internecie znów teoretycznie niezakazanych przez ten przepis – i występujących
w wielu filmach - scen ukazujących poniżanie – choć w formie słownych zniewag –
kogoś (za oczywiście jego zgodą jako aktora), od zabronionego przez ten przepis
rozpowszechniania via internet treści przedstawiających poniżanie jakiejś osoby
nawet za jej zgodą wydaje się w ogóle niemożliwe: bądź co bądź, aktor, który w
jakiejś scenie jest zgodnie ze scenariuszem filmu np. obrzucany obelgami,
policzkowany czy wyzywany od najgorszych jest w tej scenie poniżany za swoją
zgodą jako odtwórcy danej roli. Jak takie sceny, które przecież nie są w
filmach czymś bardzo rzadko spotykanym, można byłoby odróżnić od tego, o czym
mówi art. 255b § 2 k.k.?
Obrońcy art. 255b k.k. wskazaliby zapewne
na istniejący w nim § 4, zgodnie z którym „Nie stanowi przestępstwa określonego
w § 1–3 czyn podjęty w ramach działalności artystycznej, edukacyjnej,
informacyjnej, prasowej lub naukowej albo w celu ochrony interesu publicznego”.
Ten przepis jest, oczywiście, istotny – nie mam zamiaru twierdzić, że jest on
tylko nic nie znaczącym ozdobnikiem dodanym do trzech pierwszych paragrafów
tego artykułu. Jeśli przepis taki, jak art. 255b został wprowadzony do kodeksu
karnego – to dobrze, że zawiera on również taki akurat paragraf. Ale czy zapis
zawarty w ostatnim paragrafie art. 255b k.k. na pewno chroniłby takie
działania, jak np. rozpowszechnienie w internecie nagrania przedstawiającego
pobicie kogoś przez policjantów – albo rozpowszechnianie w nim treści
przedstawiających realistycznie wyglądającą (choć fikcyjną) przemoc, bądź
poniżanie jednej osoby przez drugą za zgodą tej pierwszej jako aktora w
fabularnych filmach – czyli działania, których twórcy art. 255b k.k. – jak
mniemam – nie chcieli zakazać? Ochrona szerzenia w internecie wspomnianych
treści na podstawie art. 255 § 4 k.k. wydaje się jak najbardziej możliwa. Lecz
mimo wszystko, jest ona daleka od pewności. Ostatecznie rzecz biorąc, odnośnie
rozpowszechnienia w internecie sceny pokazującej np. to, jak ktoś jest bity
przez policjantów prokurator lub sędzia w zupełnie wyobrażalny sposób mógłby
stwierdzić, że celem działania kogoś, kto umieścił np. na YouTube taką scenę
nie było po prostu poinformowanie innych o takim akurat zdarzeniu, lecz wywołanie
nienawiści wobec policji. Odnośnie z kolei scen przemocy w fabularnym filmie
sąd mógłby uznać, że nie spełniają one kryterium artyzmu – bądź co bądź, kwestia
tego, co jest, a co nie jest sztuką bywa rzeczą sporną.
Na koniec tego tekstu chciałbym zwrócić
uwagę, że brzmienie art. 255b k.k. miało być jeszcze szersze od tego, które
zostało uchwalone w ostateczności. Pierwszy paragraf tego przepisu miał bowiem
stanowić, że przestępstwem jest publiczne i w celu osiągnięcia korzyści majątkowej
lub osobistej rozpowszechnianie za pośrednictwem sieci teleinformatycznej
treści przedstawiających popełnienie czynu zabronionego zagrożonego karą
pozbawienia wolności. Wynikałoby z tego, że za przestępstwo z art. 255b § 1
k.k. , o ile tylko sprawcy można byłoby przypisać działanie w celu osiągnięcia
korzyści majątkowej lub osobistej, można byłoby uznać publiczne
rozpowszechnianie w internecie treści przedstawiające obojętnie jakie
przestępstwo, o ile tylko byłyby to przestępstwo, za którego popełnienie można (choćby
tylko teoretycznie rzecz biorąc) trafić do więzienia. Pod art. 255b § 1 k.k.
podpadałoby w związku z tym publiczne rozpowszechnianie w internecie treści
przedstawiających takie np. przestępstwa, jak fałszowanie dokumentów,
kierowanie samochodem po pijanemu, lub nielegalne wyścigi samochodowe. A pod
art. 255b § 2 rozpowszechnianie w Internecie treści przedstawiających takie
przestępstwa popełnione wprawdzie fikcyjnie, lecz pokazane w taki sposób, że
ktoś mógłby uwierzyć w ich prawdziwość. Słowa „jeżeli przedmiotem zamachu jest
dobro osobiste” zostały dodane do art. 255b § 1 pkt. 1 k.k. podczas drugiego
czytania projektu ustawy w dniu 10 czerwca 2026 r. Dodanie tych słów – nawiasem
mówiąc, na wniosek klubu poselskiego PiS (ale zaaprobowane przez Sejm niemal
jednogłośnie) – świadczy o tym, że posłowie, którzy przegłosowali wprowadzenie
do kodeksu karnego art. 255b zachowali jakieś przynajmniej resztki zdrowego
rozsądku. Niestety jednak, zachowanie tych resztek rozsądku nie spowodowało
tego, by art. 255b k.k. stał się przepisem, którego wprowadzenie do kodeksu
karnego można byłoby uznać za potrzebne.
Przypisy:
1. Mniemam, iż sam
fakt, że jakiemuś idiocie – np. temu, który złożył donos w sprawie możliwego
popełnienia przestępstwa z art. 255b k.k. - wydawało się, że jakaś rozpowszechniona
w internecie treść przedstawia popełnienie prawdziwego przestępstwa (choć w
rzeczywistości przedstawia przestępstwo fikcyjne) nie będzie per se
wystarczający do tego, by uznać, że rozpowszechnienie via internet tej treści naruszyło
art. 255b § 2 k.k. Jakieś kryterium „zdrowego rozsądku” – czy podobne – jeśli
chodzi o problem możliwości uznania udawanego przestępstwa za prawdziwe
najprawdopodobniej będzie w sprawach o czyn z art. 255b 2 k.k. musiało być
stosowane. Zdrowy rozsądek nie jest jednak precyzyjnym kryterium oceny takiej
czy innej treści – jest to po prostu mniej lub bardziej rozsądne, ale wciąż
subiektywne widzimisię.
2. Mógłby istnieć
problem z prawnym określeniem niektórych przynajmniej treści obecnych w
patostreamach i nie przedstawiających zachowań określonych w art. 255b § 1-3
k.k. Trudno przecież jest sobie w sposób poważny wyobrazić wprowadzenie do
kodeksu karnego przepisu zakazującego rozpowszechniania treści
przedstawiających zachowania np. głupie. Mimo wszystko jednak, wyobrażalne
byłoby wprowadzenie zakazu rozpowszechniania treści ukazujących np. zachowania
szkodliwe lub niebezpieczne dla życia bądź zdrowia – bez wskazywania na to, że
muszą to być zachowania szkodliwe dla zdrowia lub życia osób innych, niż ktoś,
kto się w taki czy inny sposób zachowuje. Oczywiście, nie uważam za rzecz złą
tego, że art. 255b k.k. nie zawiera w sobie takiego akurat zakazu – chodzi mi
jedynie o to, że sformułowanie takiego zakazu byłoby teoretycznie rzecz biorąc
wyobrażalne.
3. Zdanie to pochodzi
z votum separatum sędziego Holmesa w sprawie Gitlow
v. New York z 1925 r. w której to sprawie siedmiu z dziewięciu sędziów Sądu
Najwyższego USA uznało za zgodne z amerykańską Konstytucją (I i XIV poprawką)
art.160 i 161 Prawa Karnego stanu Nowy Jork, które stanowiły co następuje: „§
160. Definicja anarchii kryminalnej. Anarchia kryminalna to doktryna, zgodnie z
którą zorganizowany rząd powinien zostać obalony siłą lub przemocą, w wyniku
zabójstwa głowy władzy wykonawczej lub któregokolwiek z jej przedstawicieli,
bądź w jakikolwiek inny bezprawny sposób. Propagowanie takiej doktryny ustnie
lub pisemnie jest przestępstwem. § 161. Popieranie kryminalnej anarchii. Każda
osoba, która: 1. Ustnie lub pisemnie nawołuje, doradza lub naucza o obowiązku,
konieczności lub stosowności obalenia zorganizowanego rządu siłą lub przemocą,
lub poprzez zabójstwo szefa władzy wykonawczej lub któregokolwiek z jej urzędników,
lub w jakikolwiek sposób niezgodny z prawem; lub, 2. Drukuje, publikuje,
redaguje, wydaje lub świadomie rozpowszechnia, sprzedaje, dystrybuuje lub
publicznie prezentuje jakąkolwiek książkę, papier, dokument lub materiał
pisemny lub drukowany w jakiejkolwiek formie, zawierający lub propagujący,
doradzający lub nauczający doktrynę, że zorganizowany rząd powinien zostać
obalony siłą, przemocą lub w jakikolwiek sposób niezgodny z prawem, jest winny
przestępstwa i podlega karze pozbawienia wolności lub grzywny, lub obu tym
karom łącznie” – a także wyrok skazujący niejakiego Benjamina Gitlowa na karę
od 5 do 10 lat więzienia za opublikowanie manifestu nawołującego do obalenia
kapitalizmu i demokracji parlamentarnej w celu ustanowienia (przejściowej – rzecz
jasna; chyba się ten Gitlow naczytał dzieł Lenina) dyktatury proletariatu;
drogą do czego według opublikowanego przez Gitlowa manifestu (określonego jako
Manifest Lewego Skrzydła Partii Socjalistycznej, które później przekształciło
się w partię komunistyczną) miały być masowe, polityczne strajki (które, co
warto zauważyć, nie były per se przestępstwem). Sędzia Oliver Wendell
Holmes (z którym zgodził się sędzia Louis Brandeis) napisał w swym zdaniu
odrębnym od zdania większości Sądu: „Mówi
się, że ten manifest był czymś więcej niż teorią, że był podżeganiem. Każda
idea jest podżeganiem. Oferuje się do uwierzenia i, jeśli się w nią uwierzy,
staje się podłożem działań, chyba że jakaś inna wiara przeważa nad nią lub jakiś
brak energii tłumi ruch w jego zarodku. Jedyną różnicą między wyrażeniem opinii
a podżeganiem w węższym sensie jest entuzjazm mówcy co do rezultatu. Elokwencja
może rozpalić rozum. Ale czegokolwiek by nie myśleć o zbędnym dyskursie, który
mamy przed sobą, nie miał on szans na wzniecenie pożaru obecnie. Jeśli w
dłuższej perspektywie przekonania o potrzebie dyktaturze proletariatu mają
zostać zaakceptowane przez dominujące siły wspólnoty, jedynym sensem wolności
słowa jest to, by dać im szansę i pozwolić im działać.
Gdyby
publikacja tego dokumentu miała na celu natychmiastowe wywołanie powstania
przeciwko rządowi, a nie w bliżej nieokreślonym czasie w przyszłości,
postawiłaby ona inne pytanie. Cel byłby taki, który prawo mogłoby uwzględnić, z
zastrzeżeniem wątpliwości, czy istnieje jakiekolwiek ryzyko, że publikacja
przyniesie jakikolwiek skutek, - innymi słowy, czy nie będzie daremna i zbyt
odległa od możliwych konsekwencji. Akt oskarżenia zarzuca jednak publikację i
nic więcej”.
Można dodać,
że opinia Sądu Najwyższego w sprawie Gitlow v. New York (oraz o dwa lata
późniejsza w sprawie Whitney v. California, według której sama przynależność do
organizacji propagującej obalenie siłą rządu mogła być uznana za przestępstwo,
nawet jeśli osoba będąca członkiem takiej organizacji opowiadała się przeciwko
takiej propagandzie) została obalona przez wspomniany w tym tekście wyrok Sądu
Najwyższego USA w sprawie Brandenburg v. Ohio z 1969 r. zgodnie z którym „konstytucyjne gwarancje wolności
słowa i prasy nie pozwalają stanowi na zakazanie propagowania użycia siły lub
złamania prawa, chyba, że takie propagowanie ma na celu podburzenie lub
wywołanie natychmiastowego bezprawnego działania i jest prawdopodobne, że
podburzy lub wywoła takie działanie”. Obecnie więc zbrojną rewolucję
komunistyczną – czy jeszcze inną – w USA propagować wolno. Jednak nikt poważny
w okresie obowiązywania wyroku w sprawie Brandenburga nie twierdził, o ile mi
wiadomo, że Stanom Zjednoczonym z powodu np. swobody ekstremistycznej
propagandy grozi taka rewolucja.
4. Np. w Wielkiej Brytanii zapadały wyroki więzienia za
wyrażenie opinii, że homoseksualizm powinien być karany śmiercią. Jakkolwiek
wypowiedzi prezentujące takie poglądy są czymś w pewnym sensie grożącym, to
mimo wszystko autorzy tych wypowiedzi nie straszą osób LGBT, że to oni ich
zamordują, lecz raczej przedstawiają szokujący – i zupełnie nierealny, jeśli
chodzi o faktyczną możliwość jego wprowadzenia – pomysł zmiany prawa. Zresztą,
moim zdaniem, karanie za nawet jednoznaczne groźby użycia przestępczej
przemocy, w przypadku, gdy groźby takie odnoszą się do całych grup tego np.
rodzaju, co osoby LGBT, czy też grupy narodowościowe, etniczne, rasowe, religijne,
polityczne (w Polsce możliwe na podstawie art. 119 § 1 k.k. zgodnie z którym „Kto stosuje
przemoc lub groźbę bezprawną wobec grupy osób lub poszczególnej osoby z powodu
jej przynależności narodowej, etnicznej, rasowej, politycznej, wyznaniowej lub
z powodu jej bezwyznaniowości, podlega karze pozbawienia wolności od 3 miesięcy
do lat 5”) – czy jeszcze innych – np. zawodowych, ludzi wyróżniających się
bogactwem, itd. jest rzeczą wątpliwą. Dlaczego? Otóż, aby uświadomić sobie
wątpliwość potrzeby karania za takie groźby, warto je porównać z groźbami
dotyczącymi konkretnych osób. Jeśli chodzi o te drugie, to jest rzeczą raczej
jasną, że ktoś, kto jest straszony przez inną osobę np. zamordowaniem jego, czy
też osoby dla niego najbliższej może odczuwać autentyczny strach o swoje
bezpieczeństwo (lub bezpieczeństwo bliskiej osoby). To z pewnością może być
wyjątkowo destrukcyjne uczucie - strach jest jedną z emocji pierwotnych,
kluczowych dla ludzkiego przetrwania. Oczywiście – to taka drobna dygresja –
może się zdarzyć, że wypowiedź literalnie grożąca komuś np. zabójstwem nie
wywołuje u niego strachu – tak może być wówczas, gdy autor groźby znany jest z
wykrzykiwania różnych głupot, lecz jest mimo wszystko człowiekiem niegroźnym i
nie stosującym przemocy, zaś adresat groźby wie o tym fakcie. Generalnie jednak
rzecz biorąc groźby np. pobicia, oblania kwasem, podpalenia, zniszczenia
samochodu, itd. mogą wywoływać u osób, do których są one kierowane autentyczny
strach przed ich spełnieniem. Ostatecznie rzecz biorąc, są to groźby dokonania
czynów, które autor groźby – załóżmy dla dobra argumentacji, że będący osobą
nie podpisującą się prawdziwym imieniem i nazwiskiem – potencjalnie może
popełnić. A w każdym razie takich, o których nie da się powiedzieć, że ich popełnienie
przez autora groźby jest niemożliwe.
Lecz jeśli ktoś grozi np. wymordowaniem
wszystkich Żydów, wszystkich Niemców, wszystkich muzułmanów, wszyskich osób
LGBT, wszystkich członków jakiejś partii politycznej, wszystkich biznesmenów,
itp. to w oczywisty sposób grozi zrobieniem czegoś, czego zrobić nie jest w
stanie – no, chyba żeby się jakoś dorwał do władzy i wprowadził rządy w stylu
hitlerowskim, czy podobnym (np. w Kambodzy pod władzą Czerwonych Khmerów Pol
Pota – tam to na 100% dostałbym motyką w łeb za noszenie okularów, zob. tu). Tak więc,
jakkolwiek groźby skierowane przeciwko całym grupom społecznym nie są czymś w
jakikolwiek sposób niewiarygodnym i nie dającym żadnych podstaw do obaw o
możliwość jakiegoś ich spełnienia – w postaci np. dokonania przez autora takiej
groźby przestępstw z nienawiści przeciwko niektórym członkom grupy będącej
obiektem takiej groźby; ostatecznie po kimś takim popełnienia takich
przestępstw można się spodziewać z cokolwiek większym prawdopodobieństwem, niż
po kimś, kto takich gróźb nie wygłasza – to jednak są one mimo wszystko czymś o
wiele mniej wiarygodnym od gróźb skierowanych przeciwko konkretnym osobom – z
powodu choćby niemożliwości, przynajmniej w dosłownym sensie, realizacji takich
gróźb (zwłaszcza, gdy są to groźby skierowane przeciwko wszystkim członkom
danej grupy). Groźby „indywidualne” i groźby „grupowe” różnią się też zazwyczaj
sposobem ich przekazywania tym osobom, do których się one odnoszą. Te pierwsze
przeważnie komunikowane są takim osobom bezpośrednio – za pomocą adresowanej do
konkretnej osoby wiadomości (może to mieć postać powiedzenie czegoś prosto w
oczy, wysłania listu, czy napisania sms’a albo maila). Te drugie pojawiają się
raczej na np. stronach internetowych (blogach, treściach video), gdzie osoby
należące do grupy, do której odnosi się groźba co najwyżej mogą się z nimi
zapoznać. Jeśli ktoś naprawdę, w sposób poważny chce zastraszyć jakieś osoby,
to raczej przekazuje im odnoszącą się do nich groźbę w sposób personalny, a nie
poprzez np. napisanie czegoś na stronie internetowej, na którą ludzie, których
jako członków jakiejś grupy tyczy się groźba najprawdopodobniej nie zajrzą.
Niezaprzeczalnie, groźby dotyczące całych
grup narodowych, etnicznych, rasowych, religijnych, itd. mogą wywoływać, czy
też powiększać u osób należących do takich grup obawę przed skierowaną
przeciwko nim przemocą. Groźby takie nie są więc czymś po prostu absolutnie
nieszkodliwym – o ich nieetyczności i niemoralności nie ma co już mówić.
Zachodzi jednak pytanie o naturę lęku czy strachu powodowanego przez takie
groźby. Jak wynika z tego, co zostało tu wcześniej powiedziane, nie jest to
raczej strach kogoś, do kogo w jaki sposób odnosi się taka groźba przed tym, że
ktoś nastaje na konkretnie jego życie. Raczej, jest to obawa przed zwiększonym
prawdopodobieństwem stania się obiektem przemocy.
Obawa taka z całą pewnością nie jest
uczuciem miłym. Problem z karaniem jakichś wypowiedzi z tego powodu, że mogą
one – i mają na celu – wywoływać takie obawy jest jednak taki, że obawy takie
mogą być wywoływane przez wypowiedzi, które póki co nie są karalne i których
nawet nikt nie proponuje zabronić. Jakie to mogą być wypowiedzi? Ot, chociażby
publikacje na temat przestępstw z nienawiści. U członków jakiejś grupy
narodowej, rasowej czy religijnej, którzy wcześniej nie wiedzieli, lub
wiedzieli bardzo niewiele o tym zjawisku, zetknięcie się z publikacją mówiącą o
skierowanych przeciwko członkom tej grupy napaściach (i np. społecznej niechęci
wobec takiej grupy) może jak najbardziej wywołać, czy powiększyć strach przed
tym, że padną oni ofiarą takich czynów. Alarmistyczne publikacje na temat
przestępczości mogą mieć podobny, co do swej istoty, efekt.
Oczywiście, jest pewna ważna różnica
między groźbami, w tym również takimi, które tyczą się całych grup społecznych,
a nie konkretnych, wyraźnie określonych osób, a publikacjami na temat np. „hate
crimes” czy przestępstw w ogóle (a także innych zagrożeń, czy to naturalnych
czy powodowanych ludzką działalnością). Te pierwsze mają na celu wywoływanie
strachu. Te drugie nie – strach może być co najwyżej ubocznym skutkiem takich
publikacji, z którego możliwości ich autorzy zdają sobie sprawę, lecz do
spowodowania którego w sposób celowy nie dążą.
Czy ta różnica między groźbami odnoszącymi
się do całych grup, a np. publikacjami na temat przestępstw z nienawiści (typu
pobicia, podpalenia, czy zabójstwa) uzasadnia prawny zakaz tych pierwszych
wypowiedzi, pomimo tego, że ich realne skutki nie odbiegają jakoś specjalnie od
tych drugich? Zwolennicy karania za wspomnianego typu groźby prawdopodobnie
muszą w jakiś tego rodzaju sposób myśleć. Ale jeśli jakaś różnica między
jednym, a drugim rodzajem wspomnianych tu wypowiedzi naprawdę istnieje to jest
to różnica moralna. Polega ona na tym, że autorzy gróźb (w tym również gróźb
„grupowych”) działają ze złym zamiarem, podczas gdy autorzy np. tekstów o „hate
crimes” ze złym zamiarem – tj. w tym przypadku zamiarem wywołania strachu przed
przemocą – nie działają.
Jest wspomniana tu zła intencja powodem do
karania za „grupowe” groźby? Oczywiście, intencja w prawie karnym jest rzeczą niezmiernie
ważną. Prawo to byłoby czymś koszmarnym w przypadku braku tego elementu. Gdyby
zamiar nie był niezbędnym elementem przestępstwa, to wówczas nieumyślne, czy
nawet zupełnie przypadkowe, niemożliwe do przewidzenia i do uniknięcia
spowodowanie czyjejś śmierci mogłoby być traktowane identycznie, jak morderstwo
z premedytacją. Gdyby sama tylko możliwość spowodowania u np. czytelników
jakiegoś tekstu obawy przed tym, że coś złego może im się stać mogła być
przesłanką karalności wypowiedzi, to zakazane mogłyby być publikacje na temat
np. przestępczości – a także różnych potencjalnie możliwych nieszczęść i
katastrof. Nikt tego by raczej nie chciał.
Jednak jakkolwiek zła intencja jest (na
ogół – bo istnieją przecież przestępstwa nieumyślne) niezbędnym warunkiem
karania za przestępstwa, w tym także za groźby, to powstaje pytanie o to, czy
jest ona czymś do tego per se wystarczającym. Jest to moim zdaniem
najdelikatniej mówiąc wątpliwe. Co wskazuje na wątpliwość samej tylko intencji
jako wystarczającej przesłanki karalności takiego czy innego czynu? Otóż,
chociażby polskie prawo i traktowanie przez to prawo (w praktyce, bo nie jest
to zapisane w kodeksie karnym) czegoś takiego, jak tzw. usiłowanie bezwzględnie
nieudolne – tj. dokonane przy użyciu środka, za pomocą którego w żadnym
przypadku nie można popełnić zamierzonego przestępstwa. Jeśli więc ktoś,
szczerze wierząc w czarną magię wbija szpilki w czyjeś zdjęcie i wypowiada przy
tym stosowne do tej okazji zaklęcia, to jak najbardziej może mieć zamiar
wyprawienia kogoś na tamten świat. Jednak ktoś taki, pomimo swojej morderczej
intencji nie zostałby skazany w polskim sądzie za (nawet nieudolne) usiłowanie
zabójstwa z tego po prostu powodu, że za pomocą wbijania szpilek w zdjęcia i
wypowiadania klątw ludzi zabijać się nie da.
Groźba odnosząca się do całej grupy
społecznej, w odróżnieniu od wbijania szpilek w czyjeś zdjęcie w czterech
ścianach swego mieszkania jest czymś, co może mieć pewne negatywne skutki.
Jeśli jednak różni się czymś ona od wspomnianych tu wcześniej rodzajów
wypowiedzi, które mogą mieć podobne efekty, a są jednak czymś legalnym, to
różni się od tych wypowiedzi pod względem moralnym. Czy niemoralność jakichś
wypowiedzi jest wystarczającym powodem do tego, by zakazać takich wypowiedzi i
karać za nie? Gdyby uznać, że tak, to byłoby to bardzo niebezpiecznym
podejściem. Wielu ludzi za niemoralne uważa np. wypowiedzi propagujące takie
idee, jak małżeństwa osób tej samej płci, czy możliwość adoptowania dzieci
przez tego typu pary. Za niemoralne uchodzi na ogół propagowanie dyskryminacji
i segregacji narodowościowej czy rasowej. Jednak jeszcze jakieś 60 lat temu w
południowych stanach USA za niemoralne uchodziły wypowiedzi propagujące rasową
równośc i desegregację. To, co jest postrzegane jako „moralne” i „niemoralne”
jest czymś płynnym i zmiennym.
Wspomniana tu różnica pomiędzy zamiarem
zastraszania (obecnym w przypadku gróźb, w tym także odnoszących się do całych
grup społecznych), a tylko uświadomioną możliwością wywołania obawy o
bezpieczeństwo (którą to możliwość najprawdopodobniej uświadamiają sobie
autorzy tekstów o np. przestępstwach z nienawiści) też niekoniecznie musi być
różnicą w praktyce jasną i taką, że nie może być wątpliwości co do tego, jaki
był zamiar autora wypowiedzi – czy bezpośredni, polegający na chęci wywołania u
członków jakiejś grupy strachu przed przestępstwami na ich szkodę, czy raczej
„ewentualny” – polegający na zdawaniu sobie sprawy z możliwości wzbudzenia
takiego strachu i godzenia się z potencjalną możliwością zaistnienia takiego
efektu – który może występować w przypadku np. autora publikacji o
przestępstwach z nienawiści przeciwko członkom jakiejś grupy.
Lecz gdyby nawet „grupowe groźby” były pod
względem swej intencji łatwo odróżnialne od np. publikacji na temat „hate crimes”,
to groźby te mają mimo wszystko – w przeciwieństwie do (z reguły przynajmniej)
gróźb „personalnych” – cechy przemawiające za traktowaniem takich gróźb jako
korzystania z wolności słowa. Jakie to są cechy? Otóż, po pierwsze, adresaci
„grupowych” gróźb, w odróżnieniu od adresatów gróźb dotyczących konkretnych
osób nie są z reguły tzw. przymusowymi słuchaczami, zmuszanymi do słuchania lub
czytania czegoś, czego słuchać czy też czytać nie chcą, a co przy tym jest dla
nich wyraźnie nieprzyjemne. Jak w wydanym w 1970 r. orzeczeniu w sprawie Rowan v. U.S. Post
Office Department stwierdził Sąd Najwyższy USA „nikt nie ma prawa narzucać nawet „dobrych” idei niechętnemu
odbiorcy”. Personalne, dotyczące konkretnych osób groźby narzucają odbiór
poniekąd złych idei niedobrowolnym odbiorcom w sposób, w jaki odbioru takich
idei nie najczęściej nie narzucają groźby dotyczące całych grup.
Poza tym,
jest jeszcze jedna różnica pomiędzy groźbami „personalnymi”, a „grupowymi”.
Jest ona taka, że groźba dotycząca np. będącego prywatną osobą Jana Kowalskiego
nie jest częścią czegoś, co w poważnym sensie tego słowa można uznać za opinię
publiczną. Lecz groźba odnosząca się do np. wszystkich Rosjan, Ukraińców,
Żydów, Niemców, katolików, protestantów, prawosławnych, muzułmanów, członków
PiS, członków KO, członków Lewicy jest – podobnie, jak każda inna wypowiedź na
temat tego rodzaju grupy – częścią takiej opinii. Groźby takie – podobnie, jak
nie zawierająca takich gróźb (a tylko np. obelgi czy insynuacje) „mowa
nienawiści” są wyrazem tego co niektórzy ludzie myślą (niestety) o członkach
takich grup jako pewnych zbiorowościach. Świadomość tego, że w społeczeństwie
istnieją myśli wyrażane w formie takich gróźb z pewnością nie jest rzeczą miłą.
Ale czy możliwość zapoznania się z takimi myślami – którą zakaz ich wyrażania
może bądź co bądź utrudniać – nie jest ogólnie rzecz biorąc korzystna dla
społeczeństwa, w tym także – a może nawet zwłaszcza – dla osób należących do
grup, których dotyczą takie myśli?
Groźby nie
dotyczące konkretnych osób, lub ich małych, ściśle określonych grup (np.
członków mieszkającej w jednym domu rodziny) nie powinny więc być, co do
ogólnej zasady, karalne. Od tej zasady mogą jednak istnieć pewne uzasadnione
wyjątki. Jakie? Otóż, mogą się one tyczyć np. gróźb wywołujących masową panikę,
a także zdarzenia tego rodzaju, co ewakuacja szpitala, szkoły, sądu, urzędu,
lotniska, dworca kolejowego, metra, itd. Mogą się one tyczyć takich gróźb,
które nie odnosząc się do żadnych konkretnych osób bezpośredni zmierzają do
ograniczenia praw obywatelskich członków jakiejś grupy – wyobraźmy sobie w tym
kontekście sytuację, że lider znanej z przemocowych zachowań nacjonalistycznej
bojówki grozi użyciem przemocy wobec tych osób należących do jakiejś grupy
narodowej, rasowej, religijnej, czy też np. osób LGBT, jeśli osoby wejdą na
jakiś publiczny teren, który bojówka ta uważa za swoją własność – nie odnosząc
się przy tym do żadnych konkretnych takich osób. Taka groźba jak najbardziej
może naruszać prawa członków jakiejś grupy do swobodnego poruszania się. Jednak
groźba polegająca na napisaniu gdzieś w Internecie czegoś w stylu „zabiję
wszystkich (nazwa grupy, do której odnosi się groźba) niczyich praw nie
narusza. Nie narusza przecież ona niczyjego prawa do życia, zdrowia, własności,
czy też wolności. Prawem, które taka groźba może naruszać może być jakieś prawo
do tego, by czuć się w sposób absolutnie bezpieczny. Lecz prawo takie, jak była
tu już mowa mogą naruszać wypowiedzi, które nie są karalne – oprócz
wspomnianych tu publikacji na temat przestępstw, w tym m.in. „hate crimes” mogą
naruszać je treści na temat możliwych skutków katastrof kosmicznych (takich np.
jak uderzenie asteroidy – co prawda nie jest obecnie znany żaden duży obiekt,
który mógłby uderzyć w Ziemię, lecz co z przypadkiem tego rodzaju, że obiekt
taki nadleciałby od strony Słońca, tak, że wizualnie ginąłby w jego blasku?),
katastrof przemysłowych – spowodowanych np. wyciekiem jakiegoś toksycznego gazu
(vide katastrofa w Bhopalu w 1984 r. w Indiach), czy chorób, na których
wystąpienie lub nie ludzie i tak (w niektórych przypadkach) nie mają wpływu, a
których wskutek przeczytania czegoś na ich temat mogą się przecież bać. I
trzeba też powiedzieć, że takiego, hipotetycznego tak naprawdę, prawa – którego
istnienie założyłem tu dla dobra argumentacji – po prostu nie ma. Ponieważ
takie wypowiedzi, jak ta o której powyżej wspomniałem (które, owszem, mogą
zostać podciągnięte pod art. 119 § 1 k.k. – odnośnie tego przepisu zachodzi,
tak swoją drogą, pytanie, dlaczego zabrania on gróźb odnoszących się do pewnych
grup osób, lecz nie do innych – o ile na podstawie tego przepisu można karać za
groźby odnoszące się do jakiejś grupy narodowej, etnicznej, rasowej,
politycznej, wyznaniowej, czy charakteryzującej się brakiem wyznania
religijnego, to nie można w oparciu o ten przepis karać za groźby odnoszące się
do np. pracowników jakiegoś wielkiego, zatrudniającego tysiące osób
przedsiębiorstwa, członków jakiegoś nie-politycznego stowarzyszenia, osób o
określonym wyglądzie – który to wygląd nie jest związany z ich przynależnością
narodową, etniczną, rasową, czy wyznaniową – albo do osób o np. wielkim majątku,
czy określonych poglądach, nie należących jednak do jakiejś partii politycznej.
Są groźby skierowane przeciwko takim grupom osób czymś koniecznie mniej
krzywdzącym i szkodliwym, niż te groźby, które są penalizowane przez art. 119 §
1 k.k.?) naruszają co najwyżej takie prawo (w sensie prawa osobistego, po
angielsku „right”; oczywiste jest, że mogą one naruszać prawo w sensie
angielskiego „law”), które nie istnieje, nie powinny być one traktowane jako
przestępstwo.
5. Przepisy te stanowią, że: „Art. 256. § 1. Kto publicznie
propaguje nazistowski, komunistyczny, faszystowski lub inny totalitarny ustrój
państwa lub nawołuje do nienawiści na tle różnic narodowościowych, etnicznych,
rasowych, wyznaniowych albo ze względu na bezwyznaniowość, podlega karze
pozbawienia wolności do lat 3. § 1a. Tej samej karze podlega, kto publicznie
propaguje ideologię nazistowską, komunistyczną, faszystowską lub ideologię
nawołującą do użycia przemocy w celu wpływania na życie polityczne lub społeczne.
§ 2. Karze określonej w § 1 podlega, kto w celu rozpowszechniania produkuje,
utrwala lub sprowadza, nabywa, zbywa, oferuje, przechowuje, posiada,
prezentuje, przewozi lub przesyła druk, nagranie lub inny przedmiot,
zawierające treść określoną w § 1 lub 1a albo będące nośnikiem symboliki
nazistowskiej, komunistycznej, faszystowskiej lub innej totalitarnej, użytej w
sposób służący propagowaniu treści określonej w § 1 lub 1a. § 3. Nie popełnia
przestępstwa sprawca czynu zabronionego określonego w § 2, jeżeli dopuścił się
tego czynu w ramach działalności artystycznej, edukacyjnej, kolekcjonerskiej
lub naukowej. § 4. W razie skazania za przestępstwo określone w § 2 sąd orzeka
przepadek przedmiotów, o których mowa w § 2, chociażby nie stanowiły własności
sprawcy. Art. 257. Kto publicznie znieważa grupę ludności albo poszczególną
osobę z powodu jej przynależności narodowej, etnicznej, rasowej, wyznaniowej
albo z powodu jej bezwyznaniowości lub z takich powodów narusza nietykalność
cielesną innej osoby, podlega karze pozbawienia wolności do lat 3”.
6. Zachodzi też pytanie, czy w przypadku takich zwłaszcza osób
nie jest tak, że efektem zakazów „mowy nienawiści” i kar za taką „mowę” jest
przede wszystkim podsycanie poczucia prześladowania za szczerze wyznawane przez
nich poglądy i wywoływanie emocji zwiększających ryzyko sięgnięcia po przemoc.
Różnego rodzaju nienawistnicy mogą odbierać zakazy „mowy nienawiści” i
zwłaszcza praktyczne egzekwowanie tych zakazów jako nic innego, niż jak po
prostu wytoczoną im przez państwo, oraz pewne grupy narodowe, etniczne, rasowe,
religijne czy jeszcze inne posługujące się państwem jako swoim narzędziem
wojnę. A na wojnie, jak wiadomo – strzela się. W „wojnie” o której jest tu mowa
podejmowanymi przez organy państwa działaniami są zatrzymania, aresztowania,
przeszukania, konfiskaty przeznaczonych do rozpowszechnienia książek i
czasopism – bądź komputerów mogących zawierać jakieś zakazane prawem treści – a
także, rzecz jasna, akty oskarżenia i wyroki skazujące autorów rasistowskich,
antysemickich, homofobicznych i innych „nienawistnych” wypowiedzi. Jaką jednak
broń mają we wspomnianej wojnie do dyspozycji rasiści, ksenofobi, antysemici, homofobi
itd.? Otóż, bez wątpienia jedną: bezprawną przemoc. Rzecz jasna – nie wszyscy z
ludzi, o których tu mowa, po nią sięgną – zrobi to najprawdopodobniej tylko
jakaś drobna część z nich. Ale u części osób o rasistowskich, antysemickich,
homofobicznych itp. poglądach, które w przypadku braku represji za ekspresję
takich poglądów wyrażaliby je w sposób pokojowy (choć być może nieprzyjemny,
obraźliwy lub wręcz szokujący) wskutek prześladowań za „hate speech” może
narodzić się przekonanie, że skoro państwo nie szanuje ich praw do swobodnego głoszenia
swoich poglądów – które, generalnie rzecz biorąc, mają wszyscy inni – to oni
również nie muszą przestrzegać praw państwa, które ich prześladuje i nie
respektuje w ich przypadku tego, co generalnie rzecz biorąc zdaniem także
(przynajmniej deklaratywnie i w sposób ogólnikowy) funkcjonariuszy tego państwa
stanowi (choć nie w odniesieniu akurat do nich) podstawowe ludzkie prawa –
takie, jak prawo do swobodnego wypowiadania się, a także wolności zrzeszania
się i zgromadzeń. Krótko mówiąc ludzie tacy mogą dojść do wniosku, że skoro
państwo, a za jego pośrednictwem takie czy inne grupy narodowościowe, etniczne,
rasowe, religijne czy jeszcze inne stosują wobec nich przemoc – np. wsadzając
niektórych ludzi głoszących rasistowskie, antysemickie, homofobiczne itp.
poglądy do więzienia – to również moralnie usprawiedliwione jest uciekanie się
do przemocy z ich strony.
Warto też we wspomnianym
kontekście przytoczyć fragment książki amerykańskiego psychologa społecznego
Roberta Cialdiniego „Wpływanie na ludzi – teoria i praktyka” dotyczący
niezamierzonych efektów cenzury. Pisze on w nim tak: „Choć
istnieje wiele badań dotyczących ludzkich reakcji na materiały nadające się ze
swej natury do cenzurowania - przemoc w mass mediach, pornografia, radykalna
retoryka polityczna - zdumiewająco mała liczba badań dotyczy reakcji na samą
cenzurę. Choć nieliczne, badania te przyniosły jednak bardzo zgodne i
jednoznaczne wyniki. Niemal zawsze reakcją na zakaz jakiej informacji jest
wzrost pragnienia zapoznania się z tą informacją oraz wzrost pozytywnego
ustosunkowania się do kwestii, której ona dotyczy. (Ashmore, Ramchandra i Jones, 1971; Wicklund i Brehm, 1974; Worchel i
Arnold, 1973; Worchel Arnold i Baker, 1975; Worchel, 1992).
Wzrost ochoty do zapoznania
się z zakazaną informacją wydaje się prawidłowością dosyć oczywistą; bardziej
intrygujący jest natomiast wzrost wiary w stanowisko zajmowane przez zakazany
komunikat, nawet jeżeli komunikat ten nie został w istocie odebrany. Na
przykład, kiedy studenci Uniwersytetu Północnej Karoliny dowiedzieli się, że na
ich uniwersytecie zakazano wygłoszenia mowy potępiającej koedukacyjne akademiki
dla studentów, sami stali się bardziej nieprzychylnie ustosunkowani do pomysłu
takich akademików (Worchel i in., 1975). Tak więc nawet i bez wysłuchania
mowy, studenci uwierzyli w zajmowane w niej stanowiska.
Prawidłowość ta nasuwa dość
niepokojącą możliwość, że osoby bystre, choć nie mające dobrych argumentów na
rzecz własnego stanowiska, mogą przekonywa do niego innych poprzez
doprowadzanie do całkowitego czy częściowego ocenzurowania swojego komunikatu.
Ironia polega na tym, że dla tego rodzaju osób - na przykład członków
drobnych, a ekstremistycznych partii politycznych - skuteczną strategią jest
nieupublicznienie swoich niepopularnych poglądów, lecz sprowokowanie do ich
oficjalnego ocenzurowania, a potem upublicznienie samego faktu ocenzurowania.
By może autorzy Konstytucji Amerykańskiej okazali się bardziej przenikliwymi
psychologami społecznymi, niż by się wydawało, gdy w słynnej Pierwszej Poprawce
zapewnili naszemu narodowi nieograniczoną wolność słowa. Odmawiając
ograniczania wolności słowa, nawet w imię szlachetnych celów, autorzy Poprawki
próbowali być może zminimalizować prawdopodobieństwo takiego rozwoju wydarzeń,
w którym jakieś poglądy polityczne zdobywałyby sobie rosnące poparcie nie z
powodu swej treści, lecz z tej irracjonalnej w gruncie rzeczy przyczyny, że ich
głoszenie jest zakazane” (drobna uwaga na temat przytoczonej tu
wypowiedzi Cialdiniego – będącego psychologiem, a nie historykiem prawa – otóż
wcale nie jest jasne, czy autorom Pierwszej Poprawki do Konstytucji USA
chodziło o to, by zapewnić Amerykanom nieograniczoną wolność słowa, czy może
tylko o to, by zakazać ograniczania wolności słowa przez federalny Kongres –
zwróćmy w tym kontekście uwagę na brzmienie tego przepisu: „Żadna ustawa
Kongresu nie może wprowadzić religii ani zabronić swobodnego praktykowania jej,
ograniczać wolności słowa lub prasy ani prawa ludu do spokojnych zgromadzeń lub
do składania naczelnym władzom petycji o naprawienie krzywd” – lecz nie przez
parlamenty stanowe. Generalnie rzecz biorąc w kontekście wypowiedzi Cialdiniego
ważne jest jednak to, że w czasach współczesnych – datujących się gdzieś od lat
60 XX wieku I Poprawka, rozciągnięta na stany na mocy XIV Poprawki (zob. w https://libr.sejm.gov.pl/tek01/txt/konst/usa-s.html) interpretowana jest w ten sposób, że gwarantuje ona
mieszkańcom USA bardzo daleko posuniętą, niemal absolutną swobodę wypowiedzi).
7. W Niemczech, swoją
drogą, obowiązuje przepis nieco zbliżony do uchwalonego obecnie art. 255b k.k.
– jest to art. 131 tamtejszego kodeksu
karnego, który stanowi, że: 1) Kto 1. pobiera treść (art. 11 ust. 3))
opisującą okrutne lub w inny sposób nieludzkie akty przemocy wobec ludzi lub
istot humanoidalnych w sposób gloryfikujący lub pomniejszający takie akty
przemocy lub przedstawiającą okrutne lub nieludzkie aspekty zdarzenia w sposób
naruszający godność człowieka i - a) rozpowszechnia lub udostępnia publicznie -
b) oferuje, dostarcza lub udostępnia osobie poniżej 18. roku życia, lub 2.
wytwarza, pozyskuje, dostarcza, przechowuje, oferuje, reklamuje lub zobowiązuje
się do importu lub eksportu treści (art. 11 ust. 3)), o których mowa w pkt 1, w
celu korzystania z nich w rozumieniu pkt 1 lub ułatwienia takiego korzystania
innej osobie, podlega karze pozbawienia wolności na czas nie dłuższy niż rok
albo karze grzywny. W przypadkach określonych w zdaniu 1 pkt 1 usiłowanie jest
karalne. (2) Ustępu (1) nie stosuje się, jeżeli czyn służy relacjonowaniu
bieżących lub historycznych wydarzeń. (3) Przepisu ust. (1) zdanie 1 pkt 1 lit.
b) nie stosuje się, jeżeli działa osoba mająca obowiązek opieki i pieczy nad
inną osobą; przepisu tego nie stosuje się, jeżeli osoba mająca obowiązek opieki
i pieczy rażąco narusza obowiązek opieki i wychowania poprzez oferowanie,
dostarczanie lub udostępnianie takich materiałów.
8. Należy jednak zauważyć, że w ostatnich
latach liczba stwierdzonych w Japonii gwałtów bardzo poważnie wzrosła. I tak
np. w 2022 r. Krajowa Agencja Policji odnotowała 1665 takich przestępstw, w
2023 r. 2711 takich przestępstw, zaś w latach 2024 i 2025 przestępstw takich
stwierdzono w Japonii 3936 i 4177. Jednak, jak podaje AI „Gwałtowny skok liczby
rejestrowanych przestępstw po 2022 roku nie wynika z nagłego pogorszenia
bezpieczeństwa fizycznego, lecz ze zmian
w japońskim prawie karnym. Przede wszystkim, w lipcu 2023 roku weszła w życie kluczowa reforma, która
redefiniowała pojęcie gwałtu. Dotychczasowy wymóg udowodnienia „użycia przemocy
lub groźby” zastąpiono kryterium braku
świadomej zgody (niekonsensualny stosunek
płciowy). Do kategorii gwałtów włączono czyny, które wcześniej kwalifikowano
jako inne, łagodniejsze przestępstwa seksualne. Ponadto wspomniane tu
zmiany w prawie oraz kampanie społeczne zachęciły ofiary do
częstszego zgłaszania przestępstw na policję, co bezpośrednio wpłynęło na
statystyki.
9. Psycholog Hugo Mercier napisał z kolei, że „religijny prozelityzm,
propaganda, reklama i tak dalej nie są bardzo efektywne w zmienianiu ludzkich
umysłów, zaś akceptacja przekonań prowadzących do kosztownych zachowań jest
czymś jeszcze mniej prawdopodobnym”. Warto
też zwrócić uwagę na to, co w swym tekście „’Hate
Speech” Does Not Incite Hatred” – odnosząc
się do ludobójstwa w Rwandzie i roli, jaką w tym ludobójstwie miała rzekomo
odegrać „mowa nienawiści” uprawiana przez tzw. Radio Tysiąca Wzgórz napisał
Gordon Danning „popularna narracja dotycząca roli „radia nienawiści” ignoruje
dwadzieścia lat badań, które znajdują niewiele dowodów na to, że audycje
radiowe powodowały, że ludzie angażowali się w ludobójstwo. Na przykład badanie
opublikowane w ‘Criminology’ z 2017 r. nie wykazało żadnego statystycznie
istotnego związku między narażeniem na działanie radia a zabijaniem. Co więcej,
antropolog Charles Mironko przeprowadził wywiady ze stu skazanymi sprawcami i
stwierdził, że wielu z nich albo nie słyszało audycji ‘radia nienawiści’ albo
błędnie je interpretowało, zaś politolog z University of Wisconsin, Scott
Straus, odkrył, że to presja współobywateli i osobiste apele, a nie nienawiść
pobudzana przez radio, były tym, co motywowało większość sprawców. Podobnie,
obszerna książka politolożki Lee Ann Fujii na temat ludobójstwa w Rwandzie
wykazała, że ci, którzy brali udział w ludobójstwie, nie wykazywali jakiegoś
niezwykłego poziomu strachu lub nienawiści wobec Tutsi. Zamiast tego
uczestniczyli oni w nim na skutek osobistych relacji z lokalnymi elitami,
często dlatego, że obawiali się reperkusji, gdyby nie brali udziału. Nienawiść
nie miała z tym nic wspólnego”. Jak konkluduje wspomniany autor „konsensus
między naukowcami jest jasny: ‘mowa nienawiści’ nie powoduje nienawiści. Raczej,
w zakresie w jakim ma ona jakikolwiek wpływ na przemoc, to poprzez to, że
ułatwia takie działania osobom już skłonnym do stosowania przemocy, głównie
poprzez nałożenie imprimatur oficjalnej aprobaty na akty przemocy i sprawienie
tym samym, że ludzie, którzy już są nienawistni i skłonni do przemocy uznają,
że akty przemocy mogą im ujść na sucho”. Według Danninga oznacza to, że „cenzurowanie
‘mowy nienawiści ze strony zwykłych ludzi jest bezcelowe – niebezpieczna może
być wyłącznie „mowa nienawiści” ze strony elit (i nawet wtedy nie poprzez
tworzenie nienawiści). Nie ma dowodów na to, że „mowa nienawiści” zwykłych
ludzi ma jakikolwiek wpływ na przemoc”. Według Danninga „wbrew popularnemu
przekonaniu mało jest dowodów na to, że propaganda jest zdolna zmieniać umysły
– jest raczej tak, że jest ona generalnie rzecz biorąc efektywna wśród tych,
którzy już się z nią zgadzają i przynosząca skutki odwrotne od zamierzonych
wśród tych, którzy nie zgadzają się z nią. Ta prawidłowość dotyczyła nawet
nazistowskiej propagandy antyżydowskiej w III Rzeszy, która zmniejszyła liczbę
donosów na Żydów przez zwykłych ludzi na tych terenach, które historycznie nie
były antysemickie”.
10.
Pisałem
o tym m.in. tu https://bartlomiejkozlowski.pl/apelporno.htm
i tu https://bartlomiejkozlowski.pl/virtualchildporn.htm.
Jeśli ktoś uważa, że wirtualna pornografia dzieciąca – podpadająca swoją drogą
pod art. 202 § 4b polskiego k.k., zgodnie z którym „Kto produkuje,
rozpowszechnia, prezentuje, przechowuje lub posiada treści pornograficzne
przedstawiające wytworzony albo przetworzony wizerunek małoletniego
uczestniczącego w czynności seksualnej podlega karze pozbawienia wolności do
lat 3” powinna być zakazana (pomimo tego, że jej produkcja, inaczej jak
prawdziwej pornografii dziecięcej nikogo nie krzywdzi) dlatego, że może ona
wpływać na osoby o skłonnościach pedofilskich w sposób mogący przyczyniać się
do popełniania przez nie przestępstw seksualnych na szkodę dzieci, to warto mu
przytoczyć fragment opublikowanego w 2001 r. artykułu Amy Adler „The Perverse Law
of Child Pornography”: „Problemem regulacji
prawnej jest to, że pedofile często czerpią stymulację z tych samych zdjęć,
które osoby nie będące pedofilami uważają za nieszkodliwe, które wychwalamy i
cenimy: weźmy tu pedofilski magazyn Paidika, określający się jako internetowe
„czasopismo pedofilii”. Na jego stronie internetowej nie znajdują się
odrażające akty seksualne z udziałem dzieci, lecz zdjęcia dzieci, które
mogłabym określić jedynie jako „słodkie”. Paidika udostępnia również linki dla zainteresowanych
pedofilów do Vogue Bambini, włoskiego magazynu mody dla dla dzieci. Paidika
prezentuje na swojej stronie internetowej niedawną okładkę Vogue,
przedstawiającą dziecięcą gwiazdę Macauleya Culkina i blondynkę. Dzieci, ubrane
w grube zimowe płaszcze i czapki, uśmiechają się anielsko do aparatu. W
rzeczywistości niektórzy pedofile mogą preferować „niewinne” zdjęcia. Według
niektórych teoretyków siła stymulacji obrazem może być odwrotnie
proporcjonalna do jego jawnie seksualnej natury: może być tak, że to właśnie
niewinność – seksualna naiwność – przedstawionego dziecka jest tym, co jest
seksualnie pobudzające. Tak więc, sama szczególna natura pedofilskiego pragnienia
może uczynić zarządzanie dziecięcą pornografią zadaniem niemożliwym do
realizacji. Jeden z autorów donosi, że członkowie Północy Amerykańskie
Stowarzyszenie Miłości Mężczyzn i Chłopców (NAMBLA – organizacja dla pedofilów,
z których wielu przebywa w więzieniu) znajduje stymulację erotyczną, oglądając
dzieci w telewizji, w Disney Channel i filmach głównego nurtu. Jak pisze ten
autor: „Odkryłem 'porno' NAMBLA i było to Hollywood”.
Oczywiście, w miarę poważnym argumentem na
rzecz zakazu wirtualnej pornografii dziecięcej – w każdym razie takiej, której
nie da się odróżnić od pornografii prawdziwej – jest to, że swoboda
produkowania, rozpowszechniania, nabywania i posiadania takiej pornografii może
uniemożliwić ściganie i karanie za produkowanie, rozpowszechnianie itd.
pornografii z udziałem rzeczywistych dzieci z racji działania zasady „in dubio,
pro reo” (w razie wątpliwości należy orzec na korzyść oskarżonego). Lecz
jakkolwiek obawa przed uniemożliwieniem tępienia prawdziwej pornografii
dziecięcej – przy legalności wirtualnej pornografii dziecięcej – wskutek
działania tej zasady nie jest zupełnie bezzasadna, to mimo wszystko wydaje się,
że potencjalni producenci seksualnie pobudzających – przynajmniej dla pedofilów
– treści przedstawiających dzieci mając do wyboru działalność zagrożoną
wieloletnim więzieniem i działalność w pełni legalną zdecydują się raczej na tą
drugą – i to szczególnie wówczas, gdy jej efekty będą mogły wyglądać tak samo,
jak efekty tej pierwszej.
12.
Jakkolwiek
zakazy pornografii z udziałem prawdziwych dzieci są generalnie rzecz biorąc
słuszne, to wypada stwierdzić, że zakazy te mają pewne problematyczne
marginesy. Co np. z produkowaniem, rozpowszechnianiem, czy posiadaniem treści
pornograficznych przedstawiających wyłącznie te osoby, które same wytwarzają,
rozpowszechniają (poprzez np. wrzucenie do internetu), lub posiadają takie
treści – bądź ewentualnie także osoby, które w pełni świadomie i dobrowolnie
zgodziły się na wytworzenie, rozpowszechnienie, czy też posiadanie takich
treści (weźmy tu przykład pary osób, która postanowiła sfilmować swoje łóżkowe
wyczyny i pochwalić się nimi w internecie). Powinno się takich ludzi wsadzać do
więzienia – albo, powiedzmy, do poprawczaka? Zdroworozsądkowa odpowiedź na to
pytanie brzmi „nie” – ale literalne brzmienie art. 202 § 3 k.k. („Kto w celu
rozpowszechniania produkuje, utrwala lub sprowadza, przechowuje lub posiada
albo rozpowszechnia lub prezentuje treści pornograficzne z udziałem
małoletniego albo treści pornograficzne związane z prezentowaniem przemocy lub
posługiwaniem się zwierzęciem, podlega karze pozbawienia wolności od lat 2 do
15”), art. 202 § 4 k.k. („Kto utrwala treści pornograficzne z udziałem
małoletniego, podlega karze pozbawienia wolności od roku do lat 10”) i art. 202
§ 4a k.k. („Kto przechowuje, posiada lub uzyskuje dostęp do treści
pornograficznych z udziałem małoletniego, podlega karze pozbawienia wolności od
3 miesięcy do lat 5”) nie wyklucza uznania takich zachowań za przestępstwa –
lub czyny karalne na podstawie ustawy o postępowaniu w sprawach nieletnich –
nigdzie w tych przepisach nie ma mowy o tym, że karalne na ich podstawie jest
produkowanie, przechowywanie, posiadanie, prezentowanie czy rozpowszechnianie
tylko takich treści pornograficznych z udziałem małoletniego, które ukazują
(przynajmniej także) osobę inną niż ta, która wytworzyła, posiadała,
przechowywała lub rozpowszechniła daną treść. Dalej, problematyczny jest zakres
zakazu posiadania i przechowywania pornografii dziecięcej. Nabywanie
pornografii dziecięcej – i płacenie za nią – może być uznane za coś, co
przyczynia się do jej produkowania – ergo wykorzystywania dzieci w tym celu,
zaś zakaz po prostu posiadania pornografii dziecięcej może być postrzegany jako
pewna forma kryminalizacji uproszczonej, usprawiedliwionej tym, że bardzo
trudno jest kogoś złapać na nabywaniu takiej pornografii (i oczywiście zakaz
posiadania pornografii z udziałem dzieci może zniechęcać do nabywania takiej
pornografii, i – pośrednio – do jej tworzenia). Jak jednak daleko powinien
sięgać taki zakaz? Literalnie rzecz biorąc winnym przestępstwa posiadania
dziecięcej pornografii byłby ktoś posiadający w swym domu „treści
pornograficzne” z udziałem małoletnich, które 100 lat wcześniej – lub nawet
dawniej – w taki czy inny sposób zdobył np. jego prapradziadek. Treści te
przedstawiają osoby, które już dawno nie żyją. Nikt nie cierpi z powodu wiedzy
o tym, że takie akurat treści z jego udziałem są oglądane przez jakieś osoby
(można by tu było oczywiście zadać pytanie o ewentualne odczucia dusz osób
wykorzystanych niegdyś w dziecięcej pornografii, ale mimo wszystko jasne jest
chyba, że prawo w neutralnym religijnie państwie musi odkładać argumenty
dotyczące przeżyć dusz – które, hipotetycznie rzecz biorąc, mogą cierpieć z
tego powodu, że ktoś posiada lub ogląda pornograficzne treści przedstawiające
ich ciała na bok – zwłaszcza że jest to zagadnienie zupełnie nierozpoznane –
może duchy się takimi rzeczami przejmują, a może nie). Jest więc jakaś potrzeba
karania za posiadanie takich akurat treści? Moim zdaniem nie, ale nic w art.
202 § 4a nie wyklucza uznania posiadania również takich „treści
pornograficznych z udziałem małoletniego” za przestępstwo. Problemem też jest
to, co musi przedstawiać dana fotografia czy dany film, by można to było uznać
za dziecięcą pornografię. W polskim kodeksie karnym występuje pojęcie „treści
pornograficzne” lecz nigdzie nie ma mowy o tym, co dokładnie ono oznacza.
Oczywiście, zazwyczaj wiemy o tym, co to jest pornografia. Ale nadużycia w tej
kwestii, szczególnie przy braku definicji pojęcia „treści pornograficznych” są
jak najbardziej możliwe. Wskazuje na to np. rozpatrywana w latach 90 ubiegłego
wieku przez amerykańskie sądy federalne sprawa niejakiego Stephena Knoxa, który
dostał 5 lat więzienia (co i tak stanowiło najniższy możliwy wyrok) za
posiadanie kaset video zawierających treści przedstawiające dziewczynki w wieku
od 10 do 17 lat, które prezentowały prowokacyjne pozy przed kamerą. Wszystkie ten dzieci miały na sobie
kostiumy kąpielowe typu bikini, trykoty, bieliznę lub inne skrócone stroje
podczas filmowania – żadne z nich nie było więc nagie, a genitalia i okolice
łonowe młodych dziewcząt były zawsze zasłonięte skróconym elementem garderoby –
jednak fotograf przybliżał okolice łonowe i genitalne dzieci i przez dłuższy
czas pokazywał zbliżenie – zaś same filmy i promujące je broszury dowodziły
tego, że miały one na celu schlebianie pedofilom.
Odnośnie tworzenia i rozpowszechniania
takich treści, jak te o które chodziło w sprawie United
States v. Knox z powodzeniem można powiedzieć, że jest to rzeczą
nieetyczną. Ale czy nagranie tych treści i ich rozpowszechnienie – oraz
posiadanie i oglądanie przez np. Stephena Knoxa – wyrządziło jakąś krzywdę
przedstawionym w tym treściach osobom? To jest dalekie od pewności. Osoby te
nie zostały – przynajmniej w zwykłym znaczeniu tego pojęcia – seksualnie
wykorzystane, nie zostały obdarte ze swojej intymności – nie da się więc
powiedzieć, że rozpowszechnienie czy posiadanie wspomnianych treści z ich
udziałem mogło przedłużyć i spotęgować krzywdę spowodowaną seksualnym
wykorzystaniem w celu wyprodukowania pornografii. Osoby ten prawdopodobnie nie
wiedziały o tym, że biorą udział w nagrywaniu filmu adresowanego do pedofilów.
Takie wykorzystanie tych osób było oczywiście czymś głęboko niemoralnym, ale
nie da się mimo wszystko powiedzieć, że wyrządziło ono tym osobom krzywdę.
Jeśli jakaś krzywda hipotetycznie rzecz biorąc mogłaby zostać tym osobom
wyrządzona, to mógłby to być szok wynikający z odkrycia przez te osoby, że film
z ich udziałem znajduje się na kasecie video przeznaczonej przede wszystkim dla
pedofilów; druga ewentualna krzywda mogłaby wynikać z obejrzenia rzeczonego
filmu przez jakąś inną osobę i jej potencjalnie możliwej negatywnej reakcji na
niemoralne treści przedstawione w tym filmie. Możliwość wyrządzenia takich
krzywd była jednak w sprawie Knoxa wyłącznie hipotetyczna, i wyrządzenie takich
krzywd byłoby praktycznie niemożliwe, gdyby kamera video koncentrowała się
wyłącznie na okolicach narządów płciowych dziewczynek, bez ukazywania ich
twarzy.
Knox został skazany na podstawie przepisu
definiującego pornografię dziecięcą jako m.in. „lubieżne eksponowanie narządów płciowych lub okolic łonowych”
osoby w wieku poniżej 18 lat. Dlaczego? Otóż, z tego powodu, że w definicji tej
nie było mowy o tym, że narządy płciowe lub okolica łonowa osoby nieletniej
muszą być eksponowane w stanie nagości. Polskie przepisy n.t. pornografii
dziecięcej – i pornografii w ogóle – również nie zawierają takiego wymogu. Tak
więc jakkolwiek Knox został skazany za posiadanie pornografii dziecięcej, to
mimo wszystko powstaje pytanie, czy to, co on posiadał – i za posiadanie czego
trafił do federalnego więzienia – było w ogóle pornografią? Odpowiedź na to
pytanie w najlepszym (czy najgorszym, jak kto woli) razie nie jest oczywista:
myślę, że wiele, o ile nie większość osób nie uznałaby takich treści za
pornografię. Nawet w przypadku tych treści pornograficznych udziałem osób
nieletnich, które przedstawiają nagość, w tym narządy płciowe, definicja tego,
co stanowi pornografię dziecięcą jest daleka od precyzji. Amerykańskie sądy
stosują w sprawach o rozpowszechnianie czy posiadanie takich treści tzw. test
Dosta (od sprawy Unites States v. Dost, rozpatrzonej przez Sąd Rejonowy Stanów Zjednoczonych dla Południowego Dystryktu
Kalifornii w 1986 r). Test ten
zadaje sześć pytań mających na celu dokonanie oceny tego, czy dana treść
zawiera „lubieżną ekspozycję” genitaliów lub okolicy łonowej osoby w wieku
poniżej 18 lat (przy czym do uznania danej treści za dziecięcą pornografię nie
jest konieczne to, by odpowiedź na wszystkie te pytania brzmiała „tak”):
1) czy punkt centralny przedstawienia
wizualnego znajduje się na narządach płciowych dziecka lub jego okolicach
łonowych;
2) czy przedstawienie wizualne ma
charakter sugestywny seksualnie, tj. czy znajduje się w miejscu lub pozie
powszechnie kojarzonej z aktywnością seksualną;
3) czy dziecko jest przedstawione w
nienaturalnej pozie lub w nieodpowiednim stroju, biorąc pod uwagę wiek dziecka;
4) czy dziecko jest całkowicie, częściowo
ubrane, czy też nagie;
5) czy przedstawienie wizualne sugeruje
nieśmiałość seksualną lub chęć podjęcia aktywności seksualnej;
6) czy przedstawienie wizualne ma na celu
wywołanie u reakcji seksualnej u widza.
Z kryteriów wskazanych w sprawie Dost’a w
miarę obiektywne wydają się być kryterium pierwsze, drugie (tu można powiedzieć
np. to, że miejscem powszechnie kojarzonym z aktywnością seksualną jest łóżko)
i czwarte. Natomiast kryterium piąte i szóste są w dużej mierze podatne na ich
ocenę poprzez pryzmat subiektywnego „widzimisię” – o ocenie tego, czy jakieś
zdjęcie (lub film) stanowi pornografię dziecięcą może decydować np. to, że
osoba przedstawiona na danym zdjęciu (filmie) patrzy się tak jakoś…
stwierdzenie, czy coś (np.) takiego „sugeruje nieśmiałość seksualną lub chęć
podjęcia aktywności seksualnej” i/lub ma na celu wywołanie u reakcji seksualnej
u widza jest z natury rzeczy subiektywne. Z kolei kryterium trzecie, czyli
przedstawienie dziecka w nienaturalnej pozie lub w nieodpowiednim stroju,
biorąc pod uwagę wiek dziecka może zupełnie nie łączyć się z seksualną
sugestywnością danej treści: np. dziecko stojące na rękach znajduje się w pozie
raczej nienaturalnej, lecz jest bardzo nieoczywiste, że taka akurat
nienaturalna, trudna do przyjęcia poza sugeruje nieśmiałość seksualną lub chęć
podjęcia aktywności seksualnej, bądź ma na celu wywołanie u reakcji seksualnej
u widza. W USA zdarzało się, że ludzie byli oskarżani na podstawie przepisów
dotyczących pornografii dziecięcej z powodu zdjęcia swojego małego dziecka w
wannie, czy też na plaży. Pomimo tego, że zdjęcia takie nie są robione w celach
seksualnych, nie są rejestracją seksualnego wykorzystywania dziecka – i nie
mają szansy na wywołanie czy pogłębienie jakiejś jego traumy w przyszłości –
nie są adresowane do pedofilów (a jeśli nawet – w przypadku np. ich publikacji
- mogą do nich trafić, to pedofilów, jak już wspomniałem, mogą podniecać treści
przedstawiające np. dzieci w zimowych ubraniach) i na zdrowy rozum po prostu
nie są dziecięcą pornografią.
13.
Prawdę
mówiąc, nie wiem, czy jakieś patostreamy przedstawiają takie rzeczy. Nie
oglądam takich głupot. Są one co najwyżej, w przypadku patostreamów, po prostu
wyobrażalne.
14.
Wspominają
o tym Paul H. Robinson (profesor prawa na Uniwersytecie Pensylwanii) i John M.
Darley (profesor psychologii na Uniwersytecie w Princeton) w swym artykule „Does
Criminal Law Deter? A Behavioural Science Investigation”. Przy okazji, choć
nie ma to bezpośredniego związku ze wspomnianym w tym tekście czasowym
zmniejszaniem się liczby czynów karalnych popełnianych przez osoby wkraczające
w wiek, w którym za popełnianie takich czynów grozi pełna odpowiedzialność
karna (w Polsce jest to w zasadzie – od której istnieją pewne wyjątki, których
nie ma co tu omawiać - 17 lat) warto przytoczyć fragment tego, co autorzy ci
napisali: „Czy prawo karne odstrasza? Biorąc pod uwagę dostępne dane z zakresu
nauk behawioralnych, krótka odpowiedź brzmi: generalnie nie. Istnienie system
wymiaru sprawiedliwości w sprawach karnych, który nakłada odpowiedzialność i
karę za naruszenia, odstrasza. Alokacja zasobów policyjnych lub stosowanie
metod egzekwowania prawa, które drastycznie zwiększają wskaźnik zatrzymań, może
odstraszać. Jednak prawo karne – materialne przepisy regulujące rozkład
odpowiedzialności karnej i kar – nie ma istotnego wpływu na odstraszanie –
argumentujemy - wbrew temu, co prawodawcy i decydenci zakładali przez dziesięciolecia.
Nie twierdzimy tego, że formułowanie prawa karnego nigdy nie może wpływać na
zachowanie, ale raczej to, że warunki, w których może to mieć miejsce, nie są
typowe. Z kolei prawodawcy i sędziowie prawa karnego formułują i stosują
przepisy prawa karnego w oparciu o założenie, że prawie zawsze wpływają one na
zachowanie. I to właśnie to założenie uważamy za tak niepokojące i tak
niebezpieczne”.
15.
Zgodnie
z tym przepisem ktoś, kto ogląda pornografię dziecięcą nie popełnia
przestępstwa, jeśli to nie on uzyskał dostęp do takiej pornografii – choć
oczywiście ktoś taki może odpowiadać za np. podżeganie do uzyskania dostępu do
takiej pornografii, co raczej nie będzie miało miejsca w przypadku oglądania
pornografii dziecięcej, do której dostęp bez wcześniejszej wiedzy i zgody – a
tym bardziej zachęty – takiej osoby uzyskał ktoś inny.
Warto – do tego wszystkiego, co tu zostało
powiedziane - dodać, że art. 255b k.k. może spowodować inne szkody, niż to, że
ktoś zostanie oskarżony i skazany za przestępstwo określone w tym przepisie za
rozpowszechnianie w internecie filmu przedstawiającego prawdziwe przestępstwo –
czego sąd nie uzna za „działalność informacyjną”, czy też za rozpowszechnianie
w nim fabularnego filmu przedstawiającego realistycznie wyglądający, choć w
rzeczywistości fikcyjny czyn kryminalny, czy też poniżanie jednej osoby przez
drugą za zgodą tej pierwszej jako grającego swą rolę aktora – co zdaniem sądu
nie będzie się mieściło w ramach działalności artystycznej. Takie rzeczy – choć
jak najbardziej możliwe – są, jak myślę – względnie mało prawdopodobne. Art.
255b k.k. może mieć jednak pewne uboczne – nie zakładane raczej przez jego
autorów – skutki. Może on chociażby prowokować donosy do prokuratury na takich
czy innych twórców ze strony tych, którzy ich po prostu nie lubią. Może
wywoływać u osób chcących przedstawiać w internecie takie zdarzenia, jak
prawdziwe przestępstwa (z których popełnieniem nie mieli nic wspólnego) czy
chcących w nim w sposób legalny umieszczać fabularne filmy zawierające sceny
relistycznie wyglądającej przemocy obawy przed tym, że z powodu działań w
rzeczywistości nie zakazanych przez ten przepis będą mieli poważne kłopoty –
takie, jak wezwania na przesłuchania do prokuratury, czy konieczność wynajęcia
adwokata. Krótko mówiąc, przepis ten może powodować to, co (zwłaszcza) w
Stanach Zjednoczonych określa się mianem „mrożącego efektu” dla korzystania z
prawa do swobody ekspresji – niektóre osoby, które chciałyby prezentować w
Internecie treści legalne z prawnego punktu widzenia mogą bać się to robić z
powodu obawy przed skutkami, których źródłem będzie art. 255b k.k. – przy czym
skutków tych nie można ograniczać do możliwości skazania z przestępstwo
określone w tym przepisie – ale trzeba je rozciągnąć także na chociażby
możliwość konieczności obrony przed oskarżeniem. Rzecz jasna, w tej chwili
trudno jest powiedzieć na ile ten „efekt mrożący” będzie faktem. Lecz gdyby
nawet art. 255b k.k. tego efektu nie powodował – a ścigani na jego podstawie
byliby wyłącznie klasyczni patostreamerzy - to najprawdopodobniej nie
przyniesie on wiele dobrego – jak już wspomniałem, patostreamerów
wyrządzających krzywdę innym osobom swoimi czynami i rozpowszechnianiem treści
przedstawiających te czyny w Internecie można ścigać i karać za po prostu
dokonywanie (lub współdziałanie w dokonaniu) pokazywanych przez nich via
internet czynów – art. 255b k.k. nie jest do ścigania i karania takich osób
niezbędnym środkiem.