Wersja PDF
Bartłomiej Kozłowski
Prezydent nie odebrał ślubowania od sędziów Trybunału
Konstytucyjnego. Co by było, gdyby (np.) nie zarządził wyborów do Sejmu?
Wyobraźmy sobie następujące
sytuacje: 1) Mimo, że upłynęło już 90 dni przed końcem kadencji Sejmu i Senatu,
Prezydent RP – pomimo tego, co mówi art. 98 ust. 2 Konstytucji – nie zarządza
nowych wyborów do obu izb parlamentu, które według wspomnianego przepisu
powinny się odbyć w dniu wolnym od pracy, przepadającym w ciągu 30 dni przed
upływem 4 lat od rozpoczęcia kadencji Sejmu i Senatu; 2) Pomimo, że wybory się
odbyły, Prezydent nie zwołuje pierwszego posiedzenia Sejmu i Senatu, co zgodnie
z art. 109 Konstytucji powinno mieć miejsce w przeciągu 30 dni od daty wyborów;
3) Parlament uchwalił ustawę, która Prezydentowi się bardzo nie podoba.
Prezydent – zgodnie z uprawnieniem przysługującym mu na mocy art. 122 ust. 5
Konstytucji – ustawę tą wetuje. Sejm jednak większością
3/5 głosów w obecności co najmniej połowy ustawowej liczby posłów veto
prezydenta przełamuje. Pomimo jednak tego, o czym dalej mówi ten przepis,
Prezydent nie podpisuje ustawy i nie zarządza jej ogłoszenia w Dzienniku Ustaw.
Sytuacje te do niedawna mogły wydawać się
niewyobrażalne (ja w każdym razie nad nimi chyba się nie zastanawiałem). Jest
oczywiste, że Prezydent ma konstytucyjny obowiązek zarządzić wybory do Sejmu i
Senatu kolejnej kadencji w określonym w Konstytucji terminie, ma konstytucyjny
obowiązek zwołać posiedzenie nowego Sejmu i Senatu i ma też konstytucyjny obowiązek
podpisania ustawy, którą Sejm uchwalił większością co najmniej 3/5 pomimo jego
veta, lub którą Trybunał Konstytucyjny – w przypadku zaskarżenia jej przez
Prezydenta przed jej podpisaniem – uznał za zgodną z Konstytucją. Zaniechanie
którejkolwiek z tych rzeczy przez Prezydenta jest konstytucyjnym deliktem,
narażającym go na odpowiedzialność przed Trybunałem Stanu. Ba – można byłoby
twierdzić, że tego rodzaju zaniechanie ze strony Prezydenta stanowiłoby
przestępstwo z art. 231 § 1 k.k., zgodnie z którym „Funkcjonariusz
publiczny (którym zgodnie z art. 115 § 13 k.k. jest m.in. Prezydent RP), który,
przekraczając swoje uprawnienia lub nie dopełniając obowiązków, działa na
szkodę interesu publicznego lub prywatnego, podlega karze pozbawienia wolności
do lat 3”. Z dużym prawdopodobieństwem w grę mogłaby wchodzić kwalifikowana
postać tego przestępstwa określona w art. 231 § 2, która ma
miejsce wówczas, jeśli sprawca dopuszcza się czynu określonego
w § 1 w celu osiągnięcia korzyści majątkowej lub osobistej – za coś takiego
funkcjonariuszowi publicznemu, a więc potencjalnie także prezydentowi grozi
kara od roku do 10 lat więzienia (Trybunał Stanu w przypadku stosownej uchwały
ze strony Sejmu – a w przypadku prezydenta Zgromadzenia Narodowego – może
działać jako sąd karny). Lecz prezydent ma też konstytucyjny obowiązek
przyjęcia ślubowania od nowo wybranych sędziów Trybunału Konstytucyjnego –
lecz, jak wiadomo, przyjął ślubowanie tylko od dwóch spośród wybranej 13 marca
2026 r. szóstki, a przyjmować ślubowania od pozostałych czterech najwyraźniej
nie zamierza. Można więc twierdzić, że takie sytuacje, o jakich była tu
wcześniej mowa, wcale nie są niewyobrażalne. A choć za takie rzeczy
Prezydentowi grozi Trybunał Stanu – w tym również odpowiedzialność karna przed
tym organem – to postawienie Prezydenta w stan oskarżenia przed TS nie jest
rzeczą prostą: może to nastąpić na mocy uchwały Zgromadzenia Narodowego – czyli
Sejmu i Senatu razem wziętych - podjętą
większością co najmniej 2/3 głosów ustawowej liczby członków Zgromadzenia
Narodowego na wniosek co najmniej 140 jego członków. (1)
Zastanówmy się jednak przede wszystkim
nad tym, co z takich sytuacji, jak opisane powyżej by wynikało – lub
przynajmniej mogłoby wyniknąć. Czy jeśli prezydent nie zarządziłby wyborów do Sejmu
i Senatu, to wybory te nie mogłyby się odbyć? Czy jeśli prezydent nie zwołałby
pierwszego posiedzenia Sejmu i Senatu, to nie mogłoby dojść do tego posiedzenia
(i wszelkich kolejnych)? Czy jeśli prezydent nie podpisałby ustawy pomimo
przełamania jego veta przez Sejm albo uznania tej ustawy przez Trybunał
Konstytucyjny za zgodną z Konstytucją to czy przysługujące mu na mocy
Konstytucji prawo do zawetowania ustawy nie stałoby się de facto prawem
do zawetowania jej w sposób absolutny?
W demokratycznym kraju takie rzeczy
są trudne do pomyślenia w poważny sposób. Jest oczywiste, że w miarę regularnie
odbywające się wybory parlamentarne są chyba najbardziej elementarnym wymogiem
tego, by jakiś kraj można było zwać demokracją. Polska konstytucja przewiduje długość
kadencji Sejmu i Senatu – wynosi ona 4 lata. Wprawdzie w pewnych przypadkach
długość kadencji obu izb parlamentu może zostać skrócona, lecz poza przypadkiem
wprowadzenia któregoś ze stanów nadzwyczajnych – tj. stanu wyjątkowego, stanu
wojennego lub stanu klęski żywiołowej – kadencji tych izb nie nie można
wydłużyć. Dalej, ponieważ funkcjonowanie parlamentu wybranego w wolnych
wyborach jest niewątpliwie koniecznym warunkiem tego, by dany kraj mógł być
uważany za demokrację, nie ukonstytuowanie się parlamentu spowodowałoby to, że
kraj demokracją de facto już by nie był. Podobnie, czymś w oczywisty
sposób sprzecznym z podstawowymi zasadami demokracji jest absolutne prawo
Prezydenta do wetowania ustaw i nie dopuszczania do wejścia ich w życie. Zgoda,
że prawo do absolutnej eliminacji ustawy z systemu prawnego ma Trybunał
Konstytucyjny (a w USA tamtejszy Sąd Najwyższy). W tych jednak przypadkach
chodzi o kwestię sprzeczności prawa niższego rzędu (ustawy) z prawem wyższego
rzędu (konstytucją). Powód zawetowania ustawy przez prezydenta nie musi mieć
nic wspólnego z jej niekonstytucyjnością – może być on w gruncie rzeczy
dowolny. Mówiąc o takich sprawach dotykamy tych rzeczy, które dla jakiejkolwiek
demokracji są absolutnie nieodzowne. Będąc w ramach demokracji –
pozostając na jej gruncie – można się spierać o wiele, czy nawet o mnóstwo
rzeczy. Np. o to, czy „walcząca” demokracja w stylu niemieckim (oczywiście, nie
tylko Niemcy można określić mianem „walczącej” – czy też „bojowej” – demokracji
– jednak to właśnie Niemcy są zazwyczaj uważane za jej sztandarowy przykład)
jest dobrym modelem demokracji (w tekstach opublikowanych na https://bartlomiejkozlowski.pl/main.htm i https://www.salon24.pl/u/kozlowski/ wielokrotnie krytykowałem rozwiązania właściwe dla
„walczących” demokracji – takie, jak ograniczenia wolności słowa typu zakazów
„mowy nienawiści” czy propagowania potencjalnie niebezpiecznych dla demokracji
ideologii (np. nazizmu, komunizmu czy faszyzmu), albo istnienia organizacji
tego rodzaju, co partie neonazistowskie lub komunistyczne) (2), o sądową – albo
dokonywaną przez wyspecjalizowany organ typu naszego Trybunału Konstytucyjnego
– kontrolę konstytucyjności ustawodawstwa (osobiście jestem zwolennikiem „judicial
review” w stylu amerykańskim, w którym sądy nieraz unieważniają jako
naruszające gwarantowane przez konstytucję wolności i prawa obywatelskie
przepisy na podstawie wcale nie oczywistych – przynajmniej na pierwszy rzut oka
– przepisów Konstytucji – są też jednak - np. w Wielkiej Brytanii – tacy, którzy
uważają, że unieważnianie przez sądy – albo przez specjalny Trybunał
Konstytucyjny - praw w prawidłowy sposób uchwalonych przez Parlament jest
naruszeniem demokracji) (3), o model ordynacji wyborczej (4), o to, czy
parlament powinien być dwu – czy może jednak jednoizbowy (a może np. trzy – lub
więcej – izbowy, jak było to w nie będącej poniekąd demokracją dawnej
Jugosławii) (5), sposób wyboru i uprawnienia prezydenta (albo o to, czy w ogóle
powinien być ktoś taki, jak prezydent), prezydencki, parlamentarno –
gabinetowy, pośredni – czy może jeszcze inny – system rządów, itd. Nie można
jednak – jeśli chce się w sposób poważny twierdzić, że w dalszym ciągu jest na
gruncie demokracji – spierać się (nie w sensie możliwości dyskutowania o czymś
takim, ale twierdzenia, że takie rozwiązania niekoniecznie są sprzeczne z
demokracją) o to, czy powinny – we w miarę przynajmniej regularnych odstępach
czasu, liczących nie więcej, niż kilka lat – odbywać się wolne wybory do ciała
ustawodawczego, czy ciało takie powinno mieć możliwość działania, albo czy
jedna konkretna osoba – nawet mająca mandat pochodzący z wyborów powszechnych –
powinna mieć absolutne prawo do niwczenia z dowolnego powodu praw uchwalonych
przez parlament. Po prostu – o kimś, kto neguje taką rzecz, jak wolne wybory
(czyli takie wybory, w których zasadniczo rzecz biorąc każdy, kto ukończył
pewien odpowiedni wiek może wziąć zarówno czynny, jak i bierny udział), czy też
możliwość działania wybranego w wolnych wyborach parlamentu nie da się
powiedzieć, że jest on demokratą – tak samo, jak o kimś, kto neguje
zmartwychwstanie Jezusa Chrystusa nie da się powiedzieć, że jest on chrześcijaninem
(choć ktoś taki – rzecz jasna może być dobrym – lepszym niż mnóstwo chrześcijan
– człowiekiem).
Ale, oczywiście, jakkolwiek bez
pewnych rzeczy państwo nie może być demokracją – nie ma przecież sensu używanie
słowa „demokracja” wobec kraju, w którym nie odbywają się wybory (chyba, że
chodziłoby o kraj tak mały, że byłoby możliwe funkcjonowanie w nim demokracji
bezpośredniej w stylu podobnym do tego, jaki istniał w starożytnych Atenach),
to sama demokracja – w jakimkolwiek jej wydaniu – nie jest już oczywistością –
wiemy doskonale, że w historii ludzkich społeczeństw demokracje były rzadkością
– dopiero od stosunkowo niedawnych czasów takie państwa, w których nie odbywają
się wybory – względnie odbywają się takie wybory, w których de facto nie
ma możliwości dokonania wyboru (vide wybory w krajach komunistycznych) –
mogą być uważane za jakąś anomalię – coś „nienormalnego” na tle przeważających ogólnie
wzorców.
Najbardziej istotne pytanie praktyczne odnośnie
hipotetycznych sytuacji, o których wspomniałem na początku tego tekstu jest
jednak takie, jak takim sytuacjom – w sposób zgodny z prawem – można byłoby
zaradzić i spowodować to, by wybory do Sejmu i Senatu, których prezydent nie
zechciał zarządzić jednak się odbyły, by wybrany Sejm i Senat mogły się zebrać
pomimo nie zwołania ich przez prezydenta i by ustawa, w odniesieniu do której
Sejm obalił prezydenckie veto mogła wejść w życie pomimo nie podpisania jej
przez prezydenta. Próbując odpowiedzieć na te pytania, przyjmujemy założenie, że
prezydent nie jest władcą absolutnym – który według własnego widzimisię może
decydować o tym, czy wybory mają się odbyć – czy też może lepiej nie – czy
parlament może się zebrać, albo czy jakaś ustawa może zacząć obwiązywać pomimo
tego, że jego veto wobec niej zostało przełamane w sposób opisany w
Konstytucji. Lecz kto w przypadku, gdyby prezydent nie zarządził wyborów do
Sejmu i Senatu mógłby zarządzić przeprowadzenie jednak tych wyborów? Kto w
przypadku niezwołania przez prezydenta pierwszego posiedzenia izb parlamentu
mógłby jednak zwołać to posiedzenie? Kto mógłby zarządzić opublikowanie w
dzienniku ustaw prawa, którego prezydent nie podpisał pomimo przełamania przez
Sejm jego veta?
Odpowiedzią, która z pewnością wielu ludziom mogłaby
przyjść na myśl jest odpowiedź, że w takich sytuacjach zadziałać powinien Marszałek
Sejmu. Zgodnie z Konstytucją, marszałek Sejmu zastępuje w niektórych sytuacjach
prezydenta – często nazywa się go drugą osobą w państwie.
Z merytorycznego punktu widzenia z takim pomysłem
jak najbardziej się zgadzam. Lecz z formalnoprawnego punktu widzenia – gdyby
się nim w sposób rygorystyczny kierować – mogłyby tu być kłopoty. Zwróćmy
bowiem uwagę na to, w jakich sytuacjach marszałek Sejmu przejmuje obowiązki
prezydenta. Sytuacje te wymienia art. 131 Konstytucji, zgodnie z którego ust. 1
„Jeżeli
Prezydent Rzeczypospolitej nie może przejściowo sprawować urzędu, zawiadamia o
tym Marszałka Sejmu, który tymczasowo przejmuje obowiązki Prezydenta
Rzeczypospolitej. Gdy Prezydent Rzeczypospolitej nie jest w stanie zawiadomić
Marszałka Sejmu o niemożności sprawowania urzędu, wówczas o stwierdzeniu
przeszkody w sprawowaniu urzędu przez Prezydenta Rzeczypospolitej rozstrzyga
Trybunał Konstytucyjny na wniosek Marszałka Sejmu. W razie uznania przejściowej
niemożności sprawowania urzędu przez Prezydenta Rzeczypospolitej Trybunał
Konstytucyjny powierza Marszałkowi Sejmu tymczasowe wykonywanie obowiązków
Prezydenta Rzeczypospolitej; zaś zgodnie z ust. 2 „Marszałek Sejmu tymczasowo,
do czasu wyboru nowego Prezydenta Rzeczypospolitej, wykonuje obowiązki
Prezydenta Rzeczypospolitej w razie: 1) śmierci Prezydenta Rzeczypospolitej, 2)
zrzeczenia się urzędu przez Prezydenta Rzeczypospolitej, 3) stwierdzenia
nieważności wyboru Prezydenta Rzeczypospolitej lub innych przyczyn nieobjęcia
urzędu po wyborze, 4) uznania przez Zgromadzenie Narodowe trwałej niezdolności
Prezydenta Rzeczypospolitej do sprawowania urzędu ze względu na stan zdrowia,
uchwałą podjętą większością co najmniej 2/3 głosów ustawowej liczby członków
Zgromadzenia Narodowego, 5) złożenia Prezydenta Rzeczypospolitej z urzędu
orzeczeniem Trybunału Stanu”. Czy wspomniane przeze mnie hipotetyczne przypadki
zaniechań ze strony Prezydenta można podciągnąć pod coś, o czym jest mowa w
art. 131 Konstytucji? Czymś, co przychodzi do głowy jest czasowa niemożność
sprawowania urzędu przez prezydenta. Lecz jeśli nawet przypadki opisane przeze
mnie w tym tekście można byłoby tak właśnie potraktować (z czym, jak sądzę,
mogłyby być kłopoty – czasowa niemożność sprawowania urzędu przez prezydenta to
raczej takie sytuacje, jak jego choroba i pobyt w szpitalu, albo przebywanie
gdzieś poza Polską, szczególnie w przypadku braku łączności – a nie niechęć do
wykonania jakiegoś swojego obowiązku) to zauważmy, że w przypadku czasowej
niemożności sprawowania urzędu przez Prezydenta Marszałek Sejmu przejmuje jego
uprawnienia wówczas, gdy Prezydent go o tym osobiście powiadomi, lub – jeśli
prezydent nie jest w stanie poinformować marszałka o zaistniałej sytuacji –
uprawnienia prezydenta powierzy Marszałkowi, na jego wniosek, Trybunał
Konstytucyjny. Tu zaś zakładam, że prezydent nie poinformował Marszałka Sejmu o
tym, że z powodu „przejściowej niemożności sprawowania urzędu” – niezależnie
jak interpretowanej (choćby nawet w najbardziej absurdalny sposób) nie może
zarządzić przeprowadzenia wyborów, czy też zwołać pierwszego posiedzenia nowo
wybranych Sejmu i Senatu, albo podpisać ustawy, do której prezydenckie veto
zostało odrzucone przez Sejm. Zakładam też, że Trybunał Konstytucyjny nie
powierzył Marszałkowi Sejmu tymczasowego wykonywania obowiązków Prezydenta RP –
po to np. by mógł on w zastępstwie prezydenta zarządzić wybory. W sytuacji, w
której prezydent po prostu nie wykonał swojego konstytucyjnego obowiązku np.
zarządzenia wyborów do Sejmu i Senatu marszałek Sejmu niestety, ale mógłby lege
artis stwierdzić, że jakkolwiek prezydent złamał Konstytucję, (np.) nie
zarządzając wyborów, to jednak przepisy Konstytucji nie dają mu w takiej sytuacji
prawa do tego, by zrobić coś, czego nie zrobił – choć miał obowiązek zrobić –
Prezydent, gdyż nie zaszła żadna z opisanych w niej sytuacji, w których ma on
prawo do wykonywania obowiązków Prezydenta.
Jak zatem we wspomnianych powyżej sytuacjach można
byłoby doprowadzić do tego, by wybory się jednak odbyły, albo parlament się
zebrał, czy też opublikowane w dzienniku zostało prawo, którego prezydent nie
podpisał pomimo przełamania veta wobec niej przez Sejm? Była tu już mowa o
sytuacji, w której marszałek Sejmu, powołując się na zapisy Konstytucji – które
upoważniają go do wykonywania uprawnień prezydenta tylko w enumeratywnie
wymienionych w niej okolicznościach – odmawia podjęcia decyzji leżącej w
kompetencjach prezydenta, uzasadniając to tym, że nie nastąpiła żadna z
okoliczności, w których byłby on upoważniony do wykonywania obowiązków
prezydenta. Co w takiej sytuacji można byłoby jeszcze zrobić? Kolejną osobą,
która zgodnie z Konstytucją może w niektórych przypadkach wykonywać uprawnienia
prezydenta jest marszałek Senatu. Jednak wspomniane uprawnienia może on
wykonywać tylko wówczas, jeśli nie może ich wykonywać marszałek Sejmu.
Co we wspomnianych tu hipotetycznych sytuacjach
zatem pozostaje? Jeśli chodzi o przeprowadzenie wyborów, to logicznie nasuwającą
odpowiedzią na to pytanie jest odpowiedź, że jeśli w przewidzianym przez prawo
terminie wyborów nie zarządził Prezydent i nie zarządził ich też w jego
zastępstwie marszałek Sejmu, ani marszałek Senatu, to wybory powinna
samodzielnie zarządzić i zorganizować Państwowa Komisja Wyborcza. PKW mogłaby
się oprzeć na zapisach w Kodeksie Wyborczym, które mówią, że „Państwowa
Komisja Wyborcza jest stałym najwyższym organem wyborczym właściwym w sprawach
przeprowadzania wyborów i referendów” (art. 157 § 1), oraz, że
do
zadań Państwowej Komisji Wyborczej w sprawach związanych z przeprowadzaniem
wyborów należy m.in. sprawowanie nadzoru nad przestrzeganiem prawa wyborczego. Pojęcie
„sprawowania nadzoru nad przestrzeganiem prawa wyborczego” na zdrowy rozum oznacza
m.in. pilnowanie tego, by wybory w określonym przez prawo czasie się odbyły –
zwróćmy uwagę na to, że Konstytucja, jakkolwiek nie określa jakiegoś
konkretnego dnia wyborów, to określa mimo wszystko długość kadencji Sejmu,
Senatu i Prezydenta i wskazuje na to, kiedy wybory – mniej więcej - powinny się
odbyć. Lecz Konstytucja mówi też o tym, kto wybory zarządza. Można tu dodać, że
wybory prezydenckie zarządza marszałek Sejmu – możemy więc– per analogiam
do sytuacji wspomnianej powyżej – wyobrazić sobie, że będący w
zmowie z prezydentem marszałek nie zarządza przeprowadzenia wyborów na urząd
prezydenta w terminie określonym w Konstytucji. Oczywiście, marszałka Sejmu
może wywalić ze stanowiska po prostu większość posłów. Lecz nie jest przecież
czymś niemożliwym to, że sejmowa większość byłaby w zmowie z marszałkiem i
prezydentem w kwestii nie ogłoszenia terminu wyborów prezydenckich. Jakkolwiek
we wspomnianego rodzaju sytuacjach jest zupełnie wyobrażalne, że stojąca na
straży przestrzegania prawa wyborczego Państwowa Komisja Wyborcza z własnej
inicjatywy zarządziłaby i zorganizowała wybory, to niestety jest też
wyobrażalne, że PKW – opierając się na przepisach Konstytucji dotyczących tego,
kto ma prawo zarządzić wybory (przepisy te, chciałbym zauważyć, zostały
powtórzone w Kodeksie Wyborczym) – uznałaby, że nie jest ona uprawniona do
przeprowadzenia wyborów – jeśli nie zarządził ich organ konstytucyjnie właściwy
do podjęcia decyzji w tej kwestii. Zauważmy tu przy okazji, że PKW nie jest
organem konstytucyjnym – istnieje tylko na podstawie ustawy Kodeks Wyborczy. Co
z kolei z sytuacją, w której prezydent za dosłownie żadną cholerę nie chce
podpisać i zarządzić ogłoszenia w Dzienniku Ustaw jakiegoś prawa, pomimo, że
Sejm większością przynajmniej 3/5 głosów przełamał jego veto? Dziennik Ustaw,
jak wiadomo, wydaje Prezes Rady Ministrów przy pomocy Rządowego Centrum
Legislacji, które odpowiada za jego redakcję. Mógłby premier zarządzić
opublikowanie w Dzienniku Ustaw prawa nie podpisanego przez prezydenta pomimo
obalenia jego veta przez Sejm? Jest to zupełnie wyobrażalne, zwłaszcza, że art.
2 ust. 1 ustawy o ogłaszaniu aktów normatywnych i niektórych innych aktów
prawnych z 20 lipca 2000 r. mówi, że ogłoszenie aktu normatywnego w dzienniku
urzędowym jest obowiązkowe. Nie jest też jednak czymś po prostu zupełnie
wykluczonym to, że premier w opisanej sytuacji stwierdziłby, że skoro osobą
uprawnioną według Konstytucji do tego, by zarządzić ogłoszenie prawa w
Dzienniku Ustaw jest prezydent, to on sam nie może zrobić tego, co nie leży w
jego konstytucyjnych kompetencjach, choćby było to logicznie uzasadnione i
merytorycznie słuszne.
Jakie rozwiązanie mogłoby – przynajmniej w sensie
prawnym – wykluczyć opisane powyżej scenariusze? Otóż, takim rozwiązaniem
wydają się np. w miarę sztywne, konstytucyjnie – lub przynajmniej ustawowo –
określone terminy wyborów i początków kadencji Sejmu, Senatu i Prezydenta. Tak,
jak ma to miejsce w USA. Zwróćmy tu na postanowienia XX Poprawki do tamtejszej
Konstytucji:
„§1. Kadencja prezydenta i wiceprezydenta upływa w południe
dnia 20 stycznia, a kadencja senatorów i członków Izby Reprezentantów w
południe 3 stycznia tego roku, w którym kadencja upłynęłaby, gdyby niniejszy
artykuł nie został przyjęty; w powyższych terminach rozpoczyna się następna
kadencja.
§2.
Kongres zbiera się co najmniej raz do roku, a pierwsze posiedzenie rozpoczyna
się w południe dnia 3 stycznia, chyba że ustawa określi inny dzień.
A także na § 7 tytułu
2 Kodeksu Stanów Zjednoczonych, który stanowi, że „Wtorek następujący po
pierwszym poniedziałku listopada w każdym roku parzystym jest ustanawiany jako
dzień wyborów przedstawicieli i delegatów do Kongresu w każdym ze stanów i
terytoriów Stanów Zjednoczonych”, jak również na § 1 tytułu 3 United States
Code, według którego „Elektorzy prezydenta i wiceprezydenta zostaną wyznaczeni
w każdym stanie w dniu wyborów, zgodnie z prawem danego stanu, uchwalonym przed
dniem wyborów” – „dzień wyborów” definiowany jest w 3 U.S. Code § 21 jako
„wtorek następujący po pierwszym poniedziałku listopada, co cztery lata po
każdych wyborach prezydenta i wiceprezydenta odbywających się w każdym stanie,
z wyjątkiem stanu, który wyznacza elektorów w głosowaniu powszechnym, jeśli
stan zmieni okres głosowania, o ile to będzie konieczne z powodu zdarzeń siły
wyższej, które mają charakter nadzwyczajny i katastrofalny; zgodnie z
przepisami stanu uchwalonymi przed takim dniem, „dzień wyborów” obejmuje
zmieniony okres głosowania.
Jak więc widać, w USA
nie ma czegoś takiego, że Prezydent zarządza wybory do Kongresu i zarządza
następnie jego pierwsze posiedzenie – terminy zarówno wyborów, jak i pierwszego
posiedzenia Kongresu są po prostu określone przez prawo – w przypadku
posiedzenia Kongresu bezpośrednio przez Konstytucję (jeśli chodzi o termin wyboru
członków Izby Reprezentantów i Senatorów, a także elektorów Prezydenta, to
Konstytucja w art. I § 4 mówi, że „Czas, miejsce i sposób
przeprowadzania wyborów do Senatu i Izby Reprezentantów określa w każdym stanie
jego ciało ustawodawcze. Zawsze jednak Kongres może w drodze ustawy wydać lub
zmienić przepisy w tym przedmiocie, z wyjątkiem przepisów określających miejsce
wyborów do Senatu”, zaś w art. II § 1, że „Kongres może określić czas wyboru
elektorów oraz dzień, w którym mają oni oddać swe głosy; musi to być jednak ten
sam dzień na całym obszarze Stanów Zjednoczonych”; przytoczone tu wcześniej
przepisy Kodeksu Federalnego bezpośrednio realizują wspomniane przepisy
Konstytucji). Nie ma też w USA czegoś takiego, że przewodniczący Izby
Reprezentantów (czyli odpowiednik polskiego marszałka Sejmu) ogłasza termin
wyboru elektorów prezydenta i następnie głosowania przez elektorów oraz
liczenia głosów elektorskich w Kongresie – terminy te są po prostu określone
przez prawo (to akurat, że system elektorski jest obecnie czymś zupełnie
anachronicznym i niedorzecznym, to inna sprawa). W USA nie ma więc możliwości
tego rodzaju, że wybory do Kongresu nie będą się mogły odbyć, gdyż nie
zarządził ich – nawet zupełnie wbrew prawu – Prezydent, ani że wybory
prezydenckie się nie odbędą dlatego, że nie zarządził ich tamtejszy „marszałek
Sejmu” czyli przewodniczący Izby Reprezentantów. Podobnie, nie ma w USA
możliwości, by projekt ustawy, który Prezydent zawetował, lecz wobec którego
prezydenckie veto zostało przełamane przez Kongres (potrzeba do tego 2/3 głosów
zarówno w Izbie Reprezentantów, jak i Senacie; veto to jest więc faktycznie
bardzo silne) nie stał się prawem z tego powodu, że prezydent uparł się przy
jego niepodpisywaniu – z art. I § 7 Konstytucji w sposób jasny wynika, że w
takim akurat przypadku projekt ustawy staje się prawem bez potrzeby
podpisywania go przez prezydenta. Wspomniane w tym tekście problemy, które na
tle polskiej Konstytucji mogłyby się ewentualnie pojawić (choć myślę – i miejmy
taką nadzieję – że są to tylko możliwości teoretyczne i do realizacji żadnej z
nich nigdy nie dojdzie) w USA są po prostu prawnie wykluczone. (6) Nie są więc
w miarę sztywno – na wzór amerykański – określone terminy wyborów, czy też
pierwszego posiedzenia nowego parlamentu czymś lepszym, niż zapisy w polskiej
konstytucji, zgodnie z którymi termin wyborów parlamentarnych ogłasza
Prezydent, a prezydenckich marszałek Sejmu? Ostatnie wydarzenia dają na to
pytanie (acz cokolwiek pośrednio) jasną odpowiedź. Bo oczywiście Prezydent ma
konstytucyjny obowiązek zarządzenia w odpowiednim terminie wyborów do Sejmu i
Senatu (a marszałek Sejmu wyborów na urząd Prezydenta) – i nikomu nie przyszło
pewnie do niedawna do głowy, że mógłby tego nie zrobić. Ale prezydent ma też
obowiązek przyjąć ślubowanie od wybranych przez Sejm sędziów Trybunału
Konstytucyjnego – lecz mimo tego obowiązku rzeczy, która wydawała się
oczywistością, nie zrobił. Słusznie twierdzi się, że zapis w art. 21 ust. 1
ustawy o Trybunale Konstytucyjnym, według którego „Osoba wybrana na
stanowisko sędziego Trybunału składa wobec Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej
(…) ślubowanie (następującej treści)” nie oznacza, że ślubowanie to musi być
złożone w fizycznej obecności Prezydenta – to, że ślubowania sędziów Trybunału
Konstytucyjnego odbywały się w Pałacu Prezydenckim to po prostu był pewien
zwyczaj – nie wymóg prawa. Jednak fakt, że czterech z nowo wybranej szóstki
sędziów TK nie złożyło ślubowania bezpośrednio przed Prezydentem – wyłącznie z
powodu jego złej woli (jakkolwiek sędziowie ci przekazali oczywiście
notarialnie poświadczone akty ślubowania, ze słowami „wobec prezydenta” do
prezydenckiej kancelarii) – ma, jak wiemy, realne skutki: prezes TK Bogdan
Święczkowski upiera się przy tym, że dopuści nowych sędziów do urzędowania
tylko pod warunkiem, że otrzyma od prezydenta potwierdzenie, że złożyli oni
ślubowanie wobec niego. Zaś można być pewnym tego, że w przypadku czwórki sędziów,
których prezydent nie zaprosił do Pałacu w celu złożenia przez nich ślubowania prezydent
prezesowi TK takiego potwierdzenia nie przekaże. Jeśli więc prezydent, mimo
prawnego obowiązku, nie odebrał ślubowania od sędziów Trybunału
Konstytucyjnego, to – logicznie rzecz biorąc – nie jest rzeczą po prostu
niemożliwą, by np. nie zarządził, w terminie określonym w Konstytucji, wyborów
do Sejmu i Senatu. Rozwiązania tego rodzaju, jak wspomniane tu przepisy prawa
amerykańskiego wykluczają prawdopodobieństwo nie odbycia się wyborów, nie
zwołania parlamentu czy nie wejścia w życie ustawy, którą prezydent co prawda
zawetował, ale jego veto zostało przełamane przez Kongres z powodu zaniechania
ze strony kogoś, kto miał obowiązek zarządzić wybory, etc.. W Polsce takie
rzeczy też, oczywiście, są bardzo mało prawdopodobne. Ale nie są, mimo
wszystko, po prostu absolutnie wykluczone. Lepiej by więc było, gdyby np.
terminy wyborów nie musiały być ogłaszane przez takie czy inne organy, lecz
wynikały one – tak jak jest to w USA – po prostu bezpośrednio z przepisów
prawa. (7)
Przypisy:
1. Po
zakończeniu urzędowania prezydent – jeśli Zgromadzenie Narodowe nie podjęłoby w
okresie jego kadencji uchwały w sprawie postawienia go przed Trybunałem Stanu –
mógłby jednak odpowiadać przed zwykłym sądem za przestępstwa popełnione w
okresie sprawowania urzędu, w tym także te ściśle związane z jego pełnieniem –
a więc takie, jak nadużycie władzy czy niedopełnienie obowiązku (wspomniany już
art. 231 k.k.). Warto zauważyć, że w czasie sprawowania przez prezydenta urzędu
przedawnienie popełnionych w tym czasie przez niego przestępstw nie biegnie.
2. Istniejące
bezsprzecznie w zdecydowanej większości powszechnie uważanych za absolutnie
demokratycznych krajów ograniczenia swobody wypowiedzi – w rodzaju choćby
zakazów „mowy nienawiści” - czy też działania pewnych organizacji – takich, jak
np. partie o charakterze neonazistowskim – które, co by o nich złego nie
powiedzieć, nie są organizacjami mającymi na celu przygotowywanie i dokonywanie
aktów fizycznego terroru, lecz po prostu grupami ludzi o skrajnych poglądach –
nie powodując tego, że te kraje nie są demokracjami (przepraszam bardzo, ale
trudno byłoby chyba w poważny sposób twierdzić, że np. wspomniane tu już Niemcy
nie są demokracją – albo, że demokracją nie jest Francja, Wielka Brytania, czy
nawet Polska) stanowią znaczącą rysę na ich demokratycznym – a także
wolnościowym – charakterze. Dlaczego? Otóż przede wszystkim dlatego, że
demokracja oznacza z greckiego „władzę ludu”. Nie chodzi tu oczywiście o władzę
absolutną – czyli dyktaturę większości. Oznacza ona jednak w każdym razie to,
że to ludzie – potencjalni wyborcy – decydują o tym, jakie poglądy polityczne,
społeczne, gospodarcze, kulturalne, moralne, etyczne, światopoglądowe itd.
odpowiadają im, a jakie nie – i w oparciu o dokonaną na podstawie pełnej oferty
istniejących w społeczeństwie idei ocenę w dniu wyborów podejmują decyzję w
kwestii tego, komu powierzyć rządy. Przepisy ograniczające wolność słowa – w
rodzaju zakazów publicznego nawoływania do nienawiści (bądź co bądź, wciąż
tylko emocji) na tle różnic narodowościowych, etnicznych, rasowych, wyznaniowych,
etc., publicznego znieważania grup narodowościowych, etnicznych, itd., publicznego
propagowania określonych ideologii (np. nazizmu, faszyzmu i komunizmu),
publicznego znieważania obiektów kultu religijnego – w sensie pejoratywnego
odnoszenia się do tych obiektów (a więc np. Boga), a także oczywiście
publicznego znieważania organów władzy (np. prezydenta), czy też Państwa, Narodu
czy symboli narodowych mają na celu to, by pewne – uważane za potencjalnie
niebezpieczne i/lub obraźliwe - stwierdzenia nie były szerzone w społeczeństwie
i by ludzie nie mogli się z tymi stwierdzeniami - przynajmniej prezentowanymi z
„pierwszej ręki” - zapoznać. Można zatem powiedzieć, że państwo (czy też
społeczeństwo – zakładam, że przepisy ograniczające wolność słowa zostały
uchwalone przez wybrany w powszechnych wyborach parlament) które ogranicza
zakres swobody komunikowania poglądów i informacji na temat tego, co można
określić mianem szeroko pojętych spraw publicznych nie odrzucając jawnie demokracji
„chce” mieć mieć demokrację nieco przynajmniej kontrolowaną.
Ta chęć kontrolowania
demokracji poprzez zabezpieczenie jej przed możliwym wpływem na wyborców
antydemokratycznych, czy wręcz totalitarnych (albo mogących prowadzić do
łamania praw człowieka) ideologii opiera się oczywiście na dobrych chęciach. Zwolennik
„demokracji walczącej” z pewnością z pewnością powiedziałby, że taki przepis,
jak art. 256 k.k. zgodnie którego § 1 „kto publicznie propaguje nazistowski,
komunistyczny, faszystowski lub inny totalitarny ustrój państwa lub nawołuje do
nienawiści na tle różnic narodowościowych, etnicznych, rasowych, wyznaniowych
albo ze względu na bezwyznaniowość podlega karze pozbawienia wolności do lat
3”, zaś według § 2 „tej samej karze podlega, kto publicznie propaguje ideologię
nazistowską, komunistyczną, faszystowską lub ideologię nawołującą do użycia
przemocy w celu wpływania na życie polityczne lub społeczne” istnieje po to, by
wykluczyć taki bieg wydarzeń, że polskie państwo stanie się państwem
nazistowskim, komunistycznym czy faszystowskim – lub przynajmniej
zminimalizować prawdopodobieństwo tego, że tak się może stać; dorzuciłby on też
zapewne, że przepisy te mają na celu zminimalizowanie prawdopodobieństwa
przemocy czy też dyskryminacji przeciwko ludziom należącym do (zwłaszcza)
mniejszości narodowościowych, etnicznych, rasowych, wyznaniowych (i grupy quasi
wyznaniowej, jaką są ateiści i agnostycy), czy też w ogóle szerzej pojętej
przemocy o podłożu politycznym czy ideologicznym. Ma on więc na celu ochronę demokracji
– i w jej ramach pokojowego współistnienia różnych grup społecznych –
szczególnie grup charakteryzujących się takimi cechami, jak określona
przynależność narodowa, etniczna, rasowa, wyznaniowa, czy brak wyznania
religijnego.
Z twierdzeniem, że coś takiego
jest zakładanym celem istnienia w systemie prawnym przepisów tego rodzaju, jak
art. 256 polskiego k.k. można się zgodzić (a w każdym razie, dla dobra
argumentacji warto to zakładać). Lecz gdyby się nieco głębiej zastanowić nad
myśleniem zwolenników tego rodzaju zakazu wypowiedzi, to nietrudno jest dojść
do wniosku, że myślenie to jest w jakiejś przynajmniej mierze tak naprawdę antydemokratyczne.
Nie w tym sensie, by zwolennicy zakazów propagowania ustrojów totalitarnych i
szerzenia „mowy nienawiści” byli zwolennikami dyktatatury, monarchii absolutnej
czy rządów partyjnej oligarchii w stylu PRL. Spokojnie można powiedzieć, że
zwolennicy tego typu ograniczeń wolności słowa w krajach demokratycznych
zwolennikami niedemokratycznego ustroju państwa w olbrzymiej większości nie są.
Lecz mimo wszystko, trudno nie odnieść wrażenia, że ci, którzy opowiadają się
za tępieniem przy użyciu represji propagowania ogólnie rzecz biorąc
potencjalnie niebezpiecznych – także dla demokracji – idei charakteryzują się głęboką
nieufnością wobec ludzi – w tym zwłaszcza tzw. mas. Jeśli poważnie uważają oni,
że przepisy tego rodzaju, co art. 256 polskiego k.k. są niezbędne dla ochrony
demokracji (i pokojowego współistnienia wskazanych w nich grup społecznych) to
muszą oni myśleć w taki mniej więcej sposób: jeśli pozwoli się na propagowanie
np. nazizmu, to jakaś część ludzi zostanie do (np.) nazizmu przekonana. Nie
koniecznie oznacza to, że Polska stanie się od razu czymś w rodzaju III Rzeszy
– oczywiste jest, że do nazizmu, w przypadku prawnej swobody jego propagowania
– nie zostaliby przekonani wszyscy; najprawdopodobniej byłaby to naprawdę
niewielka część społeczeństwa. Zwolennicy takich ograniczeń wolności słowa, jak
te wskazane w art. 256 k.k. niewątpliwie jednak uważają, że jeśli te zakazy
zostały zniesione, to pewne rzeczy – będące w pewnym sensie czymś „nie do
pomyślenia” – mogą się stać czymś jak najbardziej „do pomyślenia” – a jeśli
tak, to – przynajmniej potencjalnie – również do zrobienia.
Myślenie takie może być
absolutnie szczere i nie jest ono czymś absurdalnym (z wyjątkiem jego ewentualnych
skrajnych wersji typu „jeśli zakaz propagowania nazizmu zostałby zniesiony, to
w Polsce na 100% powstanie ustrój nazistowski” – sądzę, że żaden ze zwolenników
istnienia w kodeksie karnym art. 256 aż czegoś takiego nie uważa). Myślenie
wspomnianego rodzaju warto jest jednak skonfrontować z rzeczywistością. Czy
zakazy tego rodzaju, jak ten zapisany w art. 256 polskiego k.k. zapobiegają
zagrożeniom, jakim – z założenia – mają one przeciwdziałać? Jeśli tak by było,
to po wielu dziesięcioleciach obowiązywania takich zakazów w krajach
europejskich miłośników ideologii tego rodzaju, co nazizm powinno być mniej,
niż choćby w USA, gdzie za propagowanie ustrojów i ideologii wskazanych w
„naszym” art. 256 k.k. – oraz za „nawoływanie do nienawiści” – nie grozi żadna
kara. Jak jednak jest faktycznie? Otóż, jeśli chodzi o popularność nazizmu,
faszyzmu, czy komunizmu w Stanach Zjednoczonych, to całkiem dobrze pokazują ją
pełne listy kandydatów na urząd prezydenta USA. Wśród 1212 osób, które postanowiły ubiegać się o to stanowisko
w wyborach w 2020 r. ludzi określających się jako naziści, czy
faszyści – albo – dajmy na to – reprezentanci Ku Klux Klanu – było dokładnie
zero, zaś komunistów znalazło się dwóch. W kolejnych wyborach
również nie było żadnych nazistów czy faszystów, komunistów za to było aż…
trzech (ktoś mógłby tu zadać pytanie – a co z Donaldem Trumpem? – jeśli chodzi
o to, to obecnemu prezydentowi USA nie bez racji przypisuje się cechy podobne
do tych, jakie mieli przywódcy faszystowscy – np. John
Kelly, były szef personelu Białego Domu i emerytowany generał korpusu piechoty
morskiej, stwierdził w wywiadzie dla The New York Times, że Trump „spełnia
definicję faszysty” i przejawia cechy autorytarne, preferując model rządzenia
typowy dla dyktatorów”, a Mark Milley, były przewodniczący Kolegium Połączonych Szefów Sztabów,
określił Trumpa jako „najbardziej niebezpiecznego człowieka w kraju” i
„faszystę do szpiku kości”, lecz nigdy nie zetknąłem się z informacją, by Trump
np. wychwalał Hitlera czy propagował wprowadzenie w USA rządów w stylu III
Rzeszy). Tymczasem w Niemczech – gdzie propagowanie nazizmu, a także szerzenie
nienawiści narodowościowej, rasowej, etnicznej, religijnej itd. jest surowo
karane według tamtejszego Urzędu Ochrony Konstytucji liczba prawicowych
ekstremistów wzrosła w latach 2015 – 2025 od 20 tys. do 50 tys. Z
kolei w Austrii, gdzie od 1945 r. obowiązuje prawo zwane Verbotsgesetz (czyli po polsku „Ustawa
o zakazie”), które pod groźbą wieloletnich kar więzienia zabrania podejmowania
wszelkich prób odbudowania NSDAP i innych organizacji nazistowskich, a także
gloryfikowania nazizmu i w ogóle wszelkiego działania „w sensie nazistowskim” w
przeprowadzonym w 2013 r. sondażu opinii publicznej 42% Austriaków stwierdziło,
że za Hitlera wcale nie było źle, zaś 54% badanych wyraziło opinię, że gdyby
NSDPA nie była w Austrii zakazana, to wygrałaby tam ona wybory. Dalej, w krajach, gdzie obowiązują zakazy „mowy nienawiści” w
stylu polskich artykułów 256 czy 257 k.k. (ten drugi, również pod groźbą kary
do 3 lat więzienia zabrania publicznego znieważania grupy ludności albo
poszczególnej osoby z powodu jej przynależności narodowej, etnicznej, rasowej,
wyznaniowej, albo z powodu jej bezwyznaniowości, a także naruszenia z któregoś
z tych powodów nietykalności cielesnej innej osoby) „przestępstw z nienawiści”
tego rodzaju, co fizyczne ataki na ludzi z powodu takich ich cech, jak
narodowość, rasa, wyznanie, czy orientacja seksualna – którym tego rodzaju
przepisy mają w założeniu zapobiegać już w zarodku, hamując wypowiedzi mogące
przyczyniać się do kształtowania przekonań i pobudzania emocji mogących stać
się podłożem dla takich czynów - jest wyraźnie więcej, niż w USA, gdzie tego rodzaju
zakazów wypowiedzi nie ma (w USA może być karalne nawoływanie do działań
przestępczych, ale tylko wówczas, gdyby chodzi o natychmiastowe wzniecenie
takich działań i wywołanie takich działań w konkretnej sytuacji jest
rzeczywiście prawdopodobne). Szczególnie uderzające są tu różnice, jeśli chodzi
o liczby „hate crimes” przeciwko Żydom – a więc tej „grupie ludności” o której
można powiedzieć m.in. to, że odnosząca się do niej „mowa nienawiści” jest w
tych krajach, które zakazują takiej „mowy” tępiona w sposób szczególnie
zaciekły. I tak np. z danych przedstawionych na stronie https://hatecrime.osce.org/hate-crime-report wynika, że w 2024
r. w USA odnotowano 178 antysemickich przestępstw z nienawiści o charakterze
fizycznych ataków na osoby. W Niemczech takich przestępstw było w tym samym roku
(według oficjalnych danych) 105 – nieco więc mniej - tylko pamiętajmy o tym, że
ludność Niemiec jest ok. 4 razy mniejsza, niż ludność USA, a Żydów mieszka w Niemczech
ok. 34 razy mniej, niż w USA (jeśli chodzi o tzw. populację rozszerzoną). Porównania
liczb antysemickich przestępstw z nienawiści w USA i innych europejskich
krajach wyglądają podobnie (wspominałem o tym np. tu https://bartlomiejkozlowski.pl/braun.htm).
Z ideą ochrony demokracji – a
także praw człowieka, praworządności itd. przy użyciu ograniczeń wolności słowa
związane są w ogóle paradoksy, co do których jest dziwne, że – zdaje się – ich się
nie zauważa. W obronie zakazów tego rodzaju, co te sformułowane w art. 256 i
257 k.k. mógłby ktoś powiedzieć np. to, że nie posuwają się one jakoś bardzo
daleko. No bo tak – przypisy te (ani żadne inne obowiązujące w polskim prawie)
nie zabraniają krytykowania demokracji – czy też praw człowieka, bądź zasad
państwa prawa. Nie zabraniają propagowania w sposób oczywiście nie
demokratycznych ustrojów państwowych – takich, jak np. absolutna monarchia, czy
dyktatura wojskowa – jako takich, w każdym razie. Nie zakazują głoszenia
wszelkich stwierdzeń mogących rzucać negatywne światło na takie czy inne grupy
narodowościowe, etniczne, rasowe, religijne i mogących się przyczyniać do
wywoływania wrogich emocji wobec takich grup – nie zakazują one, przykładowo,
mówienia i pisania o np. islamskim terroryzmie, grupach przestępczych złożonych
z przedstawicieli takich czy innych nacji, etc., czy też wspominać np. o Żydach
w UB, Żydach witających wkraczającą 17 września na wschodnie tereny II RP Armię
Czerwoną, czy o tym, że Żydzi zabili Pana Jezusa (a w każdym razie,
doprowadzili do Jego śmierci, bo fizycznie zabili Go jednak Rzymianie), a także
np. o okrucieństwach izraelskiej armii wobec Palestyńczyków w Strefie Gazy. Zabraniają
one jedynie raczej wąskiego wycinka antydemokratycznych i nietolerancyjnych
poglądów – propagowania totalitaryzmów (a nie wszelkich ustrojów autorytarnych,
nie demokratycznych, czy tym bardziej nie całkiem demokratycznych), oraz
nawoływania do nienawiści – a nie np. jedynie niechęci, czy uprzedzeń – „na tle
różnic narodowościowych, etnicznych, rasowych, wyznaniowych, albo ze względu na
bezwyznaniowość” a także znieważania grup narodowościowych, etnicznych,
rasowych, wyznaniowych i charakteryzujących się bezwyznaniowością – czyli
inaczej mówiąc odnoszenia się do takich w sposób obelżywy czy poniżający – a
nie np. wszelkiej krytyki postępowania członków takich grup. Można byłoby zatem
twierdzić, że to (względnie przynajmniej) dobrze – zakazy wypowiedzi w polskim
prawie nie posuwają się jakoś skrajnie daleko, nie sięgają czegoś, co można
byłoby uznać za oczywisty absurd.
Lecz z punktu widzenia kogoś,
kto uważa, że demokrację – a także prawa człowieka, praworządność, etc. należy
chronić zakazując wypowiedzi, które mogą prowadzić do tego, że niektórzy ludzie
zostaną przekonani do opinii potencjalnie niebezpiecznych dla tych wartości – i
myśli tak w sposób konsekwentny – w tym, o czym była powyżej mowa może stanowić
całkiem poważny „zgrzyt”. Bo ile w końcu poglądów potencjalnie niebezpiecznych
dla demokracji nie jest jednak zakazanych? Zauważmy też taką rzecz – jeśli
miałbym wskazać jakąś wypowiedź, która w sposób praktycznie rzecz biorąc
oczywisty naruszałaby zapisany w art. 256 k.k. zakaz „propagowania
totalitarnego ustroju państwa” to myślę, że taką wypowiedzią mogłoby być
przekonywanie do wprowadzenia w Polsce takiego ustroju, jak ten, który istnieje
w Korei Północnej. A więc takiego, gdzie wszyscy muszą nieustannie studiować dzieła
Wielkiego Wodza, donosić na siebie nawzajem, gdzie panuje totalna cenzura,
wszechobecne podsłuchy (i rejestrowanie tego, co ludzie robią przy użyciu kamer
video), totalny brak prywatności,
nieustanne szkolenia ideologiczne i gdzie do cioci w sąsiednim miasteczku nie
można pojechać bez stosownego zezwolenia i gdzie można dostać karę śmierci za np.
oglądanie zagranicznych filmów. To, że propagowanie ustroju Korei Płn w sensie
przekonywania do wprowadzenia takiego ustroju w Polsce stanowiłoby określone w
art. 256 § 1 k.k. przestępstwo publicznego propagowania nazistowskiego,
komunistycznego, faszystowskiego lub innego totalitarnego ustroju państwa, jest
rzeczą pewną. No – tylko ilu ludzi można byłoby naprawdę przekonać do idei
wprowadzenia w Polsce takiego ustroju? Z kolei propagowanie po prostu rządów „silnej
ręki” – w stylu choćby rządów przedwojennej sanacji – pod art. 256 k.k. by nie
podpadało, gdyż czegokolwiek złego by o nich nie powiedzieć, nie były to rządy
totalitarne w tym samym sensie, co rządy Hitlera, Stalina, Bieruta, czy nawet
Gomułki, albo Gierka czy Jaruzelskiego (myślę, że trzy ostatnie z nich były
rządami raczej autorytarnymi, niż totalitarnymi). Jednak – przynajmniej w
sytuacjach jakichś kryzysów i napięć społecznych – idea rządów „mocnego
człowieka” mogłaby zyskać niemało, jak sądzę, zwolenników. Idei takiej raczej
zaszkodziłoby jednak jawne odwoływanie się do takich ideologii i koncepcji
ustrojowych, jak nazizm, komunizm czy faszyzm – ktoś wprost propagujący takie
ideologie w kraju, w którym wiadomo, do czego ideologie takie prowadziły w
przeszłości na własne życzenie wyklucza się grona tych, którzy mogą liczyć na większe,
niż marginalne poparcie społeczne. Podobnie – bardziej już odnosząc się do
„nawoływania do nienawiści” czy „znieważania grupy ludności” – nikt przy
zdrowych zmysłach nie uwierzy np. w to, że jakaś grupa narodowa, etniczna,
rasowa, religijna, etc. składa się z samych złodziei, bandytów, morderców,
terrorystów, oszustów, czy innych szubrawców i przestępców. Jawnie obelżywe i
nienawistne stwierdzenia na temat takiej czy innej grupy narodowej, itp. dla
elementarnie rozsądnego człowieka są po prostu pokazem złych emocji ich autora
– nie czymś, co choćby tylko może być prawdą (bo oczywiste jest, że żadna
wielka grupa osób – taka, jak np. jakiś naród, czy cała rasa, albo wyznawcy
określonej religii – nie składa się wyłącznie, czy w jakiejś dużej mierze z
osób, którym w sposób uczciwy można przypisać jakieś wysoce pejoratywne
właściwości – jasne jest, że wszelkie tego rodzaju grupy są zróżnicowane –
składają się z osób dobrych, złych, mądrych, głupich, pracowitych, leniwych,
itd.). Jeśli ktoś więc wypowiada w sposób oczywisty podpadające pod art. 257 k.k.
stwierdzenie, że wszyscy członkowie jakiejś grupy narodowej, etnicznej,
rasowej, czy religijnej bandyci, mordercy i złodzieje (stwierdzenie takie można
by też było podciągnąć pod „nawoływanie do nienawiści” – z powodzeniem przecież
można byłoby twierdzić, że celem jego wypowiedzenia jest pobudzanie do
nienawiści wobec osób należących do wskazanej w nim grupy) to wypowiada rzecz
oczywiście absurdalną. Lecz jeśli ktoś mówi, czy pisze o np. islamskim
fundamentalizmie religijnym, zamachach terrorystycznych dokonywanych przez
islamistycznych fanatyków (którymi są w końcu tylko niektórzy muzułmanie), o
islamskim prawie religijnym – Szariacie – w którym najcięższą, bezwzględnie
zasługującą na ukaranie śmiercią zbrodnią jest odejście od islamu i które
przewiduje kary chłosty czy nawet ukamienowania za np. pozamałżeński seks i
picie alkoholu, a także o np. napływie muzułmańskich uchodźców do Europy,
problemach z ich społeczną integracją, czy o tym, że muzułmanie za jakiś czas
zdominują liczebnie społeczeństwa europejskich krajów (to ostatnie twierdzenie
jest – jeśli chodzi o przynajmniej jakąś względnie bliską perspektywę –
cokolwiek przesadzone – według AI w przypadku rekordowych
napływów z lat 2014–2016 muzułmanie stanowiliby w 2050 r. ok. 14% populacji
naszego kontynentu) to nie wygłasza po prostu absurdów. Można w sposób rozsądny
przypuszczać, że takie wypowiedzi – wcale nie nawołujące do nienawiści wobec
muzułmanów jako grupy ludzi o określonym wyznaniu i wcale nie znieważające tej
„grupy ludności” - mogą przyczyniać się do budzenia złych emocji – w tym przede
wszystkim strachu – wobec nich – a to właśnie ta ostatnia emocja jest w
największej mierze podłożem „przestępstw z nienawiści” w rodzaju pobić, itp.
Podobnie, mówienie i pisanie o brutalności działań izraelskiej armii w strefie
Gazy i o wynikających z nich cierpieniach tamtejszej ludności nie jest
przestępstwem. Lecz zaostrzeniom się izraelsko – palestyńskiego konfliktu wokół
Strefy Gazy zawsze towarzyszył wzrost liczby ataków na Żydów czy należące do nich
mienie w takich krajach, jak Niemcy czy Francja – jest oczywiste, że był to
efekt relacji na temat tego konfliktu – nikt przecież nie może bezpośrednio
widzieć, słyszeć i odczuwać tego, co dzieje się kilka tysięcy kilometrów od
miejsca, w którym się znajduje. Przykład Niemiec, gdzie w latach 90 przemoc
skierowana przeciwko imigrantom dużo częściej dotyczyła członków tych grup, o
których szczególnie dużo mówiono i pisano w mediach (bynajmniej nie w sposób
nienawistny, czy obraźliwy), niż osób należących do takich grup, które
obiektywnie rzecz biorąc powodowały największe problemy społeczne – w rodzaju
powodowania konkurencji na rynku pracy i rynku mieszkaniowym (taką grupą byli
niemieccy repatrianci z byłego ZSRR, o których jednak mówiono i pisano bardzo
mało) pokazuje, że wypowiedzi nie będące „nawoływaniem do nienawiści”,
„znieważaniem grupy ludności” czy też (rzecz jasna) nawoływaniem do przemocy,
lecz po prostu sugerujące to, że członkowie pewnych grup są źródłem takich, jak
wspomniane problemów mogą przyczyniać się do „przestępstw z nienawiści” tak
samo – i to prawdopodobnie w znacznie większym stopniu – jak wypowiedzi, które
można byłoby uznać za przestępstwo (np. to określone w art. 130 niemieckiego
k.k., zgodnie z którym za nawoływanie do nienawiści, przemocy lub arbitralnych
działań przeciwko części populacji, albo zniesławienie, złośliwe oczernianie
lub zniesławienie części populacji grozi kara do 5 lat więzienia).
Jeśli więc
zakazy wypowiedzi miałyby naprawdę zapobiegać rasistowskiej, ksenofobicznej,
homofobicznej, itd. przemocy, to musiałby one hamować – i to w sposób skuteczny
– bez porównania szerszy zakres ekspresji, niż ewentualnie mogą hamować
istniejące przepisy przeciwko „hate speech”. Nie wiadomo, oczywiście czy taka
metoda zapobiegania „hate crimes” byłaby skuteczna, pewne jest natomiast, że
prowadziłaby ona do zamiany lekkiego zamordyzmu, jakim są (m.in.) istniejące w
krajach zachodnich zakazy „mowy nienawiści” w zamordyzm niezwykle daleko
posunięty; warto w tym kontekście przytoczyć stwierdzenie sędziego O. W.
Holmesa z jego votum separatum w sprawie Gitlow v. New York (1925) „every idea is an incitement” – jeśli można
karać za szerzenie np. poglądów rasistowskich z tego względu, że mogą one
prowadzić do rasistowskich aktów przemocy, to powstaje pytanie, dlaczego nie
można by karać za np. głoszenie twierdzeń, że aborcja jest morderstwem, bo
przecież ludzie przekonani do takiego poglądu mogą popełnić przestępstwo tego
rodzaju, co podpalenie kliniki aborcyjnej albo zabicie lekarza wykonującego
zabiegi przerwania ciąży z bez porównania większym prawdopodobieństwem, niż ci,
którzy uważają, że aborcja jest zwykłym zabiegiem medycznym – albo za
propagowanie poglądu, że zakaz aborcji jest brutalnym naruszeniem prawa kobiet
do decydowania o sobie, gdyż ludzie przekonani do takiej opinii mogą być
znacznie bardziej skłonni do napaści na rzeczników zakazu aborcji, niż ludzie
nie przekonani do niej – bądź dlaczego nie zabronić mówienia i pisania o
cierpieniach zwierząt zabijanych na mięso i futra lub wykorzystywanych w
laboratoryjnych doświadczeniach skoro bez takich wypowiedzi fizyczne ataki na
rzeźnie, firmy futrzarskie i laboratoria, gdzie eksperymentuje się na
zwierzętach niemal nie miałyby szansy się zdarzać („niemal” - bo oczywiście, że
niektóre takie czyny mogą być powodowane przez biznesową konkurencją albo przez
np. piromanów, lecz zdecydowana większość z nich jest dokonywana przez osoby
przekonane do opinii, że eksploatacja zwierząt jest złem wymagającym
powstrzymania go za wszelką niemal cenę; hipotetycznie rzecz biorąc, dojście do
takiego poglądu może być wynikiem osobistego napatrzenia się na to, co dzieje
się np. w rzeźni, ale zdecydowana większość radykalnych obrońców praw zwierząt
nie miała takich akurat osobistych doświadczeń); nasuwają się też pytania,
dlaczego np. nie zabronić wyrażenia twierdzeń o potencjalnie katastrofalnych
skutkach manipulacji genetycznych, nanotechnologii, globalnego ocieplenia, czy
technologii 5G, bo przecież bez przekonania niektórych ludzi o groźbie takich
skutków nie byłoby ataków na laboratoria, gdzie prowadzi się badania w
dziedzinie genetyki lub nanotechnologii, bądź podpalania oskarżanych o
szczególne przyczynianie się do globalnego ocieplenia samochodów typu SUV i
masztów telefonii komórkowej rzekomo wykorzystujących technologię 5G; albo
dlaczego nie zakazać gloryfikowania nienaruszonej przez ludzi przyrody i
mówienia o jej niszczeniu przez ludzki gatunek z tej przyczyny, że przekonania
i emocje pobudzane przez takie wypowiedzi mogą stać się podłożem takich czynów,
jak np. niszczenie budynków, których wznoszenie z samej konieczności niszczy
nieco stanowiącą dla osób, na których poglądy takie wypowiedzi miały zasadniczy
wpływ największą wartość przyrodę; albo dlaczego nie zakazać w ogóle
krytykowania władzy, uzasadniając taki zakaz tym, że wśród ludzi przekonanych
do opinii, że winnymi jakichś nieszczęść dotykających czy to bezpośrednio ich
czy też innych są politycy osoby skłonne do wywołania antyrządowych zamieszek
mogą się znaleźć nieporównanie prędzej, niż wśród będących zdania, że ich los
jest wynikiem ślepego trafu (zadajmy w tym kontekście pytanie, jakie jest
prawdopodobieństwo tego, by antyrządowe zamieszki mogli wzniecić ludzie, którzy
nigdy w życiu nie słyszeli o rządzie? – jest to chyba pytanie retoryczne), czy
też dlaczego nie zabronić publikowania np. Koranu, uzasadniając to tym, że ktoś
pod wpływem jego lektury może stać się muzułmaninem, a w odrobinę tylko dalszej
konsekwencji radykalnym islamistą i islamistycznym terrorystą, lub dlaczego nie
zakazać mówienia i pisania o bulwersujących opinię publiczną zdarzaniach,
takich, jak np. zabicie kogoś przez policjanta z tego powodu, że takie czyny,
jak rozruchy w wielu amerykańskich (i nie tylko amerykańskich) miastach po
śmierci uduszonego przez białego policjanta Afroamerykanina George’a Floyda,
bądź podpalenia kościołów w Kanadzie po odkryciach grobów indiańskich dzieci na
terenach prowadzonych niegdyś przez instytucje wyznaniowe tzw. szkół
rezydencjalnych nie miałyby szansy nastąpić bez wypowiedzi informujących o
takich zdarzeniach - których przecież w większości miejsc, gdzie doszło do
czynów wywołanych oburzeniem wobec tego, co zrobił biały policjant Derek Chauvine
i w wobec tego, co w „szkołach rezydencjalnych” robiono kiedyś z indiańskimi
dziećmi nikt nie mógł bezpośrednio zauważyć na własne oczy. Albo dlaczego nie
zabronić rozpowszechniania książek czy filmów, w których tacy czy inni ludzie
znajdowali inspirację do przestępczych działań – a takich znalazłoby się
naprawdę dużo. Jeśli powodem zakazu „mowy nienawiści” – nie będącej
bezpośrednio niebezpiecznym w konkretnym miejscu i czasie podżeganiem do
przemocy – tego rodzaju, co wzywanie rozwścieczonego tłumu do zlinczowania
osoby będącej obiektem wściekłości tego tłumu i znajdującej się pod ręką – a
nie nie wiadomo gdzie, lub przynajmniej daleko – w którym to przypadku ludzie
zachęcani do popełniania przestępstwa raczej by się uspokoili, po części w
wyniku uświadomienia sobie, że zrobienie tego, do czego byli wzywani z dużym
prawdopodobieństwem skończy się dla nich trafieniem za kratki - może być to,
że nienawistna mowa może przyczyniać się do nienawistnych czynów – to w oparciu
o argumentację analogiczną do tej, przy użyciu której uzasadnia się zakazy
„hate speech” można byłoby z powodzeniem uzasadnić cenzurę czy kryminalizację
olbrzymiego zakresu ludzkiej ekspresji. Zakazy te stawiają więc wolność słowa
na potencjalnie śliskim gruncie – jeśli nawet odrzucamy obawy przed tym, że w
drodze tzw. mechanizmu równi pochyłej doprowadzą one do zakazania choćby takich
wypowiedzi, jak te, o których była tu mowa (choć trzeba powiedzieć, że obawy
przed takim mechanizmem nie są absurdalne jako takie – świadczyć mogą o tym
chociażby podejmowane w Polsce próby rozszerzenia zakresu zakazów zapisanych w
art. 256 i 257 k.k.), to zakazy takie niewątpliwie stanowią (sprzeczną poniekąd
z art. 32 Konstytucji) dyskryminację ludzi ze względu na ich przekonania –
niewątpliwie jest taką dyskryminacją karanie za znieważanie takich grup czy
nawoływanie do nienawiści przeciwko takim „grupom ludności” jak – przykładowo –
Żydzi, Ukraińcy, Łemkowie, Niemcy, Ślązacy, Kaszubi, prawosławni, protestanci,
muzułmanie, katolicy, czy ateiści i jednocześnie nie karanie za takie same, co
do formy wypowiedzi na temat takich grup, jak np. rolnicy, robotnicy,
nauczyciele, lekarze, pielęgniarki, górnicy, naukowcy, policjanci, żołnierze,
bezrobotni, bezdomni, biznesmeni, itd. (odnośnie „mowy nienawiści” zakazanej
przez art. 256 i 257 k.k. chciałbym też zauważyć jeszcze jedną rzecz – taką
mianowicie, że nie jest w Polsce czymś zakazanym chociażby „mowa nienawiści” na
tle różnic politycznych i „mowy” tej jest niewątpliwie mnóstwo. Jednak mimo
mnogości takiej „mowy” i autentycznie nienawistnych emocji trudno jest
powiedzieć, że „mowa” taka prowadzi do jakichś katastrofalnych skutków – bądź
co bądź nie słyszymy o tłumach ludzi nienawidzących Koalicji Obywatelskiej,
PiS-u, Lewicy, Konfederacji, Konfederacji Korony Polskiej czy jeszcze innych
ugrupowań, które motywowane tą nienawiścią napadałyby na zwolenników
znienawidzonych przez nich ugrupowań, czy siedziby partii politycznych;
oczywiście, okazyjnie zdarzają się przestępstwa, co do których można twierdzić,
że zostały popełnione na tle nienawiści politycznej, ale związek przyczynowo –
skutkowy tych przestępstw z tym, co można byłoby uznać za „polityczną mowę
nienawiści” – w sensie wypowiedzi, które gdyby dotyczyły grup narodowych,
rasowych, etnicznych, czy religijnych można byłoby uznać za przestępstwa z art.
256 czy 257 k.k. jest raczej wątpliwy – przypomnijmy w tym kontekście, że
Ryszard Cyba, który w październiku 2010 r. dokonał morderstwa i usiłowania
morderstwa w biurze poselskim PiS w Łodzi był silnie motywowany przekonaniem,
że prezydent Lech Kaczyński doprowadził do katastrofy smoleńskiej, zmuszając
załogę samolotu Tu-154 M do lądowania we mgle na słabo wyposażonym w przyrządy
nawigacyjne wojskowym lotnisku Smoleńsk – Sierwiernyj, ktoś, kto w 2017 r.
podpalił biuro posłanki Beaty Kempy był pod wpływem krytyki pisowskiego
projektu zmian w kodeksie wyborczym ze strony posła PO Borysa Budki, polityków
PSL i „Nowoczesnej” oraz różnych dziennikarzy, zaś na zabójcę prezydenta
Gdańska Pawła Adamowicza prawdopodobnie w największym stopniu wpłynął fakt
przetrzymywania go na tzw. „ence” w więzieniu, z czego cokolwiek opacznie
wyciągnął wniosek, że był torturowany przez Platformę Obywatelską - do której w
czasie popełnienia dokonanej przez niego zbrodni Paweł Adamowicz już nie
należał. Zachodzi więc pytanie o to, czy „mowa nienawiści” na tle różnic
narodowościowych, etnicznych, rasowych, wyznaniowych, z powodu czyjejś
bezwyznaniowości – albo odnosząca się np. do osób LGBT – jest na tyle
groźniejsza od „mowy nienawiści” skierowanej przeciwko różnym partiom
politycznym i ich zwolennikom, że zasługuje na odmienne traktowanie; polityczna
„mowa nienawiści” – o ile nie jest nawoływaniem do popełnienia przestępstwa,
ewentualnie pochwalaniem przestępstwa nie jest w Polsce karalna i nie ma planów
na to, by to zmienić, aczkolwiek w 2012 r. Platforma Obywatelska przedstawiła
swój projekt w tej m.in. kwestii; krytykowałem go tu https://bartlomiejkozlowski.pl/256.htm; poniekąd zakaz nawoływania do popełnienia przestępstwa –
i siłą rzeczy także pochwalania przestępstwa, w tej przynajmniej formie, w
jakiej występuje on w polskim prawie krytykowałem np. tu https://bartlomiejkozlowski.pl/pubnaw.htm).
Ponadto wszystko, zakazy wypowiedzi tworzą zafałszowany
obraz poglądów występujących w społeczeństwie. Prowadzą do takich np. rzeczy,
jak pamiętny „judeosceptycyzm” byłego posła Artura Zawiszy, czy twierdzeń tego
rodzaju, że „Odrzucamy każdą formę totalitaryzmu, w tym
liberalną demokrację, jako reżimy polityczne skrajnie szkodliwe dla wspólnoty
narodowej” (to ze strony internetowej ONR) – a także de facto szerzenia
nienawiści wobec takich czy innych grup w taki sposób, by nie przyczepił się
tego prokurator – warto tu zauważyć, że, jak stwierdził swego czasu amerykański
profesor komunikacji społecznej Franklyn Haiman - powołując się na przykłady z
USA, gdzie rasistów przed używaniem jawnie nienawistnego języka hamuje nie
prawo, lecz zdrowy rozsądek „ukryte przekazy grupowej nienawiści,
będące daleko od tego, czego mógłby zabraniać jakikolwiek wyobrażalny przepis
przeciwko „nienawistnej mowie" są potencjalnie daleko bardziej szkodliwe
dla swoich ofiar niż cokolwiek, co wrzeszczący i bredzący rasista, homofob lub
mizogynik mógłby powiedzieć”).
Jeśli więc
nawet środki właściwe dla „walczącej demokracji” w rodzaju zakazów „mowy nienawiści”
czy propagowania ustrojów totalitarnych mają na celu ochronę demokracji – i
zapobieganie takim zjawiskom, jak przemoc na tle nienawiści przeciwko ludziom
różniącym się takimi cechami, jak przynależność narodowa, etniczna, rasowa,
wyznaniowa, czy orientacja seksualna – to środki te, jeśli chodzi o hamowanie
takich zjawisk są co najmniej nieskuteczne (o ile nie wręcz przeciw-skuteczne),
a dla demokracji i nieodłącznych od niej praw i wolności (nie jest w końcu
możliwe istnienie czegoś, co w minimalnie choćby sensowny sposób można nazywać
demokracją bez znaczącego przynajmniej zakresu wolności słowa) potencjalnie
groźne. „Walcząca demokracja” – przy wszystkich leżących u podłoża tej
koncepcji dobrych chęciach – jest złudnym i niebezpiecznym wręcz rozwiązaniem.
3. Jeśli organy
niezależne od tego, który stanowi prawo (i oczywiście od organów wykonawczych)
nie mogą badać konstytucyjności aktów prawnych (i działań władzy), to wówczas
twierdzenie, że konstytucja jest najwyższym prawem kraju, z którym zgodne
powinny być wszystkie inne jest niczym innym, jak po prostu pustosłowiem.
Dlaczego jednak prawo do badania konstytucyjności prawa powinny mieć wszelkie
sądy – z rejonowymi włącznie – a nie wyłącznie wyspecjalizowany Trybunał
Konstytucyjny (który, owszem, mógłby ewentualnie być w tej dziedzinie
ostatecznym arbitrem)? Otóż choćby dlatego, że badanie konstytucyjności ustaw
przez sądy przy okazji rozpatrywanych przez nie spraw sprzyja wzrostowi
refleksji na temat takich spraw, jak prawa i wolności obywatelskie. Zwiększa
prawdopodobieństwo naświetlania takich problemów z różnych stron – tak dzieje
się np. wówczas, gdy sądy różnych instancji wydają różne opinie w kwestii
konstytucyjności tego samego przepisu. W oczywisty sposób zwiększają też szanse
ludzi na ochronę ich gwarantowanych przez Konstytucję (albo np. prawo
międzynarodowe) praw i wolności.
4. Skłaniam się do
opinii, że najlepszym modelem ordynacji wyborczej w wyborach do Sejmu byłaby
ordynacja większościowa, ale w okręgach kilku mandatowych (w których wybierano
by – powiedzmy – od 4 do 6 posłów; wszystkie okręgi powinny obejmować możliwie
zbliżoną liczbę ludności i wysyłać tyle samo posłów do Sejmu). W ordynacji
takiej wyborca dysponowałby tyloma głosami, ile jest mandatów do obsadzenia w
okręgu – w czteromandatowym okręgu wyborczym mógłby więc, hipotetycznie,
zagłosować np. na kandydata PiS, kandydata KO, kandydata Lewicy i kandydata
bezpartyjnego. Mandaty w okręgu wyborczym zdobywaliby ci kandydaci, którzy
dostali kolejne najwyższe liczby ważnie oddanych głosów.
Dlaczego taka akurat ordynacja wyborcza
byłaby względnie optymalna? Odpowiedź na to pytanie zacznijmy od kwestii wad
klasycznych modeli ordynacji proporcjonalnych i ordynacji większościowej typu
jednomandatowych okręgów wyborczych (JOW-ów). Przy obowiązywaniu ordynacji
proporcjonalnej wyborcy głosują na całe listy wyborcze – ewentualnie, jeśli
ordynacja daje taką możliwość – wskazując preferowanego przez siebie kandydata
na liście i dając mu przez to pierwszeństwo w ramach niej; zawsze jest to
jednak głos na całą listę wyborczą. Ideą leżącą u podstaw ordynacji
proporcjonalnej jest to, by skład parlamentu w możliwie największym stopniu
odpowiadał statystycznemu rozkładowi preferencji politycznych w społeczeństwie.
Najbardziej w związku z tym idealnym pod względem proporcjonalności modelem
ordynacji wyborczej byłaby taka ordynacja, w której okręgiem wyborczym byłby
cały kraj i nie byłoby żadnego sztucznego progu wyborczego. Zakładając, że Sejm
składa się z 460 posłów, zdobycie niecałych 0,22% głosów przez jakąś listę mogłoby
wystarczyć do tego, że ktoś kandydujący w tej listy zostałby posłem.
Sejm wybrany według takiej ordynacji
mógłby być naprawdę barwny i ciekawy. Jednak już z parlamentami wybranymi
według ordynacji nie aż tak skrajnie proporcjonalnych są poważne kłopoty –
przypomnijmy tu choćby Sejm wybrany w 1991 r. w którym zasiadali
przedstawiciele 29 komitetów wyborczych, z których 11 miało tylko jednego posła
(w Sejmie tym 391 posłów było wybieranych w okręgach wyborczych, w których
obsadzano od 7 do 17 mandatów, pozostałe 69 mandatów obsadzano
z list ogólnopolskich tych komitetów, które przekroczyły określone progi, tj.
zdobyły mandaty w co najmniej 5 okręgach lub uzyskały co najmniej 5% głosów w
skali kraju). Hipotetyczny Sejm, o którym była powyżej mowa mógłby być
praktycznie niezdolny do działania; szczególnie do utworzenia w nim w miarę
stabilnej większości popierającej rząd, tak, by ten ostatni mógł w ogóle zostać
zatwierdzony i by nie groziło mu w sposób praktycznie nieustanny votum
nieufności (choć przewidziane w obecnej konstytucji tzw. konstruktywne votum nieufności,
zgodnie z którym sejmowa większość może obalić rząd jedynie pod warunkiem
jednoczesnego wybrania innego premiera mogłaby tu być jakimś środkiem zaradczym
przeciwko temu ostatniemu zagrożeniu – zgodzimy się chyba co do tego, że
jakkolwiek żaden rząd nie powinien mieć gwarancji wiecznego trwania, to jednak
nie jest dobrze, gdy rządy zmieniają się np. raz na kilka miesięcy). Ponadto, w
Sejmie, do którego wręcz skrajnie łatwo można byłoby się dostać jakąś część
(najprawdopodobniej drobną) posłów stanowiliby przysłowiowi ludzie nawiedzeni –
może też np. jacyś neonaziści, komuniści, sataniści, itd. – po prostu dlatego,
że ludzi o skrajnych poglądach ciągnie często do polityki i ciągnęłoby ich
jeszcze bardziej, gdyby mieli realne szanse dostać się do parlamentu. Ludzie
tacy powinni mieć absolutne prawo publicznego głoszenia swoich obłędnych
poglądów, ale nie jest rzeczą dobrą, jeśli dzięki swojej obecności w
parlamencie mogą oni stanowić przysłowiowy języczek u wagi, od którego mogą
zależeć takie sprawy, jak przyjęcie lub nie przyjęcie (albo konkretny kształt)
jakiejś ustawy, przegłosowanie czy nie przegłosowanie votum zaufania (albo
votum nieufności) dla rządu, itd.
Wprowadzenie w 1993 r. zasady, że do Sejmu
wchodzą tylko kandydaci tych komitetów wyborczych, które dostały co najmniej 5%
głosów w skali całego kraju (z wyjątkiem komitetów wyborczych mniejszości
narodowych) wyeliminowało efekt najczęściej zarzucany ordynacji proporcjonalnej
bez progów (choć jednak mimo wszystko z naturalnym progiem wyborczym w
okręgach), tj. to, że prowadzi ona do powstania wysoce rozdrobnionego
parlamentu. Z Sejmu znikły ugrupowania typu Polska Partia Przyjaciół Piwa, czy
Sojusz Kobiet Przeciw Trudnościom Życia. Lecz ordynacja wyborcza, która od 1993
r. generalnie rzecz biorąc obowiązuje do dziś też ma poważne wady. To prawda,
że wyeliminowała ona pewne niedorzeczności ordynacji z 1991 r., takie, jak
listy krajowe, dzięki którym do Sejmu wchodzili ci kandydaci dużych partii
politycznych, którzy z racji swej niepopularności nie zdobywali mandatów w
okręgach wyborczych, lecz którzy byli na tyle ważni dla kierownictw swoich
ugrupowań, że byli umieszczani na wysokich miejscach takich list, czy też tzw.
blokowanie list wyborczych, które prowadziło do tego, że ludzie głosując na
jakąś partię jednocześnie głosowali również na inną partię, często
najprawdopodobniej nieświadomie (vide przykład zblokowanej z listą Konfederacji
Polski Niepodległej listy Polskiego
Związku Emerytów, Rencistów i Osób Niepełnosprawnych). Spowodowała jednak np.
to, że do Sejmu praktycznie rzecz biorąc nie mogą dostać się hipotetyczni
kandydaci ugrupowań, które mają duże poparcie w jakichś regionach, lecz na
które głosuje mniej, niż 5% wyborców w całym kraju. Sprawiła też to, że skład
Sejmu stał się w bardzo dużej mierze zależny od woli przywódców partii
politycznych, którzy decydują o tym, kto znajdzie się na listach wyborczych, a
kto nie. Oczywiście, w systemach np. JOW-ów wola partyjnych przywódców też może
mieć znaczenie odnośnie tego, kto znajdzie będzie kandydatem danej partii w
okręgu wyborczym i w konsekwencji tego, czy ten ktoś zdobędzie mandat poselski,
czy też nie. Ale w takich systemach jeżeli ktoś nie został „pobłogosławiony”
jako kandydat danej partii w okręgu wyborczym z powodzeniem może wystartować
jako np. kandydat niezależny,i – przynajmniej formalnie rzecz biorąc – ma takie
same, jak kandydat wystawiony przez jakąś ważną i popularną partię polityczną,
szanse dostać się do parlamentu. W Polsce ktoś taki teoretycznie rzecz biorąc
mógłby się skrzyknąć z pewną liczbą osób i utworzyć np. listę wyborczą w jakimś
okręgu (do utworzenia komitetu wyborczego wyborców potrzeba ich 15; z kolei na
okręgowej liście wyborczej musi być nie mniej, niż tyle osób, ile mandatów jest
do obsadzenia w okręgu i nie więcej, niż dwukrotność tej liczby) i zarejestrować
okręgową listę kandydatów (czy to jako listę wyborców, czy kandydatów jakiejś
nowo powstałej partii, o ile byłaby już ona zarejestrowana), ale musiałoby być
prawdziwym cudem dostanie się z takiej listy do Sejmu. Obowiązująca ordynacja
wyborcza jest więc korzystna dla dużych, mających znaczne poparcie partii
politycznych i w szczególności dla ich przewódców, ale w mniejszym chyba
stopniu dla społeczeństwa.
A teraz JOW-y. Jednomandatowe okręgi
wyborcze mają oczywiste zalety. Przede wszystkim, posłowie w większym stopniu,
niż w systemie proporcjonalnym (szczególnie już takim, jak istniejący obecnie w
Polsce) są związani z ludźmi, którzy na nich głosowali – w obecnym systemie
wyborczym posłowie są bardziej reprezentantami partii politycznych, które
wstawiły ich na listy kandydatów, niż bezpośrednimi reprezentantami wyborców.
Niemniej jednak, mają też taką wadę, że – przynajmniej w systemie brytyjsko –
amerykańskim, gdzie do zdobycia mandatu poselskiego wystarczy zdobycie po
prostu największej liczby głosów w okręgu – pozostawiają polityczną mniejszość
– przynajmniej na poziomie konkretnego okręgu wyborczego – bez parlamentarnej reprezentacji.
Co więc dawałyby sugerowane przeze mnie wybory większościowe w okręgach
kilkumandatowych? Otóż, przede wszystkim wyborcy mieliby większą swobodę głosu
w tym sensie, że nie byliby zmuszeni do głosowania na tylko jednego kandydata –
mogliby oczywiście głosować na wszystkich kandydatów danej partii w okręgu
wyborczym, ale mogliby też głosować na kandydatów różnych partii. Oczywista
walka wyborcza na poziomie okręgów prawdopodobnie w mniejszym stopniu byłaby
walką o to, czy „być albo nie być” (dla partii w okręgu wyborczym), niż w
systemie JOW-ów. Być może, że sprzyjałoby to mniejszej cokolwiek
konfrontacyjności życia politycznego, niż w takim systemie, w którym wyborca ma
dokładnie jeden głos.
Ile jednak wyborca powinien mieć tych
głosów? Oczywiście, tyle, ile jest mandatów do obsadzenia w okręgu, oddanie
głosów na większą liczbę kandydatów musiałoby być traktowane jako głos
nieważny. Jaka jednak powinna być liczba posłów wybieranych w okręgach? Jeśli
chodzi o to, to moja intuicja jest tak, że powinna być ona na tyle duża, by
indywidualni wyborcy mogli – jeśli tego chcą – wybrać kandydatów naprawdę
różnych opcji politycznych, i jednocześnie nie na tyle duża, by mogła istnieć
poważna obawa do do tego, że znaczna część z nich się w tym wszystkim po prostu
pogubi. Myślę więc, że najmniejszą sensownie możliwą liczbą mandatów
obsadzanych w okręgu wyborczym byłyby trzy, a największą siedem – z sugestią,
że powinno być to raczej od czterech do sześciu; oczywiście w każdym okręgu
wyborczym powinno wybierać się tyle samo posłów.
Należy dodać, że ponieważ w proponowanym
przeze mnie modelu ordynacji wyborczej okręgi wyborcze musiałyby być
kilkukrotnie większe, niż w systemie JOW-ów, posłowie mogliby nie być tak
silnie związani z konkretnymi, lokalnymi społecznościami, jak posłowie wybrani
w okręgach jednomandatowych.
5. Myślę, że
dwuizbowość parlamentu może sprzyjać bardziej uważnemu stanowieniu prawa, niż w
przypadku, gdy parlament jest jednoizbowy. Podobną rolę może odgrywać veto
prezydenckie – może ono utrudniać np. wprowadzanie takich praw, które mają
poparcie niewielkiej, czy minimalnej wręcz większości parlamentarnej, lecz
wywołują wyraźny sprzeciw ze strony znaczącej części społeczeństwa, czy nawet
jego większości.
6. Oczywiście,
nie jest czymś całkowicie niemożliwym, by wybory w USA się nie odbyły. Można
sobie przecież wyobrazić fizyczne uniemożliwienie ich przeprowadzenia w wyniku
jakichś siłowych działań – tego np. rodzaju, co wojskowy zamach stanu. Ponadto,
jeśli nawet terminy wyborów w USA wyznaczone są „z automatu” to przeprowadzenie
wyborów wymaga przecież każdorazowo aktywnych działań – kandydaci muszą zostać
zarejestrowani, muszą zostać przygotowane maszyny do głosowania (czy też karty
wyborcze, o ile jeszcze się ich gdzieś używa) itd. Można więc – w sposób
hipotetyczny – wyobrazić sobie zaniechania prowadzące do nie odbycia się
wyborów. Jednak w USA zaniechania mające skutek w postaci nie przeprowadzenia
wyborów musiałby mieć charakter oczywistego łamania prawa. W Polsce zaniechania
mogące mieć skutek w postaci nie przeprowadzenia wyborów (czy też nie zwołania
parlamentu na pierwsze posiedzenie) mogłyby mieć co charakter najmniej pozoru
przestrzegania prawa, w tym zwłaszcza respektowania kompetencji organów
państwowych, które zgodnie z konstytucją uprawnione są do zarządzania wyborów
(prezydenta w przypadku wyborów parlamentarnych i marszałka sejmu w przypadku
wyborów prezydenckich).
7. Pewne szczególne
zastosowanie tej zasady mogłoby mieć miejsce w przypadku przerwania normalnej,
czteroletniej kadencji Sejmu i Senatu, czy też zwykłej, pięcioletniej kadencji
Prezydenta. Jak wiadomo, kadencja izb polskiego parlamentu może zostać skrócona
w określonych w Konstytucji przypadkach, tj. nie powołania w trzech kolejnych
krokach rządu – z art.155 ust. 1 Konstytucji wynika, że skrócenie kadencji
Sejmu i Senatu przez Prezydenta jest w takim przypadku obligatoryjne,
fakultatywne jest natomiast rozwiązanie parlamentu w przypadku, jeżeli ustawa
budżetowa w ciągu 4 miesięcy od złożenia przez rząd jej projektu w sejmie nie
zostanie przedłożona prezydentowi do podpisu – prezydent ma wówczas 14 dni na
ewentualne zarządzenie nowych wyborów – i oczywiście w przypadku, gdy Sejm sam
skróci swoją kadencję uchwałą podjętą większością co najmniej 2/3 głosów ustawowej liczby posłów (co oznacza
również skrócenie kadencji Senatu). Zauważmy, że zgodnie z art. 98 ust. 5
Konstytucji „Prezydent Rzeczypospolitej, zarządzając skrócenie kadencji Sejmu,
zarządza jednocześnie wybory do Sejmu i Senatu i wyznacza ich datę na dzień
przypadający nie później niż w ciągu 45 dni od dnia zarządzenia skrócenia
kadencji Sejmu” (zgodnie również z tym przepisem „Prezydent Rzeczypospolitej
zwołuje pierwsze posiedzenie nowo wybranego Sejmu nie później niż na 15 dzień
po dniu przeprowadzenia wyborów”). Można więc powiedzieć, że skrócenie
kadencji Sejmu i Senatu i zarządzenie nowych wyborów jest swego rodzaju
„transakcją wiązaną” – jeśli prezydent – hipotetycznie rzecz biorąc – wydałby
decyzję o skróceniu kadencji izb parlamentu, nie zarządzając jednocześnie
nowych wyborów i nie wyznaczając ich daty – to taka decyzja z prawnego punktu
widzenia byłaby „non est” (choć mógłby tu się ktoś ewentualnie czepiać
przypadku, w którym prezydent zgodnie z Konstytucją skrócić kadencję parlamentu
musi, co ma miejsce w sytuacji nie powołania w trzech kolejnych krokach Rady
Ministrów). Jednak w takim przypadku odpowiedni przepis, czy to samej
konstytucji, czy ustawy, powinien stanowić o tym, że w przypadku przedwczesnego
skrócenia kadencji parlamentu kolejne wybory odbywają się np. w dzień wolny od
pracy przypadający w (dość ściśle określonym) czasie przed końcem kadencji
nowego Sejmu i Senatu, bez konieczności specjalnego zarządzania ich przez
prezydenta. Analogicznie powinno wyglądać rozwiązanie dotyczące daty wyborów
prezydenckich w przypadku skrócenia z takich czy innych powodów kadencji
prezydenta – data ta powinna wynikać bezpośrednio z przepisów prawa.
· Potencjalnie
największym – z prawnego punktu widzenia – zagrożeniem dla przeprowadzenia
wyborów są określone w Konstytucji stany nadzwyczajne. Jak wiadomo, art. 228
ust. 7 Konstytucji mówi o tym, że „W czasie stanu nadzwyczajnego
oraz w ciągu 90 dni po jego zakończeniu nie może być skrócona kadencja Sejmu,
przeprowadzane referendum ogólnokrajowe, nie mogą być przeprowadzane wybory do
Sejmu, Senatu, organów samorządu terytorialnego oraz wybory Prezydenta
Rzeczypospolitej, a kadencje tych organów ulegają odpowiedniemu przedłużeniu.
Wybory do organów samorządu terytorialnego są możliwe tylko tam, gdzie nie
został wprowadzony stan nadzwyczajny”. Szczególną uwagę należy w tej kwestii
zwrócić na stan wojenny – z tego względu, że w odróżnieniu od stanu wyjątkowego
– który można wprowadzić na czas nie dłuższy, niż 90 dni, z możliwością
jednorazowego przedłużenia go za zgodą Sejmu na nie więcej, niż 60 dni i stanu
klęski żywiołowej, który rząd może wprowadzić na nie dłużej, niż 30 dni, z
możliwością przedłużenia tego stanu za zgodą Sejmu – ten akurat stan można
wprowadzić na czas potencjalnie nieograniczony.
Zwróćmy tu uwagę na
konstytucyjne i ustawowe przesłanki możliwości wprowadzenia stanu wojennego. Zgodnie
z art. 229 Konstytucji „W razie zewnętrznego
zagrożenia państwa, zbrojnej napaści na terytorium Rzeczpospolitej Polskiej lub
gdy z umowy międzynarodowej wynika zobowiązanie do wspólnej obrony przeciwko
agresji, Prezydent Rzeczypospolitej na wniosek Rady Ministrów może wprowadzić
stan wojenny na części albo na całym terytorium państwa”. Ustawa z dnia
29 sierpnia 2002 r. o stanie wojennym i kompetencjach Naczelnego Dowódcy Sił
Zbrojnych i zasadach jego podległości konstytucyjnym organom Rzeczypospolitej
Polskiej w swym artykule 2.1. powtarza ten zapis, z tym, że po słowach „W razie
zewnętrznego zagrożenia państwa” dodaje słowa „w tym spowodowanego działaniami
o charakterze terrorystycznym lub działaniami w cyberprzestrzeni”. Pojęcie
zewnętrznego zagrożenia państwa zostało określone w art. 2. 1a. wspomnianej
ustawy – zgodnie z tym przepisem „Przez zewnętrzne zagrożenie państwa, o którym
mowa w ust. 1, rozumie się celowe działania, godzące w niepodległość,
niepodzielność terytorium, ważny interes gospodarczy Rzeczypospolitej Polskiej
lub zmierzające do uniemożliwienia albo poważnego zakłócenia normalnego
funkcjonowania państwa, podejmowane przez zewnętrzne w stosunku do niej
podmioty”. Z kolei według art. 2. 1b. „Przez cyberprzestrzeń, o której mowa w
ust. 1, rozumie się przestrzeń przetwarzania i wymiany informacji tworzoną
przez systemy teleinformatyczne, określone w art. 3 pkt 3 ustawy z dnia 17
lutego 2005 r. o informatyzacji działalności podmiotów realizujących zadania
publiczne (Dz. U. z 2024 r. poz. 1557 i 1717), wraz z powiązaniami pomiędzy
nimi oraz relacjami z użytkownikami”.
Spośród przesłanek wprowadzenia stanu
wojennego całkowicie klarowna jest jedna: zbrojna napaść na terytorium Polski.
Sytuacja ta nie budzi też wątpliwości z punktu widzenia niedopuszczalności
przeprowadzenia, w razie gdyby sytuacja taka zaistniała, wyborów. Czas, w
którym na terenie kraju toczy się wojna niewątpliwie nie jest odpowiednim czasem
na kampanię wyborczą i głosowanie. Jednak inne przesłanki wprowadzenia stanu
wojennego są, kolokwialnie wyrażając się, cokolwiek bardziej śliskie. I tak np.
stan wojenny może zostać wprowadzony z powodu wrogich wobec Polski działań w
cyberprzestrzeni. Działania takie należy, rzecz jasna, zwalczać (i starać się
zapobiec skutkom takich działań). Czy jednak tylko takie działania są
adekwatnym powodem do zastosowania takich przewidzianych w ustawie o stanie
wojennym środków, jak zakaz strajków i innych akcji protestacyjnych,
wprowadzenie prewencyjnej cenzury środków masowego przekazu, prewencyjnej
kontroli korespondencji telekomunikacyjnej i rozmów telefonicznych lub sygnałów
przesyłanych w sieciach telekomunikacyjnych (a także zwykłych listów czy
przesyłek), emitowanie sygnałów uniemożliwiających słuchanie i oglądanie
wrażych stacji radiowych i telewizyjnych, czy też zakaz organizowania wszelkich
zgromadzeń, bądź zakaz działania zarejestrowanych stowarzyszeń, partii
politycznych, związków zawodowych, organizacji społeczno-zawodowych rolników,
organizacji pracodawców, ruchów obywatelskich oraz innych dobrowolnych zrzeszeń
i fundacji których działalność może utrudnić (zdaniem władzy) realizację zadań
obronnych? Zastosowanie takich środków – w normalnej sytuacji właściwych
bardziej dla państwa totalitarnego, czy przynajmniej autorytarnego, niż dla
demokracji – z powodu nawet sprawiających poważne problemy działań hakerów
wydaje się lekką przesadą. Jednak ustawa o stanie wojennym możliwość
zastosowania takich środków – także z powodu zewnętrznego zagrożenia państwa
spowodowanego jedynie działaniami w cyberprzestrzeni – przewiduje. I o ile
sytuacja zbrojnego ataku na państwo (a przynajmniej zmasowanego ataku) jest
sytuacją odnośnie której da się twierdzić, że w kwestii wprowadzenia czy nie
wprowadzenia stanu wojennego tak naprawdę nie ma wyboru (choć z czysto prawnego
punktu widzenia nie ma sytuacji, w której wprowadzenie stanu wojennego – czy
też stanu wyjątkowego – jest obowiązkowe), to ocena tego, czy stan wojenny
powinien zostać wprowadzony w przypadku skierowanych przeciwko Polsce działań
hakerskich byłaby czymś w wielkiej mierze zależnym od subiektywnego widzimisię
rządzących. Cyberatak to nie jedyny daleki od oczywistości, a jednak
przewidziany w polskim prawie powód do możliwego wprowadzenia stanu wojennego. Innym
takim powodem są działania terrorystyczne. Terroryzm, oczywiście, należy do
najgroźniejszych zjawisk zdarzających się w dzisiejszym świecie. Z punktu
widzenia przesłanek do oceny potrzeby wprowadzenia stanu wojennego (czy też np.
stanu wyjątkowego) jest jednak spora różnica między wojną, a atakiem
terrorystycznym. Podczas wojny zagrożenia mają charakter powszechny i
permanentny. Rakiety, drony, bomby, czy pociski artyleryjskie mogą uderzyć
wszędzie i może się to dziać przez długi czas (co pokazuje choćby wojna na
Ukrainie; świadomie używam tu formy na „na Ukrainie” – gdyż jeśli mówi się „w
Ukrainie” to logicznie rzecz biorąc powinno się mówić także „w Litwie” „w
Łotwie” „w Słowacji”, czy „w Węgrzech”, a jednak się tego raczej nie robi).
Wojska (np. zmierzające na linię frontu) przemieszczają się po kraju, co z
pewnością usprawiedliwia chociażby ograniczenia zwykłego ruchu drogowego.
Jednak zagrożenia wynikające z ataków terrorystycznych raczej nie mają tak
powszechnego charakteru, jak zagrożenia wynikające z wojny. Terroryści atakują
– np. podkładając bombę – w jakimś konkretnym miejscu, zazwyczaj takim, w
którym przebywa dużo ludzi – ale na ogół nie robią takich rzeczy permanentnie,
np. każdego dnia. Czy atak terrorystyczny – i strach przez kolejnymi (bardzo
często przesadzony – zauważmy, że np. po zamachu na World Trade Center i
Pentagon 11.09.2001 r. nie nastąpiły podobne ataki, mimo, że ataków takich
bardzo poważnie się obawiano) – jest powodem do tego, by np. wprowadzić np.
cenzurę mediów i zakaz działania legalnie istniejących organizacji?
Zdroworozsądkowa odpowiedź na to pytanie brzmi (moim przynajmniej zdaniem)
„nie” ale fakt, że działania o charakterze terrorystycznym (pod warunkiem, że
jest to terroryzm „zewnętrzny” – uprawiany przez sprawców, którzy przybyli do
Polski na „gościnne występy”; terroryzm wyłącznie rodzimego chowu może być
powodem do wprowadzenia stanu wyjątkowego) zostały wymienione w ustawie o
stanie wojennym jako jeden z możliwych powodów do wprowadzenia tego akurat
stanu nadzwyczajnego sugeruje, że tego rodzaju działania mogłyby się spotkać z
taką – mocno przesadzoną i nieadekwatną – reakcją. Dalej, powodem wprowadzenia
stanu wojennego może być taka sytuacja, w której z umowy międzynarodowej wynika zobowiązanie do wspólnej
obrony przeciwko agresji. Oczywiście – pacta sunt servanda. Czy jednak –
dajmy na to – atak Rosji na – np. – Estonię byłby właściwym powodem do
wprowadzenia w Polsce takich, jak wspomniane powyżej środków? Znów, zdrowy
rozsądek mówi, że nie – ale nic w ustawie o stanie wojennym nie wyklucza tego,
że środki takie mogłyby w takiej sytuacji zostać zastosowane.
Analogiczne
do przewidzianych w ustawie o stanie wojennym ograniczenia praw i wolności
obywatelskich przewiduje ustawa o stanie wyjątkowym – z tym, że w jej przypadku
dochodzą jeszcze możliwość użycia broni palnej przez oddziały zwarte policji
lub przez wojsko w przypadku np. niebezpiecznych zachowań tłumu, a także
internowanie („odosobnienie”) osoby mającej ukończone 18 lat, w stosunku do
której zachodzi uzasadnione podejrzenie, że pozostając na wolności będzie
prowadziła działalność zagrażającą konstytucyjnemu ustrojowi państwa,
bezpieczeństwu obywateli lub porządkowi publicznemu albo gdy odosobnienie jest
niezbędne dla zapobieżenia popełnienia czynu karalnego lub uniemożliwienia
ucieczki po jego popełnieniu, jak również osoby w wieku powyżej lat 17, jeżeli
przeprowadzona uprzednio z nią rozmowa ostrzegawcza okazała się nieskuteczna
(decyduje o tym wojewoda na wniosek właściwych organów prokuratury, Policji,
Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego, Straży Granicznej, Żandarmerii Wojskowej
lub Służby Kontrwywiadu Wojskowego). Lecz jest jedna ważna różnica między
stanem wyjątkowym, a stanem wojennym – pierwszy z nich, jak już była tu mowa,
można wprowadzić na pewien nieprzekraczalny czas (aczkolwiek, oczywiście, można
sobie wyobrazić sytuację tego rodzaju, że stan wyjątkowy trwa tyle, ile
maksymalnie może trwać, tj. 150 dni – i następnego dnia zostaje wprowadzony
ponownie; żaden przepis Konstytucji nie wyklucza też jednoczesnego wprowadzenia
obu stanów; w historii Polski tak zdarzyło się 1 września 1939 r.). Stan
wojenny nie ma natomiast żadnego prawnie ustalonego terminu „upływu daty
ważności”. Oczywiście, zgodnie z art. 8 ust. 1 ustawy o stanie wojennym „Prezydent
Rzeczypospolitej Polskiej, na wniosek Rady Ministrów, w drodze rozporządzenia,
znosi stan wojenny, jeżeli ustaną przyczyny, dla których stan wojenny został
wprowadzony, oraz zostanie przywrócone normalne funkcjonowanie państwa”.
Zachodzi tu jednak pytanie, czy prezydent w przypadku stosownego wniosku ze
strony rządu stan wojenny znieść musi – bo jasne jest, że bez takiego wniosku
prezydent stanu wojennego wprowadzić nie może. Otóż kluczowe tu jest
niewątpliwie uznanie tego, czy przyczyny dla których stan wojenny już nie
istnieją, oraz czy normalne funkcjonowanie państwa zostało przywrócone. Opinia
prezydenta w tych kwestiach może się różnic od opinii rządu – i jeśli nawet,
teoretycznie rzecz biorąc, prezydent ma obowiązek znieść stan wojenny na
wniosek rządu, to nie bardzo jest jak zmusić go do podjęcia takiego kroku i
podpisania stosownego rozporządzenia.
O ile więc – z formalnoprawnego punktu
widzenia – nie ma możliwości wprowadzenia czegoś takiego, jak „wieczny stan
wyjątkowy” (pomińmy tu wspomnianą już możliwość wprowadzenia go ponownie po
upływie terminu jego ważności – i robienia tego choćby bez końca), to z takiego
punktu widzenia nie jest, niestety, czymś wykluczonym coś takiego, jak „wieczny
stan wojenny”. To prawda, że wprowadzenie stanu wojennego, podobnie jak stanu
wyjątkowego może zostać powstrzymane przez Sejm. Zgodnie z art. 231 Konstytucji
„Rozporządzenie o wprowadzeniu stanu wojennego lub
wyjątkowego Prezydent Rzeczypospolitej przedstawia Sejmowi w ciągu 48 godzin od
podpisania rozporządzenia. Sejm niezwłocznie rozpatruje rozporządzenie
Prezydenta Rzeczypospolitej. Sejm może je uchylić bezwzględną większością
głosów w obecności co najmniej połowy ustawowej liczby posłów”. Jest oczywiście
czymś trudnym do wyobrażenia, by – czysto hipotetyczne – rozporządzenie
prezydenta Nawrockiego o wprowadzeniu stanu wojennego (czy wyjątkowego) obecnie
mogło zostać podtrzymane przez sejmową większość; trudno zresztą w ogóle
wyobrazić sobie wprowadzenie takiego rozporządzenia, bo do tego potrzebny jest
jednak wniosek rządu. Lecz w przyszłości – z tym, czy z innym prezydentem –
sytuacja może się zmienić.
Stan wojenny (podobnie, jak
stan wyjątkowy) to – o czym była tu już mowa – okres, w którym mogą być
wprowadzane nadzwyczajne, niedopuszczalne w normalnej sytuacji, ograniczenia
praw i wolności obywatelskich. Rzecz jasna, władzom nawet w takim okresie nie
wszystko wolno – zgodnie z art. 233 ust. 1 Konstytucji „Ustawa określająca
zakres ograniczeń wolności i praw człowieka i obywatela w czasie stanu
wojennego i wyjątkowego nie może ograniczać wolności i praw określonych w art.
30 (godność człowieka), art. 34 i art. 36 (obywatelstwo), art. 38 (ochrona
życia), art. 39, art. 40 i art. 41 ust. 4 (humanitarne traktowanie), art. 42
(ponoszenie odpowiedzialności karnej), art. 45 (dostęp do sądu), art. 47 (dobra
osobiste), art. 53 (sumienie i religia), art. 63 (petycje) oraz art. 48 i art.
72 (rodzina i dziecko). Ust. 2 tego samego artykułu dodaje do tego, że
„Niedopuszczalne jest ograniczenie wolności i praw człowieka i obywatela
wyłącznie z powodu rasy, płci, języka, wyznania lub jego braku, pochodzenia
społecznego, urodzenia oraz majątku”. Jednak, zgodnie z art. 233 ust. 3 „Ustawa
określająca zakres ograniczeń wolności i praw człowieka i obywatela w stanie
klęski żywiołowej może ograniczać wolności i prawa określone w art. 22 (wolność
działalności gospodarczej), art. 41 ust. 1, 3 i 5 (wolność osobista), art. 50
(nienaruszalność mieszkania), art. 52 ust. 1 (wolność poruszania się i pobytu
na terytorium Rzeczypospolitej Polskiej), art. 59 ust. 3 (prawo do strajku),
art. 64 (prawo własności), art. 65 ust. 1 (wolność pracy), art. 66 ust. 1
(prawo do bezpiecznych i higienicznych warunków pracy) oraz art. 66 ust. 2
(prawo do wypoczynku)”. Warto też przy okazji zwrócić uwagę na to, że
ograniczenie tych akurat wolności i praw w okresie stanu wojennego wcale nie
musiałoby nastąpić na podstawie ustawy. Jak stanowi bowiem art. 234 ust. 1
Konstytucji „Jeżeli w czasie stanu wojennego Sejm nie może zebrać się na
posiedzenie, Prezydent Rzeczypospolitej na wniosek Rady Ministrów wydaje
rozporządzenia z mocą ustawy w zakresie i w granicach określonych w art. 228
ust. 3-5. Rozporządzenia te podlegają zatwierdzeniu przez Sejm na najbliższym
posiedzeniu”. Wprowadzenie przez Konstytucję możliwości wydawania w
nadzwyczajnej sytuacji – takiej, jak faktyczna wojna – możliwości wydawania
dekretów z mocą ustawy, jeśli parlament nie jest się stanie zebrać na
posiedzenie wydaje się oczywiście rzeczą uzasadnioną. Prezydenckie dekrety
wydawane okresie stanu wojennego muszą zresztą mieścić się w zakresie i w
granicach określonych w art. 228 ust. 3-5, które stanowią, że „(1) Zasady
działania organów władzy publicznej oraz zakres, w jakim mogą zostać
ograniczone wolności i prawa człowieka i obywatela w czasie poszczególnych
stanów nadzwyczajnych, określa ustawa. (2) Ustawa może określić podstawy,
zakres i tryb wyrównywania strat majątkowych wynikających z ograniczenia w
czasie stanu nadzwyczajnego wolności i praw człowieka i obywatela. (3)
Działania podjęte w wyniku wprowadzenia stanu nadzwyczajnego muszą odpowiadać
stopniowi zagrożenia i powinny zmierzać do jak najszybszego przywrócenia
normalnego funkcjonowania państwa”. Ponadto, zgodnie z art. 228 ust. 3 „W
czasie stanu nadzwyczajnego nie mogą być zmienione: Konstytucja, ordynacje
wyborcze do Sejmu, Senatu i organów samorządu terytorialnego, ustawa o wyborze
Prezydenta Rzeczypospolitej oraz ustawy o stanach nadzwyczajnych”. Prezydent w
okresie stanu wojennego nie mógłby więc wydanym na wniosek rządu
rozporządzeniem wprowadzić poprawki do ustawy o stanie wojennym. Ale mógłby, w
takim trybie, wprowadzić jakieś np. nowe przepisy do kodeksu karnego. Rzecz
jasna, tylko wtedy, gdy Sejm nie może się zebrać na posiedzenie i gdy takie
przepisy odpowiadają stopniowi zagrożenia i zmierzają do jak najszybszego
przywrócenia normalnego funkcjonowania państwa. Poniekąd, nawet w takich
sytuacjach, jak stan wojenny, czy stan wyjątkowy nie przestaje obowiązywać art.
31 ust. 3 Konstytucji, który mówi, że „Ograniczenia
w zakresie korzystania z konstytucyjnych wolności i praw mogą być ustanawiane
tylko w ustawie i tylko wtedy, gdy są konieczne w demokratycznym państwie dla
jego bezpieczeństwa lub porządku publicznego, bądź dla ochrony środowiska,
zdrowia i moralności publicznej, albo wolności i praw innych osób” – dodając do
tego, że „Ograniczenia te nie mogą naruszać istoty wolności i praw” – przepis
ten w przypadku takiej sytuacji, jak formalnie wprowadzony stan nadzwyczajny
musi być co najwyżej interpretowany z wzięciem pod uwagę faktycznie
istniejących okoliczności; przy okazji można by się było zastanawiać nad tym,
czy nie mógłby on zostać użyty jako prawne narzędzie do unieważnienia
wprowadzenia stanu nadzwyczajnego (albo unieważnienia niektórych wprowadzonych
rozporządzeniem wprowadzającym taki stan ograniczeń praw i wolności), jeśli
Trybunał Konstytucyjny uznałby, że nie jest to „konieczne w demokratycznym
państwie dla jego bezpieczeństwa lub porządku publicznego, bądź dla ochrony
środowiska, zdrowia i moralności publicznej, albo wolności i praw innych osób”.
Jednak kwestie tego rodzaju, jak to, czy Sejm może się zebrać na posiedzenie, a
także to, czy jakieś środki podjęte np. w stanie wojennym (w postaci np.
dekretów prezydenta) mogą być w dużej mierze kwestiami ocennymi. Jeśli chodzi o
pierwszą rzecz, to aby posiedzenie Sejmu mogło się odbyć - trzeba je zwołać.
Posiedzenia Sejmu zwołuje, jak wiadomo, jego marszałek. Czy formalne
obowiązywanie stanu nadzwyczajnego nie może być dla marszałka Sejmu doskonałym
pretekstem do tego, by Sejmu nie zwoływać, mimo, że faktycznie mógłby się on
bezpiecznie zebrać? Ocena tego, czy jakieś ograniczenia praw i wolności
obywatelskich są „konieczne w demokratycznym państwie dla jego bezpieczeństwa
lub porządku publicznego, bądź dla ochrony środowiska, zdrowia i moralności
publicznej, albo wolności i praw innych osób” może być w dużej mierze oparta na
subiektywnym „widzimisię” – często wykrzywionym w kierunku postrzegania
konieczności represjonowania zachowań w rzeczywistości niegroźnych nawet w
zupełnie normalnych sytuacjach (jako przykład takiego wykrzywionego
postrzegania niegroźnych tak naprawdę zachowań jako czegoś, co trzeba karać z
tego powodu, że jest to konieczne dla ochrony bezpieczeństwa państwa, etc.
weźmy wydany w 2011 r. wyrok Trybunału Konstytucyjnego w sprawie przestępstwa
publicznego znieważenia prezydenta RP, w którym zostało stwierdzone, że
konieczność istnienia w kodeksie karnym takiego przepisu, jak art. 135 § 2
wynika z tego, że „odpowiednio duże nagromadzenie zachowań wypełniających
znamiona czynu określonego w art. 135 § 2 k.k. może w skrajnych przypadkach
stanowić również zagrożenie bezpieczeństwa państwa, rozumiane jako osłabienie
pozycji Rzeczypospolitej na arenie międzynarodowej, w sytuacji ewentualnych
wrogich działań lub zamierzeń innych państw” – na mój rozum, jeśli już coś
mogłoby prowadzić do powstania tak rozumianego zagrożenia bezpieczeństwa
państwa to nie żadne znieważanie Prezydenta – nawet nader częste, co przecież
zarówno w odniesieniu do A. Dudy i jak i K. Nawrockiego jest faktem, bez
pogarszania bezpieczeństwa państwa wskutek tych zniewag, - ale co najwyżej
jakieś wyjątkowo poważne zniesławienie prezydenta – w rodzaju
np. dostarczania do kwatery głównej NATO doskonale podrobionych dokumentów, z
których wynikałoby, że prezydent jest ruskim szpiegiem, dostarczającym GRU najściślejszych
tajemnic wojskowych - co zresztą bez trudu można byłoby podciągnąć pod art. 270
§ 1 k.k. zgodnie z którym „Kto, w celu użycia za autentyczny, podrabia
lub przerabia dokument lub takiego dokumentu jako autentycznego używa, podlega
karze pozbawienia wolności od 3 miesięcy do lat 5”). ). Jeśli tak się dzieje w sytuacji, w której państwu jako takiemu
nic bezpośrednio nie zagraża, to jak taka ocena mogłaby wyglądać w przypadku,
gdy został ogłoszony stan nadzwyczajny? Ponadto, jak była już tu mowa, nie
wszystkie przesłanki wprowadzenia stanu wojennego są całkowicie klarowne.
Zbrojny atak wrogiego mocarstw jest – owszem - taką nie budzącą specjalnej
wątpliwości przesłanką ogłoszenia takiego stanu. Lecz zapisane również w art.
239 Konstytucji „zewnętrzne zagrożenie państwa” taką jasną i nie uznaniową - na
zdrowy rozum – przesłanką wprowadzenia stanu wojennego już nie jest.
Przepraszam bardzo, ale praktycznie bez przerwy mówi się obecnie o zagrożeniu
Polski przez Rosję. Może takie zagrożenie być powodem do tego, by wprowadzić
stan wojenny? Mógłby ktoś próbować twierdzić, że art. 2 ust. 1a ustawy o stanie
wojennym cokolwiek precyzuje i ogranicza pojęcie „zewnętrznego zagrożenia
państwa” – według tego przepisu „Przez zewnętrzne zagrożenie państwa, o
którym mowa w ust. 1, rozumie się celowe działania, godzące w niepodległość,
niepodzielność terytorium, ważny interes gospodarczy Rzeczypospolitej Polskiej
lub zmierzające do uniemożliwienia albo poważnego zakłócenia normalnego
funkcjonowania państwa, podejmowane przez zewnętrzne w stosunku do niej podmioty”. Wynika więc z tego, że samo jedynie odczuwanie
przez rządzących zagrożenia ze strony innego państwa nie może być powodem
wprowadzenia stanu wojennego – aby można było to legalnie zrobić z powodu
stwarzania przez to państwo zewnętrznego zagrożenia dla Polski, państwo to musi
podjąć wobec niej działania wymienione we wspomnianym przepisie. Lecz działania
takie mogą być rozumiane naprawdę bardzo szeroko. W każdym razie, jak podaje AI
„Zgodnie z przytoczonym przepisem oraz doktryną bezpieczeństwa
narodowego, za „zewnętrzne zagrożenie państwa” można uznać szereg działań,
które nie muszą wiązać się z bezpośrednią agresją militarną. Oto kluczowe
przykłady:
Działania hybrydowe i dezinformacja:
Szeroko zakrojone kampanie wpływu, które mają na celu destabilizację nastrojów
społecznych, podważenie zaufania do organów państwowych lub sianie paniki (np.
przed wyborami).
Cyberataki: Ataki na infrastrukturę
krytyczną, taką jak systemy bankowe, sieci energetyczne, wodociągi czy systemy
rządowe, które uniemożliwiają normalne funkcjonowanie kraju.
Szantaż energetyczny i gospodarczy: Celowe
odcięcie dostaw kluczowych surowców (gazu, ropy) lub blokowanie szlaków
handlowych w celu wymuszenia na Polsce konkretnych decyzji politycznych.
Presja migracyjna: Wykorzystywanie grup
ludzi do sztucznego wywoływania kryzysów na granicy w celu destabilizacji
regionu i angażowania nadmiernych sił porządkowych (tzw. wojna demograficzna).
Działania dywersyjne: Akty sabotażu na
terenie kraju (np. podpalenia, niszczenie linii kolejowych) przeprowadzane
przez obce służby lub opłacone przez nie podmioty.
Gromadzenie wojsk przy granicy:
Demonstracja siły i szantaż militarny, który paraliżuje inwestycje i wywołuje
ucieczkę kapitału z kraju.
Co więcej, jak podaje AI „Aktualne
wydarzenia na granicy oraz incydenty w cyberprzestrzeni (według stanu na
kwiecień 2026 r.) stanowią bezpośredni kontekst dla stosowania przepisów o
„zewnętrznym zagrożeniu państwa”. Choć stan wojenny nie został wprowadzony,
służby i rząd podejmują działania kwalifikujące te zjawiska jako celowe
uderzenia w bezpieczeństwo Rzeczypospolitej.
Sytuacja na granicy (Kwiecień 2026) Działania na
granicy z Białorusią są interpretowane jako element wojny hybrydowej, co
wpisuje się w definicję „poważnego zakłócenia normalnego funkcjonowania państwa”.
Presja migracyjna i agresja:
Straż Graniczna wciąż odnotowuje próby nielegalnego przekroczenia granicy (np.
ponad 30 prób w lutym 2026 r.). Agresywne zachowania grup migrantów,
wspieranych przez obce służby, bezpośrednio angażują siły zbrojne i policję.
Aktywność dronów i naruszanie przestrzeni:
Na początku 2026 r. wojsko informowało o wzmożonej aktywności obcych dronów nad
granicą. W odpowiedzi w marcu 2026 r. zaprezentowano nowe systemy
antydronowe, mające chronić polskie niebo przed prowokacjami.
Modernizacja ochrony:
Rząd realizuje rekordowy program modernizacji służb mundurowych (blisko 3 mld
zł), co jest bezpośrednią odpowiedzią na zagrożenie niepodzielności terytorium.
Cyberbezpieczeństwo i infrastruktura
krytyczna
W sferze cyfrowej zagrożenia są uznawane
za realne działania „godzące w ważny interes gospodarczy”.
Ataki na energetykę:
Na przełomie 2025 i 2026 roku odnotowano spektakularny atak grup powiązanych z
rosyjskim wywiadem (GRU) na infrastrukturę energetyczną (farmy wiatrowe i
elektrociepłownie). Użycie tzw. „wiperów” (oprogramowania niszczącego dane)
miało na celu wywołanie blackoutów.
Skala incydentów:
Według raportu CERT Polska za rok 2025
(zaprezentowanego na konferencji SECURE 2026
w kwietniu), liczba incydentów wzrosła o 152% rok do roku. Eksperci uznają 2026
rok za krytyczny dla bezpieczeństwa IT.
Nowa Strategia Cyberbezpieczeństwa:
10 marca 2026 r. Rada Ministrów przyjęła nową strategię, która uznaje odporność
cyfrową za polską rację stanu.
Nie można by więc było uznać takich choćby
rzeczy, które obecnie się dzieją za pretekst do wprowadzenia stanu wojennego – a wraz z nim rządów naprawdę
autorytarnych i oczywiście zlikwidowania w praktyce demokracji i wyborów? Nie
twierdzę, że ktoś aktualnie chce wykorzystać konstytucyjne i ustawowe przepisy
dotyczące stanu wojennego do podjęcia takiego akurat kroku. Niemniej jednak
warto zauważyć, że przepisy te mogą stać się swego rodzaju wehikułem do wprowadzenia
rządów autorytarnych i nie respektujących praw i wolności obywatelskich w stopniu
ogólnie przyjętym w demokratycznych krajach bez formalnego złamania prawa - jakim
było chociażby wprowadzenie stanu wojennego 13 grudnia 1981 r. (Rada Państwa
wydała wówczas dekret o stanie wojennym, którego formalnie rzecz biorąc nie miała
prawa wydać, gdyż zgodnie z Konstytucją PRL z 1952 r. Rada Państwa mogła
wydawać dekrety z mocą ustawy wyłącznie między sesjami Sejmu – a w czasie,
kiedy został wydany ten dekret trwała sesja Sejmu).
· W sposób podobny do tego, jak wskazany w tym tekście można
byłoby też prowadzić dywagacje na temat tego, co by było, gdyby np. Prezydent
po wyborach nie desygnował nowego premiera, albo nie zaprzysiągł członków
rządu, pomimo że ten dostał od Sejmu votum zaufania, czy też nie podpisałby
papieru odwołującego ministra, wobec którego Sejm wyraził votum nieufności,
albo odmówił zmiany ministra na wniosek premiera (albo, o czym była tu już
mowa, nie skrócił kadencji Sejmu w przypadku, jeśli przewidziane w art. 154 i
155 Konstytucji trzy możliwe kroki mające prowadzić do powołania rządu
zakończyły się niepowodzeniem). Myślę jednak, że nie ma co tu szczegółowo
rozważać tych scenariuszy.
Strona główna